Objazd trasy LBM - taka sobie relacja
25 lipca 2006
Na miejscu zbiórki zjawiło się 13 osób- zważywszy na panujące ostatnio upały to dosyć sporo luda. Spod Juwenii wyruszyliśmy prawie punktualnie (tzn. dobrze po kwadransie akademickim, ale w końcu niedziela była więc nie było się co tak znowu śpieszyć). Dla ścisłości: prawie wszyscy ruszyli – bo ExPrezes oczekiwał jeszcze na swojego kolegę – Damiana.
Drogę pod ZOO nieznacznie skróciliśmy i przebyliśmy ją jadąc za autobusem linii nr 134.
Aby nie było pustego przejazdu – Joasia i to sama na ochotnika zdecydowała się na jazdę na czas od początku kostki. Pod ZOO wyszło coś koło 10 minut z hakiem. Dokładnie to nie powiem jaki ten hak był - bo stoper w komórce Michnika nieopatrznie zresetowałem. Tak czy inaczej na pewno było nieźle zważywszy na temperaturę otoczenia. I na pewno kilka watów i to in plus wyjdzie z tego wysiłku, a już na pewno nie będzie to liczba 0.

Dalej czołówka poczuła się zapewne jak na maratonie i pognała na złamanie karku. Koniec końców na skraju lasu za szlabanem zostaliśmy we trójkę sami, tzn : Joasia, Lukas i ja. Nie przejąłem się tym, gdyż traskę tę znałem perfect i miałem ją w jednym palcu. Tak więc poprowadziłem naszą trójcę. Po niedługim czasie okazało się, że moja znajomość tematu nie jest aż taka idealna- a wręcz przeciwnie. Zawróciliśmy więc kawałek i zaczęliśmy gonić wycinaków. Po kolejnym telefonie do Lesława, przy wirtualnym bufecie w Morawicy okazało się, że o dziwo jesteśmy już sporo przed głównym trzonem grupy.
Taak! Joasia dawała czadu!, chyba ze 30 po tych polach na budziku było...

W międzyczasie zadzwonił ExPrezes i oznajmił nam że nim kwadrans minie, to będzie już wśród nas. Po niedługim czasie obaj z Damianem zawitali do nas. Tutaj zagraliśmy w marynarza i jednogłośnie wybraliśmy ochotnika w postaci Lukasa- poświęcił się chłopak - i został przy wspomnianym nieistniejącym zresztą pierwszym bufecie oczekując na grupę główną. (Będzie się raczył arbuzami i zimnym powerade’m, w towarzystwie miłych dziewcząt z obsługi, w końcu upał taki dzisiaj jest).
Dalej już w czwórkę podążyliśmy w kierunku Wąwozu Półrzeczki jadąc wzdłuż autostrady.
Lekki szuter! Czyli to co tygryski lubią najbardziej. Niby pod górę, ale świadomość goniącej nas grupy rzeźników dodawała nam sił – a było czasami ostro. Przed samym wąwozem wyprzedził nas jeden kolega z którym wyjechaliśmy – imienia nie pomnę (jadący bez kasku, ubrany w biały podkoszulek bikemaratonu) .
Dalej dosyć długi zjazd wąwozem. W końcu trochę chłodu i zimnego powietrza. Na końcu skręt w prawo. Tu minęła nas grupa wycinaków jeżdżących z Arturem; z EC (pewnie to już n-ty objazd na czas- w końcu to już tylko 34 dni do maratonu jest i trenować trzeba i mierzyć czas) Dojechała i reszta naszej grupy, by po chwili żmudnym podjazdem czarnym szlakiem przeć naprzód. Po wyjeździe z lasu większość grupy pojechała w lewo wbrew znaczkom na mapie, w kierunku oddalonego o ok. kilometr sklepu. Pewnie to intuicja kierująca do wodopoju lub co prawdopodobniejsze do szynkwasu ich prowadziła.
Paweł wraz z Marcinem obrali jednak poprawny wg mapy skręt w prawo. Tak czy owak po chwili zawróciliśmy i my i pojechaliśmy za grupą. W sklepie poczyniliśmy nieodzowne zakupy. Kiełbasa, i zimna maślanka truskawkowa były jak najbardziej na miejscu!

Dalej Zimny Dół i lekki podjazd: początek asfaltem, potem żwirek i kamyczki. W końcu dojazd do drogi. Jest asfalt i chwila oddechu. Można też się trochę poopalać, w końcu.
Potem przed drogowskazem w prawo i śródpolnym, leśnym szutrowym zjazdem, a później przejazd przez łąki i las. W owym lesie Mariusz ćwiczy technikę lotu. Dojeżdżamy do asfaltu i w lewo na most. Dalej w prawo i ostry podjazd – asfalt i znany już lekki szuter. Na skraju lasu przerwa. To Marcin (Cross) zaliczył kolca w jednej ze swoich nowych terenowych gum. W wymianie pomaga mu Mariusz. Joasia zajada banana. Podjazd i dojazd do asfaltu. Tu Paweł nas opuszcza i jedzie do stęsknionej żony... Zgubiliśmy szlak trzeba było dawać czerwonym wzdłuż lasu. Poszliśmy na łatwiznę. W ślady Pawła z różnych przyczyn podąża również kolega Damian. Reszta jednak dalej konsekwentnie w lewo, tam kierunek maratonu w końcu jest.

