Jurajski Wyścig MTB nie zapowiadał się specjalnie ciekawie. Równolegle odbywały się inne zawody i wszystko wskazywało na słabą frekwencję , a i obsadę taką sobie. Może właśnie dlatego zdecydowałem się tam jechać i pościgać w konkurencji, która niespecjalnie mi leży. Miałem pewne sprawy do załatwienie, jeszcze z Pychowic ubiegłego roku i uznałem, że to dobra okazja aby je sobie samemu wyjaśnić.
Tak więc w niedzielę o godz. 6 rano usłyszałem sygnał budzika i choć może trudno Wam w to uwierzyć ale naprawdę wstałem tego dnia z łożka o tej porze i zacząłem przygotowania do wyjazdu. Długo przeglądałem potrzebne rzeczy i z bólem stwierdziłem, że bez plecaka się nie obejdzie. Nie lubię jeździć z plecakiem lecz przełknąłem tę gorzką pigułkę i z Deuterem na plecach wyszedłem z domu. Wbrew zapowiedziom pogoda była całkiem przyjemna i 90 minut jazdy do Będkowic okazało się miłą przejażdżką.
Po uiszczeniu opłat startowych nadjechało kilku znajomych, z którymi rozbiliśmy się na trawce. Do startu pozostało nam ponad 2 godziny więc leniwie rozglądaliśmy się po okolicy uważnie obserwując naszych przyszłych rywali. Już po chwili moje
złudzenia co do obsady legły w gruzach gdy zobaczyłem braci Bieniaszów. Niebawem pojawił się również Jarek Miodoński. Gdziś mignęła sylwetka Tyńca, efektownymi tatuażami na nogach lansował się Oględziński. Co do pań to wystarczą trzy nazwiska – Krok, Pyrgies, Frączek. Czy trzeba coś więcej pisać ? Jeśli choć trochę siedzisz w światku rowerowym to te nazwiska mówią same za siebie. I to wszystko na jakimś lokalnym wyścigu w zapyziałej dolince....
No dobra nie ma co narzekać, pozostaje pociecha, że największe wycinaki startują w elicie jako licencjonowani zawodnicy. Ale i w amatorach lekko nie będzie, nie będzie bo widziałem już kilku w akcji, ogolone nogi lśniące w słońcu, zapach Ben Gaya, rowerki na XTR, i ten błysk w oczach.
Ale trzymamy fason. Leżymy sobie z Pitem i Skoliozą na trawce gdy nagle wystrzał ...i głośny syk zapowiada kłopoty. Nie ma wątpliwości, przednia opona w moim rowerze więdnie i marszczy się w kilka sekund. Dętka okazuje się pęknięta na długości kilkunastu cm. Po naprawieniu uszkodzenia zaczynam podejrzliwie oglądać tylne koło i ze zgrozą odkrywam w oponie dziurę, przez którą wystaje bąbelek mojej pięknej, zielonej Michelinki. No cóż zapasowa dętka poszła na przód, nie pozostaje nic innego niż zaklejenie dziury od wewnątrz i prośby do Bozi żeby to wytrwało te kilkadziesiąt minut ścigania.
Stoimy na linii startu , jest nas około 50 osób w kategorii amatorzy. W zasadzie takich wyścigów to nie ma co opisywać. Sprawa jest prosta – ogień od startu do mety. Tu nie ma miejsca na kalkulacje, odpoczynek, odrabianie. Więc po sygnale startu daję ile wlezie, z lewej strony mijam Skoliozę i to jedyna chwila gdy mam go za plecami bo już po kilkuset metrach gdy wyjeżdżamy na szutrówkę oddaję pole. Na szczęście nie wszyscy tak ostro deptają i kilka osób udaje mi się pozostawić w tyle.
Ostry zakręt w lewo i już zaczyna się podjazd. Długi i dosyć stromy. Tutaj rozgrywa się wyścig, ustala się stawka, Skolioza szybko znika z pola widzenia, jadę tuż za Łukaszem ( Luka-SIC) i rozpaczliwie próbuję utrzymać się mu na kole. Dużo osób mnie wyprzedza i w porywie desperacji zrzucam jeden ząbek na kasecie i szarpiąc odrabiam kilka pozycji. Płuca już nie nadążają ze swoją robotą, gardło piecze od oddechu, nogi odmawiają posłuszeństwa i robią się jak z ołowiu. I tylko powtarzam sobie, że wyścig odbywa się też w głowie. Nogi już nie mogą ale wiem, że głowa tu rządzi i ona rozdaje karty.
