Jak się okazało na "prezentacji" byliśmy jednymi z pierwszych zawodników gdyż dostaliśmy numery startowe od 2 do 5. Już w trakcie zapisów trzeba było się zdeklarować na który dystans się jedzie ponieważ trasa dla każdego dystansu była różna, a i godziny startu także. Cała nasza czwórka zdecydowana była oczywiście na jazdę na długim dystansie 93km dlatego też tło na naszych numerach startowych było błękitne. Podział kolorystyczny miał zapewne pomóc obsłudze w kierowaniu zawodników na odpowiednie trasy. Dystans średni 53km odznaczał się kolorem różowym, a krótki 29km zielonym. Po sprawnie przeprowadzonych zapisach i opłaceniu wpisowego udaliśmy się do sklepu w celu poczynienia nieodzownych zakupów
Potem pojechaliśmy na kwaterę i przygotowaliśmy nasz sprzęt na dzień maratonu. W nocy cały czas padało więc pewnym było, że trasa będzie dobrze "przygotowana". Nazajutrz wbrew naszym obawom nawet nie padało; no może rano jedynie trochę mżyło.Rankiem poczyniliśmy już ostatnie przygotowania i udaliśmy się na start. Start zawodników naszego dystansu nastąpił kilka minut po dziewiątej. Następne kategorie startowały w 15 minutowych odstępach. Na maratonie tym chciałem wypróbować inną strategię rozłożenia sił- zacząć wolno by później finiszować na mecie..
Zaczęło się! Początek asfaltem. Startujących około setka więc od razu jesteśmy w czubie- przynajmniej na razie..kilka kilometrów i skręcamy w lewo- asfalt przeradza się w kamienistą drogę, po lewej mijamy pasące się owce na hali- im to dobrze myślę sobie. Patrzę na pulsometr, a tętno oscyluje cały czas wokół Hrmax. Jakże tu realizować plan? Dobra trzeba trochę spauzować mija mnie kilka osób, nie ma sensu się szarpać i ich gonić - w końcu to dopiero początek.. Podjazd przeradza się w podejście. Nareszcie jest zjazd leśną drogą, ale nie pozostawia on jednak złudzeń co do trasy. Jest błoto, koleiny, błoto, kałuże. Nie szaleję, mam czas i omijam kałuże jeszcze przyjdzie na nie pora. Na razie za wcześnie dopiero 10 km, szkoda napędu i nerwów przy zmianie biegów. Dalej szybki zjazd asfaltem i jest pierwszy bufet, ale nie zatrzymuję się; jedziemy dalej w kilka osób i dojeżdżamy do kolejnej wioski. Zaczyna się podjazd- podejście po rozmiękłej łące. Opony szybko zapchały się tym błotkiem. Kręcą się w miejscu. A łąka dosyć długa. Kilkadziesiąt metrów przed sobą widzę charakterystyczną biało-czerwoną bluzę crossa. To Dominik się tam męczy..
W końcu las, podjazd - przepuszczam dwóch bikerów mówiąc im "mam czas" jedziemy leśnym jarem wokół dużo wiatrołomów. Robi się coraz stromiej więc dajemy z buta. Mijamy rzeźbione stacje Drogi Krzyżowej jest: XI, XII.. tak już blisko. Na szczycie krzyż i dwóch gości z białym psem. To pewnie ratownicy. Teraz leśny zjazd i wyjeżdżamy z lasu, a tam znowu hala. I znowu trawa i błoto- jest ślisko. Nie rozpędzam się za bardzo bo rower tańczy po murawie. Jesteśmy znowu w Sulovie jedna pętla za nami. Staję na bufecie. Biorę garśc rodzynków, banana i popijam Enervitem. Jedziemy dalej. Kawałek tym samym asfaltem co tuż po starcie lecz tym razem skręt jest w prawo. Dalej zaczyna się świerkowy stary las. Przypomina mi się Kościelisko. Jest ślisko: korzenie, błoto kamienie, kałuże. Znowu zjeżdżamy do Sulova tym razem z innej strony. Zaczynam się zastanawiać czy dobrze jadę, ale jest OK. Kawałek asfaltem Jakiś fotograf robi mi zdjęcie, a ja korzystam z asfaltu dociskam i wierzgam rowerem czyszcząc gumy z błota. Jadę znaną mi drogą (prowadzącą do naszej kwatery) dalej skręt w lewo i podjazd kamienistym dnem strumienia. Chwilę zastanawiam się czy dobrze jadę, ale tak! Jest oznaczenie, żółta szarfa na drzewie. Jakaś dziewczyna mówi mi że jestem 59 no to nie jest źle myślę sobie- w końcu wpisanych na długi dystans było ok.170 zawodników... Teraz w myślach liczę: 59, 60 tasuję się cały czas z jednym gościem..
