Istebna 2006 - 16.09.2006
Dodał(a): Piotr Furmański furman
17 września 2006
Ostatni maraton w sezonie budzi zawsze wiele emocji. Z jednej strony sezon się kończy, klasyfikacja już poustawiana, przychodzi odprężenie, czasem przesyt. Z drugiej strony ochota na solidne zakończenie startów i zaprezentowanie się z dobrej strony.

Tym razem ostatnim maratonem w sezonie była Istebna położona wśród gór Beskidu Śląskiego. Jechałem tutaj już zeszłego roku, gdy mieszając błoto na leśnych ścieżkach pracowicie tworzyliśmy legendę. Dlatego teraz, gdy jechałem z Krakowa na start wiedziałem co mnie czeka. Wokół góry, może nie jakieś masakrycznie wysokie ale dające jasno do zrozumienia, że lekko tutaj nie będzie. Pogoda piękna, cudne widoki, i zapach BenGaya na parkingu. Jak zwykle na start przyjeżdżam już późno i o dobrym miejscu nie ma mowy. Udaje mi się jednak wcisnąć gdzieś w połowie peletonu dzięki kolegom i koleżance z timu.

Pierwszy podjazd to ciągłe tasowanie. Wąski asfalt przez kilka kilometrów wspina się do góry i pozwala na poustawianie stawki i rozciągnięcie grupy. Dzięki temu uniknięto korków, a tylko niekiedy zdarzały się lokalne wąskie gardła nie generujące jednak jakichś dużych przestojów. Trudno opisywać tak zróżnicowaną trasę, jak zwykle pamiętam tylko kilka tych charakterystycznych miejsc i sytuacji, które wryły się w pamięć . Po pierwszym podjeździe już wiem co nieco o swojej dyspozycji. Miałem obawy gdyż ostatnio odnotowałem wyraźny spadek formy, a na dokładkę przyplątało się jakieś choróbsko. Nic strasznego, ale ból głowy, gardła, katar i kaszel trochę przeszkadzały od dwóch dni. Na szczęście obyło się bez gorączki i tylko dlatego zdecydowałem się na start.

Teraz jadąc pod górę i ciężko dysząc czuję, że nie jest źle. Obserwuję innych i poznaję swoich rywali, tych którym uciekałem przez cały sezon i tych których goniłem. Widać wyraźnie, że to już koniec sezonu gdyż przetasowania ogromne. Słabsi się wzmocnili, mocni są jeszcze bardziej mocni, ale niekiedy nie na tyle aby uciec dotychczasowym słabszym.
W zasięgu wzroku Michnik oraz MiśQ, za to Lesław, Łukasz i Dominik gdzieś daleko z przodu. Jeszcze wtedy miałem nadzieję, że dorwę ich na 30-40 km jak to do tej pory bywało. Pierwszy ostrzegawczy sygnał otrzymuję gdy wyprzedza mnie znajomy Piotrek z Częstochowy jeżdżący w barwach Enionu. Potem zaczyna mi uciekać MiśQ. Podkręcam trochę tempa i udaje mi się zażegnać niebezpieczeństwo ale już wiem, że coś jest nie tak. O ile podjazdy idą mi jako tako to zaskakująco dużo tracę na nielicznych płaskich fragmentach. Nie potrafię się zmotywować do mocniejszego depnięcia i tracę wypracowane wcześniej pozycje.

Świetnie czuję się na zjazdach, kilka razy tasujemy się Mikim który nadal traci na zjazdach. Gdzieś na 20 km widzę Łukiego. Tradycyjnie już zamieniamy kilka zdań o naszej dyspozycji. On też nie czuję się najlepiej i narzeka na gorączkę. Górska trasa daje w kość, na trawiastym podjeździe wystawionym na słoneczną ekspozycję zaczynam odczuwać dyskomfort cieplny. Miękka nawierzchnia sprawia, że rower ciężko toczy się do góry, a słońce ostro daje czadu . Potem szybki zjazd i spory odcinek po kamienistej ale płaskiej drodze. Trzęsie okropnie, tereny raczej niespecjalnie ładne. Co chwilę łańcuch spada z blatu na średnią koronkę. Znów tracę tu kilka pozycji. Wjeżdżamy w las i zaczyna się coś dziać.

