Gdy tylko jednak peleton kolarzy ruszył przed siebie wszystko to przestało się liczyć i już tylko trasa, peleton, rywale. Ciężko się było wydostać ze stadionu, wąska brama tamowała ruch, jeszcze dla urozmaicenia pośrodku wyjazdu głębokie błoto stwarzało dodatkowe problemy. Po przejechaniu przez to wąskie gardło dałem ostro czadu i skupiłem się na kręceniu korbami. Na jakimś zakręcie ktoś wywija efektowną glebę ale na szczęście nie uruchamia reakcji łańcuchowej i peleton zgrabnie go omija. Staram się jechać dosyć szybko gdyż znam dobrze ten odcinek i wiem iż za chwilę wjedziemy po krótkim asfaltowym podjeździe w las gdzie będzie dosyć ciasno i będą bankowo korki.
Gdzieś tam natykam się na Łukiego ale na razie nie rozmawiamy tylko ograniczamy się do kilku słów pozdrowienia. Następnie dochodzę Mariusza z Lajkoników i chwilę tasujemy się wzajemnie. Po bardzo ostrym starcie teraz trochę odpuszczam ale pomimo tego udaje mi się urwać Mariusza i po podjeździe skręcam w teren. Wydaje mi się, ze jest dobrze, na dobrej pozycji tu wjechałem, maruderzy zostali z tyłu ale szybko okazuje się, że nadal ich sporo przede mną. Robią się korki, ludzie boją się wody, błota, zatrzymują się, zwalniają żeby się nie ochlapać. Momentalnie robią się zatory, łatwe podjazdy trzeba pokonywać z buta.
Ale nie jest tak najgorzej, co jakiś czas szersze miejsca gdzie spokojnie można mocniej depnąć i przesunąć się do przodu. Tak mija pierwszy fragment wyścigu i pomału zbliżamy się do sławnego podjazdu wzdłuż wyciągu narciarskiego. Tutaj zmieniam taktykę, spokojnie zrzucam na młynek i bez szarpania staram się utrzymać wolne lecz równe tempo. Muszę przyznać, że bardzo efektownie wygląda z dołu ten sznur kolarzy, którzy niczym gigantyczny, bajecznie kolorowy wąż wspinają się stromym stokiem do góry. Ze zdziwieniem odkrywam, że pomimo ślimaczego jak mi się wydaje tempa, powoli lecz systematycznie wyprzedzam kolejne osoby. A już całkiem jestem w szoku gdy pod koniec podjazdu czując spory zapas energii postanawiam zrzucić 2 ząbki na kasecie i mocniej depnąć tych kilka metrów przed zjazdem. Jednak te kilka kg. jakie udało mi się zgubić wiosną przynoszą pozytywne efekty.
Z telegrafu zaczyna się bardzo przyjemna część trasy, lasem krótkie podjazdy i takież zjazdy. Wszystka układa się bardzo dobrze gdy nagle.....głośny syk i mlaskanie tylnej opony zatrzymują mnie na dłużej. Nie ma co załamywać rąk, momentalnie zabieram się do roboty. Opona już ściągnięta, obeszło się nawet bez łyżek. Już założona nowa dętka i teraz dopiero zaczyna się zabawa. Mini pompka coś tam dmucha ale tylko Bóg chyba wie kiedy osiągnę optymalne ciśnienie.
W międzyczasie mijają mnie tłumy rowerzystów, również tych znajomych. Widzę jak przejeżdża Mariusz, z którym walczyłem na starcie, potem Łuki, Pit, Miki i sporo innych znanych mi przynajmniej z widzenia osób.
Długo trwa to pompowanie, nie mam manometru i oceniam na czuja twardość opony jako wystarczającą do jazdy ale nie optymalną. Ręka mnie już jednak boli i postanawiam jechać na tym a ewentualnie podpompować coś na którymś bufecie. Gdy wsiadam na rower akurat przejeżdża Marysia Hanusiak (Mary) , zamieniam kilka słów i szybko się oddalam. Potem bardzo stromy zjazd po piachu i korzeniach, który zachowawczo pokonuję z buta. Na dole widzę przed sobą Olę, z którą czasem wspólnie z innymi znajomymi mykamy po Lasku Wolskim i nie tylko. Przejazd przez wiadukt po kamieniach nie jest przyjemny i nie ma co szaleć. Zamieniamy kilka słów i mocniej naciskam na pedały gdy tylko nawierzchnia zmienią się na lepszą.