Przejazd nad autostradą, i wkraczamy w krzeszowickie ostępy leśne. Chwila na znalezienie poprawnej trasy. Śmigamy czerwonym- aż do przecięcia ze szlakiem zielonym. Z mapy wynika,że w prawo trzeba dawać. OK jedziemy! Jest fajny zjazd wąwozem- to konny szlak. Przoduje Michnik na swoim krosie i swoich cienkich gumkach, potem Enduroboy razem dają czadu! Potem ja na swoim "fullu" z przednim widelcem marki GT, a dalej reszta ferajny. Fajna trasa w końcu jest. Wyboje, koleiny. Technikę można ćwiczyć. Zjeżdżamy na dół. Marcin (Cross) - z opowiadań świadków w głębokiej koleinie wykonuje pół-salto przez kierownicę. Co prawda bez siadu podpartego, ale zawsze to OTB w końcu było. Frycowe trzeba zapłacić. Teren to nie gładki asfalt. Każdy musi w końcu przelecieć n razy przez kierownicę, a i Michnik też...to tylko kwestia czasu :(

Dalej gubimy się. Już wiemy, że to nie tędy droga. Ale w końcu chodzi o wycieczkę, a nie o to by przejechać traskę dokładnie z każdym detalem. Docieramy do kamieniołomu Dulany. Musimy go obejść. Padają głosy żeby tędy poprowadzić trasę maratonu. Ale to nie do nas te uwagi, trzeba z orgiem gadać. Jest zjazd, kolejny wąwozik i docieramy do asfaltu w Nielepicach. Tutaj Marcin (Cross) wraz z drugim Marcinem opuszczają nas. Skracają trasę jadąc asfaltem w kierunku Morawicy. Reszta dalej ciągnie. Po chwili jednak Joasia i ExPrezes również nas opuszczają. Potem śmigamy dalej już mniejszą sześcio-osobową grupką. Śmigamy dalej raźno. W Kleszczowie uzupełniamy płyny by po chwili cieszyć się zjazdem w wąwozie Kochanowskim.. Jak pisał Solioza wąwozik faktycznie trochę wypłukany jest. Tak czy inaczej będzie się działo.. Potem relaksu ciąg dalszy- w Zabierzowskim lesie- zwiedzamy kolejne konne szlaki. W końcu wypadamy na asfalt i bijemy rekordy prędkości. Zmierzając w kierunku zalewu w Kryspinowie. Potem kilku nagusów i już jesteśmy w lasku.

W lasku wolna amerykanka. Jedni zamierzają znowu jechać asfaltem na czas. (Aha! WAŻNE!!czas proszę mierzyć od szlabanu przy klasztorze do fortu amunicyjnego, nie inaczej.) Ile minut wyszło?
Innym przyszła ochota na wyszukiwanie co stromszych terenowych podjazdów.
Trzecia grupa którą zresztą tworzyłem w całości miała już kryzys energetyczny i wlokła się smętnie.
Tak to zakończył się nasz dziewiczy objazd traski. Następne wyjdą o wiele lepiej i zapewne poznamy jeszcze dużo, dużo nowych ścieżek i innych równie ciekawych miejsc...
W domciu byłem około godz.18 :)


Piotr Zwonek

0 komentarzy · 2944 czytań ·
Komentarze
25 lipca 2006 08:37:20
jeden uśmiech to 3 minuty dłuższe życie...po przeczytaniu mam ze dwa dni do przodu:)
25 lipca 2006 08:53:36
No panie Pit miodzio relacyjka - pamiec w terenie masz fenomenalna.
Ja z racji morderczego wysilku polowy trasy nie pamietam.
No i OTB jeszcze nie mialem (ze strachu) ale dwa powazne wypadki z udzialem blachosmrodow zaliczylem :D
Czekam niecierpliwie na kolejny objazd w tak wybornym towarzystwie.
25 lipca 2006 11:06:20
Ha ha brawo, wspaniała relacja. Respect za fenomenalną pamięć i lekkie pióro, czapki z głów.
Ja z reguły połowy trasy nie pamiętam...
Pozdro
25 lipca 2006 21:59:50
Dobra trasa,dobre towarzystwo czego chcieć więcej. żyć nie umierać
25 lipca 2006 22:29:47
glebe zaliczyłem, i będe musiał ponownie przejechać trasę, bo czuje niedosyt po upadku :D
26 lipca 2006 20:53:59
gleby zdarzająsie każdemu tym sie nie zrarzaj
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.