Maraton w Polanicy Zdrój - 16.09.2006
Dodał(a): Mariusz Potok pocio
20 września 2006
To już jest koniec i nie ma już nic.

To już jest koniec. Słowa tej piosenki towarzyszyły mi w czasie drogi na ostatni maraton ESKI w Polanicy Zdroju. Ostatni maraton w sezonie, z jednej strony szkoda, z drugiej w końcu można będzie spędzać weekendy z rodziną. Ale zacznijmy od początku.

Wstałem o 2.50 i powoli zjadłem mleko z chrupkami. Potem zabrałem rower i plecaki i już o 3.45 byłem na parkingu. Mocowanie rowerka do bagażnika mojej Astry i "rura" po Łukasza bo zbliżała się 4 nad ranem. Na górze na przystanku czekał już hokeista. Zapakowaliśmy rower na dach i dalej po Lox'a. Zajeżdżamy, a Staszka nie ma. Pojawił się za chwilę pędząc pod prąd jedną z krakowskich ulic. Upchaliśmy go z rowerem na tylnej kanapie i po Mariusza. Ten nie spodziewał się, że będę już o 4.30 po niego. Po zamontowaniu uchwytów i pozostałych rowerów na dachu udaliśmy się w kierunku autostrady.

Po godzinie 7 zatrzymaliśmy się na śniadanie w Niemodlinie. Zimny makaron z serem i tuńczykiem zapiłem gorącą herbatą. I dalej w drogę. Około 9.00 dotarliśmy na stadion w Polanicy. Krótka kolejka do rejestracji, długa po gadżety. W końcu okazało się, że pora stanąć na starcie, a my jeszcze w cywilkach. Szybciutko przebraliśmy się i z rowerami stanęliśmy po Gatorada. Ciapek zaniósł rower za barierki i po powrocie pomógł mnie zatankować camela, ja zatankowałem mu bidon i udałem się pokornie na koniec stawki. Każdy powinien znać swoje miejsce w szeregu.

Na ogonie czekali znajomi rywale, których pozdrawiam. Krótka pogawędka przed startem i mocne postanowienie rywalizacji. Pora do boju. Wybiła 11.00 więc wypruliśmy ze startu. No może nie wszyscy. Pojechała czołówka, koniec ruszył po około 2 minutach. Najpierw powoli jak żółw ociężale (jak pisał Tuwim w Lokomotywie) na butach doszedłem do bramy stadionu. Tam w końcu dało się jechać. W miarę szeroka ulica więc zabieram się za robotę. Konsekwentnie wyprzedzam kolejnych bikerów. Mijam Bartka Szymańskiego ze Żmigrodu i popędzam by się sprężał bo znowu mnie nie spotka na trasie. (W Świeradowie prawie cały dystans jechaliśmy razem)

Na piekielnej Przełęczy kończy się jazda a zaczyna piesza wędrówka. Jest tak wąsko, że idący pod górę wymuszają takie samo zachowanie u pozostałych uczestników, którzy są za nimi. Pokornie udaję się w pielgrzymkę na Zamek Leśna. W końcu na zjeździe da się jechać i zaczynają wyprzedzać mnie co odważniejsi bikerzy. Ale ten stan nie trwa zbyt długo bo zaczyna się podjazd w kierunku góry Wolacz. Z mozołem odrabiam stracony czas. Na 10 km trasy mam aż godzinę jazdy za sobą. Strasznie wolno. Na całe szczęście czuję się mocny bo chwilę temu zjadłem żela. Mijam kolejne osoby męczące się pod górę. Z jednego z mijanych żartuję, że mógłby trzymać linię (mnie chodziło o tor jazdy gdyż podjeżdżał zygzakiem) ale jego znajomi natychmiast wykorzystali to by mu przypomnieć o jego wadze (w końcu powinien trzymać linie jak modelka). No fakt w tym temacie mógłbym być wzorem dla 40-latków. Mam około 70 kg wagi przy 185 cm wzrostu.