Na wąskich ścieżkach widzę dopiero jak bardzo straciłem, jadę w grupie osób zdecydowanie słabszych ode mnie, nie zawsze da się wyprzedzić, na zjazdach trzeba uważać, na siebie i na innych. Podjazdy to katorga, miotam się w kolumnie rowerzystów mozolnie walczących z każdą górką. Staram się jednak nie szaleć, nie wciskać na siłę pomiędzy innych. Tracę tutaj ogromne ilości energii, szybkie zrywy, hamowanie, znów ostre depnięcie, czasem trzeba zjechać ze ścieżki i dawać po liściach i gałęziach. Na efekty nie trzeba długo czekać, w lewej nodze czają się już pierwsze symptomy skurczów.
Strome podejście, na szczycie kilku gości świetnie się bawi śpiewając – BROWCA TEMU KTO PODJEDZIE.
Ja nawet nie próbuje, szkoda energii marnować dla jednej puszki piwa
)I nadal trwa walka o odrobienie straty. Błysk nadziei gdy dochodzę Pita, kilka metrów dalej mijam Krzyśka i Pawła z Krak Run Bike Team. Dalszy fragment bardzo nieprzyjemny, błotnista droga z niewiadomej głębokości kałużami. Dla napędu to wyrok, nie trzeba długo czekać gdy pojawiają się pierwsze zakleszczenia łańcucha, na początku sporadyczne lecz potem coraz bardziej dokuczliwe. Zachęcony odrobieniem przynajmniej części strat nie oszczędzam się na tym odcinku i nadal staram się jechać na granicy zgonu...
Oczywiście cały czas staram się pilnować picie i jedzenia. To podstawa, na razie ograniczam się do zapasu żeli i zawartości dwóch bidonów. Pierwsze dwa bufety mijam bez zatrzymywania łykając tylko dwa kubki wody jakie podają mi dziewczyny z obsługi. Zbliżam się już do rozjazdu, długi i dosyć stromy podjazd udaje mi się znieść całkiem znośnie. Znów pojawiają się symptomy skurczów, które udaje mi się jednak zwalczyć nie zsiadając z roweru.
Stromy zjazd najeżony kamieniami pokonuję pieszo, dopiero na dole wsiadam na rower i szybko się rozpędzam . I wtedy ni z tego, ni z owego przednie koło wpada w lekki poślizg, wpadam na kamień, szarpnięcie kierownicą, przechylam się na lewą stronę i już lecę na pobliskie drzewo. Ta sekunda trwa bardzo długo, nawet zdążyłem oszacować czy zdążę zatrzymać się czy wpadnę na pień z całym impetem. Lewy róg przyjmuje mocne uderzenie, kierownica przekręca się o niebezpieczny kąt, a ja ląduję pod rowerem. Chwila bezradności gdy nogi przeszywa nieznośny ból skurczu. Motam się czy zbierać rower z trasy czy ratować się przed wyciskającym łzy z oczu bólem. Szybkie spojrzenie do góry, nikt nie jedzie, kilka sekund na opanowanie sytuacji i jakoś gramolę się z rowerem.
Teraz oględziny sprzętu. Na początek oglądam przewody hamulcowe, wyglądają na całe, kilka wciśnięć klamek i z ulgą widzę, że wszystko ok. Kierownica jakoś tak dziwnie skręcona, że jej brzegi zakleszczyły się o górną rurę ramy. Kilka sekund to trwa gdy dochodzę co i jak i doprowadzam to wszystko do stanu gotowości do jazdy. Tym czasem gdy ja grzebię przy swojej maszynie, dwóch bikerów podobnie jak ja szybko miga w dół. Jeden wyprzedza z lewej, pewnie jakiś kamień, zachwianie i zaplątują się rogami, rowery splatają się ze sobą i dwóch gości bardzo nieprzyjemnie lecą na glebę. Jeden szybko się podnosi, rozplątuje rowery, a drugi wydaje pełne boleści krzyki. Głośne wołanie SKURCZ...AAAAA.....SKURCZ.... wyjaśniają wszystko, upewniam się jeszcze czy wszystko w porządku i gdy tylko okazuje się, że kości całe i facet pomału zbiera się na nogi wsiadam na rower i jadę dalej.
Ta wywrotka przechyliła szalę goryczy i podjąłem decyzję o wymianie opon. Continentale Escape Pro spisywały się bardzo dobrze przez cały ubiegły sezon ale już dawno dostrzegłem ich niepewne zachowanie się na wilgotnej nawierzchni. Już w Złotym Stoku coś było nie tak z nimi ale obeszło się bez wypadków. Teraz gdy już się starły to już zaczyna być bardzo niebezpieczne. Szkoda ich trochę bo w suchych warunkach są bezbłędne ale nie mogę pozwolić sobie na podobne przygody jak przed chwilą nawet kosztem większych oporów toczenia.