Dojeżdżam do bufetu, a tam miłe zaskoczenie: są kanapki z wędliną i pomidorkiem, ciasto, herbatka po prostu piknik. Wchłaniam szybko kanapkę biorę banana, pomarańczę i dopełniam bidon. Znowu hale i las, a potem niebezpieczny dlugi zjazd halą. W pewnym momenie rower staje w poprzek, a ja zmuszony jestem się z niego ewakuować.. Na końcu hali gosćiu z wyciągniętą ręką. W dłoni trzyma czerwoną chorągiewkę. Sygnalizuje on skręt w lewo. Kamienisty stromy zjazd. Na dole mijam Dominika zmieniającego dętkę. Szybka wymiana kilku słów i jadę dalej- na liczniku 40 km. Dalej trasa prowadzi naprzemiennie lasem i przez trawiaste hale. Zaczynam wyprzedzać ludzi z krótszego dystansu.
Kolejna hala- jest długa i dobrze widać tutaj rozpostartą na całej długości stawkę. W końcu napęd zaczął odmawiać posłuszeństwa i zaczęła się dobrze znana z innych maratonów zabawa z wciąganiem łańcucha. W końcu koniec trawy, kolejna fota i już ostry skręt w prawo i podejście po jeszcze większym błocie w kierunku lasu. Wyprzedzam znowu tutaj kilku maruderów z krótkiego dystansu. Znowu zjazd do kolejnej wioski i kawałek asfaltem. Na asfalcie tym tak dobrze mi się jechało, że przeoczyłem moment skrętu i pogubiłem się trochę. W pobliżu żadnego bikera. Jak się okazało byłem na kolejnej pętli przewidzianej tylko dla zawodników z dużego dystansu. Zawróciłem - jest szarfa i żółta strzałka na asfalcie, można jechać dalej
Tu już na dobre zaczęły się problemy z przerzucaniem biegów. Od tego momentu starałem się zaliczyć każdą większą kałużę by chociaż trochę pomóc swojemu napędowi
Dalej trasa prowadziła standardowo przez łąki, las tam też miałem wrażenie, że traska się trochę wypłaszczyła, w końcu dojechałem do charakterystycznego gościa w okularach z dłuuugą brodą w czarnej pelerynie łopocącej na wszystkie strony, jeździec ów jechał w noskach na sztywniaku o boskim jaskrawym wymarzonym kolorze jasno-zielonym.. Jak się okazało na mecie był to Niemiec z Drezna z numerem 55..Wkrótce dołączył do nas jeszcze jeden zawodnik nr 16, z którym już wcześniej tasowałem się kilka razy. Przejeżdżając obok jeziorka miałem ochotę wrzucić tam na chwilę rowerek, ale nie było na to czasu. Tak to dojechaliśmy znowu do Malej Ciernej przejechaliśmy skrzyżowanie i skierowaliśmy się w lewo by po przejechaniu ok.200metrów stwierdzić, że okolica jest już nam dobrze znana, że byliśmy już tu wcześniej. Chwilę to trwało nim zawróciliśmy się do feralnego skrzyżowania na którym brakowało w owym czasie obsługi i pojechaliśmy już w dobrą stronę.