Wiem że mogę, wiem, że wjeżdżałem na większe górki, że tam dalej jest płasko i będzie lżej. Tak powtarzam to sobie i chociaż w oczach robi się ciemno to jadę ciężko dysząc. Znów mija mnie Łukasz i tym razem już nie ponawiam ataku i staram się tylko wytrwać do wypłaszczenia. Tam już lepiej, łapię rytm i staram się jechać rytmicznie bez szarpania.
Po chwili wyjeżdżamy na wygodną szutrówkę i zaczyna się zjazd. Najpierw drogą, potem wpadamy do wąwozu, którym zjeżdżamy do doliny i na linię startu zaczynając drugą pętlę. Mamy dwie pętle do pokonania czyli już wiadomo, że nie można zwolnić, trzeba dalej deptać ile wlezie.
Znów podjazd, znów rozterki, znów tracę kilka pozycji ale już ochłonąłem i zaczynam normalnie funkcjonować. Staram się jechać rytmicznie, pilnuję pełnego obrotu, ustawiam miękkie przełożenie i utrzymuję wysoką kadencję.
I ta taktyka sprawdza się gdyż już po chwili widzę, że niektórym zaczynają padać baterie. Teraz widzę swoją szansę, za chwilę będzie wypłaszczenie, potem kawałek drogą i zjazd. Na zjeździe jestem spokojny o swoją pozycję, tylko tutaj i teraz mogę coś nadrobić. Czekam jeszcze kilka sekund i daję... na maxa..na śmierć, nie ma zmiłuj, zaciskam zęby i z grymasem bólu na twarzy kręcę ostatnie ,metry podjazdu i wpadam na drogę.
Teraz blat i ocena sytuacji, za sobą słyszę trzaski łańcucha, przed sobą jednego bikera który chyba jednak zaliczył zgona bo nawet nie walczy i łykam go na pełnej prędkości. W wąwozie staczam walkę z dziewczyną, która tak w ogóle mykła mnie na drugim podjeździe. Nie jest lekko, kobitka harda jest i przez kilka sekund jedziemy łeb w łeb. Jednak na zjeździe to ja mam przewagę i w końcu odjeżdżam, a w polu widzenia pozostaje mi tylko jeden zawodnik. Do mety jeszcze kilkaset metrów zjazdu, jest wąsko, nie ma gdzie wyprzedzić, szukam z prawej , z lewej, w końcu decyduję się na ryzykowny atak na łuku trasy.
Skok andrenaliny gdy czuję jak tylne koło wpada w poślizg....ujeżdża co najmniej pół metra ale w końcu łapie przyczepność i za zakrętem wylatuję już przed swoim rywalem. Jeszcze tylko zakręt w lewo o 90 stopni. Nieprzyjemny bo po trawie i na dużej prędkości i już jestem na drodze , zakręt na trawę i wpadam na linię mety. Spiker podaje moją pozycję jak 17. Na mecie stoi już Łukasz który przyjechał jako 14, a po chwili wpada Pit lokując się na 35 miejscu.
Brawa dla Skoliozy, który wprawdzie wyleciał z trasy na ostatnim zakręcie i dał się wyprzedzić jednej osobie ale i tak zajął 6 miejsce przez co załapał się na dekorację.
Zwycięzcą w kategorii amator został Mateusz Zoń. Pozostałe miejsca niestety umkły nam z głów i podamy jeśli tylko orgi opublikują wyniki.
Wśród kobiet najlepsza okazała się Agnieszka Krok, ktora wyprzedziła Magdalenę Pyrgies i trzecią Justynę Frączek
W najmocniejszej kategorii wygrał jak można się było spodziewać Mirosław Bieniasz, za nim przyjechał jego partner z TransCarpatii, Jarek Miodoński, a trzeci na metę wpadł Dominik Oględziński.
Mała galeria z wyścigu
A tutaj relacja Skoliozy czyli jak to wyglądało w czubie stawki
Piotr Furmański
III Jurajski Wyścig MTB 14.05.2005
Komentarze
16 maja 2006 16:58:38

19 maja 2006 22:23:24
pozdrawiam
"dziewczyna z wąwozu" 

21 maja 2006 21:17:39
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.