A póki co mijam rozjazd i w samotności zmagam się z dystansem Giga. Teraz gdy już luźno jadę sobie spokojnie równym tempem z rzadko wyprzedzając nielicznych bikerów. Na którymś podjeździe doganiam Łukiego, który żali się na kryzys. Na dokładkę zgubił GPS i widać po nim wyraźną rezygnację. Chwilę rozmawiamy i pomału odjeżdżam. W dalszej kolejności na odcinku błotnistej drogi mijam starszego pana, w którym rozpoznaję Romana Trzmielewskiego – szefa Compaasu. Powinszować kondycji w tym wieku. Trzmielu nie poddaje się tak łatwo i odjeżdżam mu dopiero gdy słysząc jego rower za plecami zdecydowanie mocniej naciskam na pedały.
Potem mały triumf gdy dostrzegam ubiór Lajkoników. To nikt inny tylko Mariusz, ogląda się i chyba mnie widzi bo wyraźnie przyspiesza. Ale ja już wiem, że jest mój, chwilę to trwa i w końcu dopadam go i jedziemy równo. Coś tam gadamy i udaje mi się odskoczyć od niego. Robię się coraz bardziej zadowolony. Przechodzę przez głęboki rów i jadę drogą wyłożoną drobnymi kamieniami. Teraz gdy dogoniłem większość znajomych wypadało by utrzymać pozycję i nawet odskoczyć jeszcze trochę. Dlatego chociaż zaczynam już odczuwać zmęczenie nie odpuszczam i dalej utrzymują mocne tempo.
Gorzej, że w bidonach susza, przede mną ostatni bufet, trzeba jakoś dotrwać. Znów w polu widzenia pojawia się jakiś rywal, trzeba go dopaść. To Łukasz, znajomy ze wspólnych jazd z Krakowa. Z nim już gorzej, mijamy się kilka razy i dopiero na jakimś podjeździe udaje mi się urwać i odskoczyć o kilka sekund. W ferworze walki znów mijam znajomego, tym razem to Dominik, którego nawet nie poznaję i dopiero gdy woła do mnie to widzę kto to.
Meta coraz bliżej , tak jeszcze sobie myślę czy uda mi się dorwać Mikołaja Menke ale z nim to już naprawdę trudno będzie.
Tak myśląc wspinam się na jakąś górkę i dopiero narastające obciężenie wyrywa mnie z letargu. Bardzo ostrożnie zmieniam przełożenie gdyż napęd jest w katastrofalnym stanie. Łańcuch zakleszcza się co chwilę na przednich koronkach, a tylne przełożenia wchodzą bardzo niemrawo wydając przy tym niemiłe dźwięki. Jednak teraz pomimo udanej operacji zmiany biegu nie czuję ulgi a nawet wręcz przeciwnie, jadę coraz bardziej mozolnie z niedowierzaniem patrząc na nie tak bardzo stromy w końcu podjazd. Dopiero gdy czuję dziwne zachowanie się roweru podczas manewrów to z przerażeniem odkrywam przyczynę tej całej sytuacji.
Tylne koło znowu robi się flakowate, zatrzymuję się i bardzo szybko oceniam sytuację. W kole jeszcze sporo powietrza, widać że dziura nie jest duża bo nie syczy i coś tam trzyma. Patrzę na licznik, który wskazuje 77 km. Trasa maratonu powinna liczyć według orgów jakieś 81 km. Tylko czy można sugerować się tym co oni tam podają jak już nieraz zmieniali długość maratony nawet o kilkanaście km. Mija mnie Roman Trzmielewski, z którym stoczyłem zacięto walkę chwilę temu. Nie ma czasu na zmianę dętki tym bardziej, że już nie mam zapasowej i pozostaje mi zabawa z klejem i łatkami, a wiadomo ile to trwa.
Ładuję do koła kilkadziesiąt machnięć pompką i jadę dalej. Nawet nie jest źle, szybko zjeżdżam w dół, mijam rozjazd i kieruję się na metę. Jeszcze raz pompuję i znów przejeżdżam kawałek i wyskakuję na ulice Nowin. Koło już całkiem sflaczało, w akcie desperacji znów pompuję trochę ale już nic nie pomaga, obręcz wspiera się już tylko na gumie. Trochę jadę, trochę prowadzę, i znów wyprzedzają mnie wszyscy znajomi, Łukasz, Mariusz, Łuki. Ostatni km pokonuję pieszo nie ryzykując uszkodzenia obręczy. Opona już do wyrzucenia, nie szkoda mi jej no ale obręcz to inna sprawa. I tak wbiegam na metę z czasem jazdy 5 godzin i 32 minuty.
Miejsce w Open 94, w kategorii M3 –19. Nie jest źle, pomimo tych przygód jakie mnie spotkały jestem zadowolony bo czuję, że para w nogach jest, a to najważniejsze i przyjdzie czas, że odegram się jeszcze.
Piotr Furmański