Za wioską na łące zauważyłem jadącego Dominika. Myknął mnie międzyczasie..Szybko go doszedłem pozostawiając brodacza i drugiego zawodnika z tyłu. Od tej pory razem już jechaliśmy dalej. Dominik skarżył się, że nie ma już sił. W Jesenowej kolejny bufet, a także mycie napędu przez strażaków, a potem było też WD-40 w użyciu. Pełen full-serwis
Na bufecie kanapki,ciastka, owoce, redbull.. Tak teraz to już inna jazda
wszystko chodzi jak należy. Dalej traska standardowo wiodła przez łąki, hale las. Redbull faktycznie chyba Dominikowi dodał skrzydeł gdyż na pewnym podjeździe wyprzedziliśmy nagle dwóch gości
a przejechaliśmy obok nich dosyć szybko widziałem nawet trwogę w ich oczach... Dalej jechaliśmy jeszcze kilka ładnych kilometrów razem. W pewnym momencie na szczycie góry skręt w prawo i tabliczka z czerwonym napisem" POZOR!" Pytam dla żartu Dominika co to znaczy? Po chwili już wiadomo o co chodzi to dosyć stromy zjazd po kamieniach i korzeniach..w pewnym momencie szybki poślizg przedniego koła i leżę. Później były jeszcze kolejne podejścia i podjazdy, a błota wcale mniej nie było..Nagle rower się zatrzymuje co jest?!- to błoto i liście skutecznie zablokowały przednie koło. Zaliczyliśmy jeszcze razem jeden bufet- makowiec był bardzo dobry

W pewnym momencie Dominik nareszcie mi odjeżdża (w końcu to wyścig a nie wycieczka niedzielna) i mogę już własnym tempem spokojnie brnąć dalej.
Kilka kilometrów przed metą dostaję w końcu dobrze mi znanego kryzysu czy raczej agonii, wiem że to głowa rządzi, ale łatwo mówić
Był to fragment trasy znanej ze startu tym razem w przeciwnym kierunku. Już tylko ten jeden długi leśny podjazd po błocie.Wreszcie szczyt, a potem już tylko zjazd. Początkowo lasem po naprawdę wielkim błocie o różnych konsystencjach gdzie rower tańczy jak po maśle. W końcu Sulov i szybki zjazd asfaltem na metę.
Na mecie był od kilkunastu minut już trochę rozgoryczony Lukas i Dominik (Łukaszowi nie chciało się babrać w błocie i wymieniać dętki no to pojechał kilka kilometrów na obręczy - ech ta adrenalina!
). Lesław jak się okazało był już na kwaterze - pojechał się odświeżyć i przebrać. Później oddanie chipa i od ręki wypisywany dyplom ukończenia z miejscem w kategorii i czasem ukończenia dystansu. Dostaliśmy też obiecane skarpetki, isotonika i bloczki na żarcie i napój. Napój to do wyboru cola i piwo, a posiłek dla mięsożernych to duże udko kurczaka ogóreczek i chlebek. Później dekoracje i tombola- szczęście uśmiechnęło się do Lesława (trafił na kumulację nagród i dostał dwie oponki, komplet bidonów i rowerowy atlas Słowacji), wylosowany został jeszcze mój numerek i stałem się również posiadaczem dwóch semi-slicków Authora akurat będą na Ukrainę
Ogólnie muszę powiedzieć że było nieźle. Trasa porządnie oznakowana, muszę stwierdzić że kultura wśród tamtejszych rowerzystów też chyba większa. Na trasie widziałem tylko kilka wyrzuconych papierków po marsie.., żadnych dętek czy innych rowerowych śmieci. Co do obsługi medycznej i ratowników- to karetka była w centrum zawodów, a ratownicy z psami na trasie. W sumie to nie wiem ilu ich było bo nie byli jakoś jaskrawo ubrani a wręcz odwrotnie w kolorze khaki
Co do mat kontrolnych to też nie wiem ile ich było na trasie, ale odniosłem wrażenie, że mniej tam jest jednak cwaniactwa niż u nas w lidze BM. Do dyspozycji zawodników na stadionie były dostępne 3 stanowiska karcherów, a nade wszystko była możliwość skorzystania z polowego prysznicu- w wielkim wojskowym namiocie..Ogólnie jestem bardzo zadowolony ze startu w tym maratonie zawsze to jakaś odmiana. Okazało się, też że byliśmy faktycznie reprezentacją naszego kraju
A nasze miejsca w open wcale takie ostatnie nie były: 17 (brawa dla Lesława!), 25 - Lukas, 26 - Dominik-neeq i 27 - ja na 51 osób które ukończyły długi dystans tym bardziej że wielu nie ukończyło.. Oprócz nas wystartowało jeszcze dwóch Polaków, ale to już na najkrótszym dystansie: 29km - przyjechali by wygrać ..
Dystans - ok.94
Czas jazdy 7:28:56.95
Fotki z maratonu
Piotr Zwonek
