Wyjazd do Ogrodzieńca - 03.05.2006
Dodał(a): Piotr Furmański furman
04 maja 2006
Chociaż ten wyjazd wypalił dość niespodziewanie to zjawiło się nas czterech w centrum Zielonek gdzie ustaliliśmy wcześniej punkt zborny. Gdy podjeżdżam już czeka Marcin ( Skolioza). Kilka słów, rzut oka na sprzęt i już widzę, że lekko nie będzie. Wąziutkie szosowe sliki założone na rasowego górala w niczym nie pasują do moich "traktorów" skrytych pod sakwą i bagażnikiem. Moje obawy potwierdzają się gdy i Pit podjeżdża na gładkich gumkach, a na Michnika już nawet nie patrzę bo znam tego żwawego crossa.

Pierwsze metry z animuszem i energią, ale już pierwszy podjazd za Trojanowicami ustawia nasz mini peleton czyniąc mnie tzw. zamiataczem. Pit i Skolioza szybko giną na szczycie górki, Michnik raźno pruje za nimi, a ja zastanawiam się co jest grane i czemu ten rower tak ciężko chodzi......
Nawet zjazdy nie dają wytchnienia, tam gdzie zawsze odpoczywałem i nadrabiałem jednocześnie teraz trzeba ostro dociskać aby malutkie sylwetki rowerzystów nie zniknęły za widnokręgiem.

Trzeba jednak powiedzieć wyraźnie, że chłopaki nie zapomnieli o mnie i co kilkanaście km robili krótkie przerwy na odpoczynki. Taki właśnie pierwszy postój wypada nam na rynku w Skale, gdzie właśnie trwają przygotowania do jakichś państwowych uroczystości. Faceci w garniturach, strażacy i wojskowi w mundurach, dziewczyny w białych bluzkach i czarnych spódnicach po kolana..i my w pampersach, tęczowych koszulkach i umazanych potem twarzach.

Chyba niewyjściowo to wygląda, czas jechać z tego miejsca. Jeszcze tylko Michnik rzuca hasło, że najgorsze już za nami, górki zostały z tyłu i teraz będzie spoko. Wszyscy oddychamy z ulgą i zgodnie przytakujemy przyznając jednocześnie, że nie znamy dalszej drogi, ale skoro Michnik tak gada..
No to jedziemy, początek rzeczywiście fajny, ale potem robi się, że tak powiem jeszcze ciekawiej. Coraz więcej górek, coraz dłuższe podjazdy, czasem nawet jakaś serpentynka się trafi. No cóż - nie ma co narzekać, zresztą zawsze mówiłem, że lubię po górach śmigać i nie wyobrażam sobie jazdy po płaskim. Więc teraz zaciskam zęby: nogi pieką, ale za to oczy cieszą się pięknymi widokami na Jurę.

A jest co oglądać bo bardzo ładnie się robi. Teren rzadko zaludniony, odległości pomiędzy wioskami spore, dużo lasów, pagórki, czasem skałki. Słoneczko ostro przyświeca, błękitne niebo wprowadza w miły nastrój. Mijamy Trzyciąż, potem Wolbrom i dojeżdżamy do Smolenia gdzie odbijamy już na szlak rowerowy prowadzący do Ogrodzieńca. Początek jest hard-corowy. Podejście pod zamek jest tak strome, że kilka razy atakuję stok i zjeżdżam wraz z rowerem. Chłopaki już na górze gdy ja morduję się jeszcze ze swoim bikiem objuczonym sakwą.
W końcu udaje mi się wdrapać i zlany potem ciężko dyszę wysłuchując ironicznych uwag Pita :))

Dalsza droga wiedzie już szlakiem, początek asfaltem, a potem już łatwy teren. Ostatni fragment to najpiękniejsza część trasy. Wiedzie gładką, szutrową drogą, lekko pod górę w kierunku widocznych już ruin zamku. Sesja zdjęciowa i już siedzimy pod parasolami pijąc piwko. Pomału stygniemy i ze zdziwieniem odkrywamy, iż pomimo tego że słońce daje na całego jest bardzo zimno. Michnik zaczyna dygotać i Pit ratuje go swoją kurtką. Nawet Marcin wskakuje w kurteczkę. Ja najpierw ubieram suchy podkoszulek, potem kurteczkę, a jeszcze chwilę później wskakuję w długie gacie i dopiero zaczynam normalnie funkcjonować.

Gdy nadjeżdża Outsider z kumplem kończymy już kiełbachę. Spędzamy tu gadając prawie godzinę - aby w końcu po rundzie honorowej wokół zamku skierować się do domu.
Tym razem lecimy przez Klucze i Olkusz. Tutaj też nie ma różowo, kilka dających w kość, długich podjazdów z kulminacjami powyżej 450 m.n.p.m. Jednak w drodze powrotnej jedzie mi się już trochę lepiej, chłopaki nie muszą tak długo czekać i utrzymuję kontakt wzrokowy. Szybko mijamy Klucze i z okolicznych wzgórz juz widzimy blokowiska Olkusza. Przejazd przez miasto i znów mozolna wspinaczka.

Nie wiem jak kumple, ale ja zaczynam już odczuwać zmęczenie. Nogi robią się jak z waty i miękkie przełożenia coraz częściej w użyciu. Przejazd przez dolinę Racławki daje trochę wytchnienia bo chociaż terenowy to jedzie się lekko i przyjemnie. Przejazd przez Rudawę i boczną drogą lecimy w stronę Bolechowic. Tutaj rozdzielamy się. Ja jadę na Zabierzów i dalej Szczyglice, chłopaki lecą prosto na Modlniczkę.

Dystans 154,31 km
Średnia 23,89
Czas jazdy 6,27

Track trasy na tle mapy drogowej

Tutaj taka ciekawostka

Profil trasy

Galeria z wyjazdu


Piotr Furmański

Ocena: (0)
0 komentarzy · 4846 czytań ·
Komentarze
04 maja 2006 18:45:22
Jaka znowu ironia? To tylko podziw był ze wspaniale wykonanego podjazdu :)
04 maja 2006 21:13:45
Tak tak..podziw to moje obdarte kolano wzbudzało ....
04 maja 2006 22:18:49
Nie no Panowie z tym hasłem ze najgorsze juz za nami to taki żart niewinny byl...
Tak jakoś sam siebie na duchu chcialem podniesc.:D
05 maja 2006 00:27:32
brawo !!
dobrze, że wymyśliłem sobie grila i nie pojechłem - nie wytrzymałbym tego tempa ;)
05 maja 2006 10:32:28
można sie spocić czytając artykuł;)
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.