Kamienisty wąwóz straszy swymi trzewiami, ludzie wybierają trasę górą, po jego brzegu. Też tam jadę lecz po chwili decyduję się zjechać w dół gdyż nie jestem w stanie rozwinąć skrzydeł blokowany przez innych bikerów. Ryzykowny zjazd z uskoku i już lecę po kamolach, łapię wiatr w żagle, mykam sporo osób, szkoda że tak szybko się kończy, ale już widzę, że tam dalej coś ciekawego się dzieje. Ludzie zatrzymują się i patrzą gdzieś w dal, ratownicy stoją i wydają ostrzegawcze okrzyki...stroma ściana mocno opadająca w dół robi spore wrażenia. Szybka ocena sytuacji, stromo to fakt ale nawierzchnia sucha i gładka, a dalej kawałek płaskiego terenu. Głośny okrzyk – ZARĄBIŚCIE – i lecę w dół, nie ma czasu na ostrożne hamowanie bo już zaraz wąska ale głęboka rzeczka. Obok mostek z drewnianych bali, można by się pokusić o przejazd ale dostrzegam, że mokry i nie ryzykuję gleby zakończonej zimną kąpielą. Trochę się rozkręcam i zaczyna mi się fajnie jechać .

Z daleka dostrzegam już charakterystyczny kształt Ochodzitej. Zwieńczona masztem góra robi spore wrażenie, szybko zbliżamy się i atakujemy stromy podjazd. Dużo kibiców, wszyscy dopingują, biją brawo, pokrzykują, zachęcają do jazdy. Dzieci częstują wodą do picia, do polewania głów. Już podjazd betonowymi płytami, nie ma zmiłuj, młynek idzie do roboty, potem podjazd po trawie. Słyszę – dawaj Furman – dawaj, kątem oka dostrzegam Łatkę w roli kibica. Odkrzykuję coś i zaciskając zęby daję mocniej w espedy. Zjazd z Ochodzitej to już sam miód, ale potem znów zaczynają się galery.

Makabrycznie strome podjazdy wysysają siły, bidony zaczynają zalatywać suszą i tylko dzieci ratują sytuację biegając pomiędzy zawodnikami rozdając hektolitry wody. Gardło piecze coraz bardziej, żołądek ostro protestuje przeciwko kolejnej porcji żelu. Czas mija coraz szybciej i zaczyna do mnie docierać, że wjazd na giga może być już zamknięty. Ostatnie kilometry przed metą to wewnętrzna walka co zrobić na rozjeździe. Lubię długie maratony ale dzisiaj jestem słaby i obawiam się, że dalsza jazda mogłaby się różnie skończyć. Ostatnie strome podejście, kawałek asfaltem i widać rozjazd. Z daleka widzę tabliczkę META – brak strzałki na drugą rundę. Brakło coś koło 15 minut. Kamień spada z serca, sumienie spokojne i usprawiedliwiony zjeżdżam na metę. Jeszcze tylko zawodniczka w barwach Krossa wyprzedza mnie tuż przed metą. Nie podejmuję walki, totalna rezygnacja.

Na mecie już większość znajomych, chwilę wcześniej przyjechał Gary Fisher. Szybka analiza danych z urządzeń pokładowych. Licznik przestał działać ale stoper wskazuje 3h 48 minut. Od znajomych dowiaduję się o dystansie – 59 km. Wynik taki sobie ale pulsometr wskazuje rekordowe w tym sezonie średnie tętno. Będzie czas żeby to wszystko analizować, w tym roku już koniec startów. Pora na odpoczynek i skończenie z rowerowym terrorem.

Do zobaczenia za rok...a może na Odyseję ktoś się wybiera ?

Piotr Furmański

Ocena: (0)
0 komentarzy · 4242 czytań ·
Komentarze
17 września 2006 23:14:46
ja się wybieram na Odyseję :)
18 września 2006 09:18:11
Już przeanalizowałem wyniki. Nie ma co owijać w bawełnę - porażka na całej linii. Odjechali mnie wszyscy, nawet Ci o których nie myślałem jako o rywalach. Trzeba się głęboko zastanowić co było przyczyną tak głębokiego kryzysu.
18 września 2006 21:47:14
Pięknie - przeczytałem i żałuję, że nie wybrałem się choćby i pokibicować. No, ale na tym sezonie maratony się nie kończą więc może w następnej edycji... Cała zima na trening ;)
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.