Jedzie mi się coraz lepiej mijam bikerkę z GM Manufakturing (wywiad ustalił, że była to jadąca z numerem 1187 Joasia) w charakterystycznej koszulce i dopinguję ją stwierdzeniem, że za 2 km bufet. Ona odpowiada, że złapał ją skurcz. Ze sporym zdziwieniem wpadam na bufet i oszołomiony obsługą zamiast wziąć banana od oferującego go bez tłoku sam biorę ze stołu wpychając się w tłum.

Dalej jest miło i przyjemnie bo nareszcie z góry. Powoli zaczynam przyzwyczajać się do zjazdu ale w momencie kiedy wyprzedza mnie Joasia kończę z sielanką ,doganiam ją i śmieję się, że bufet pomógł i próbuję się oddalić. Na Piaszczystej Drodze mam nad nią przewagę bo jadę na 28" kołach i crossie więc nawet przełożenia mam szybsze. Staram się nie patrzyć na licznik by nie zadziałał umysł i nie nacisnął klamki. Bardzo szybko docieram do drugiego bufetu. No ale przede mną najtrudniejszy podjazd pod Hutę. Na bufecie krótka wymiana zdań z kolegą o nicku "borowice.pl" (1796 Tomek) i mocne postanowienie by tym razem być przed nim na mecie. Kiedy na moment straciłem go z widoku pognałem mocno pod górę bo w końcu w górę zawsze byłem lepszy. W końcu musiałem dać za wygraną i zejść z roweru. Hutę zdobyłem pieszo, a Joasia odjechała w siną dal. Może jeszcze ją dojadę?

Na górze ubrałem rękawki i rzuciłem się w szaleńczy pościg w dół za umykającymi bikerami. O dziwo kamienisty zjazd przy dużej prędkości nie był aż tak męczący jak ten w Przesiece. Nawet momentami musiałem dokręcać by nie tracić prędkości.
Zaskoczył mnie bufet na Rozdrożu. Nawet nie wiem kiedy przejechałem "Wieczność" Wrzuciłem 2 banany do kieszonki i pognałem w dół do mety. Zjazd był niesamowity w jednym miejscu na tyle trudny technicznie, że pokonałem bo z buta. Wyobraźnia nie puściła. No może w przyszłym roku będzie lepiej. W końcu droga się poprawiła na tyle, że mogłem swobodnie pognać do mety.

Tu czekała mnie niespodzianka podobna do tej w Świeradowie. Na pięknej asfaltowej drodze za "Góralką" stał strażak i kierował na podjazd w leśną ścieżkę wzdłuż szpitala w Polanicy. Niestety to co do góry pokonałem na butach. W końcu wypadłem na kostkę i w dół do stadionu pognałem. Ostrożnie przejechałem koło wyłożonej materacami bramy i po rundzie honorowej na bieżni minąłem linię mety.

No to teraz to już naprawdę koniec. Jest po maratonie. Na mecie czekają już Mariusz z Łukaszem. Zdążyli już odpocząć więc zostawiam im rower i idę na makaronik i piwo. Za te czarne cudne oczęta jak mówi piosenka, a właściwie za tą szklankę zimnego słonecznego trunku wszystko prawie bym dał.
Założenie wykonane na mecie jestem przed Tomkiem i Staszkiem. Ten ostatni miał szczęście bo na ostatnich kilometrach myślałem, że jak mnie wyprzedzi to wraca na butach do Krakowa.

Do auta pod prysznic i ubranie się w ciuchy do dekoracji. Czeka mnie występ na pudle bo mam odebrać nagrodę dla Lesława, który jak się później okaże był 3 w Istebnej. Niniejszym składam mu gratulacje.
Tombola strasznie się dziś dłuży. W końcu wylosowują mnie i dostaję T-shirtr'a Bikemaratonu w rozmiarze damskiej S-ki. Miejmy nadzieję, że na córkę będzie pasował to przynajmniej rodzina coś będzie miała z tego, że tatuś jeździ.

W czasie losowania występuje sierotka "Jarosia" z Mix Elektroniks. Odbieram dyplom za Polanicę. Zaczyna robić się ciemno. W końcu jest dekoracja za generalkę. Najpierw za I miejsce w M1 Ola z MixElektroniks odbiera nagrodę. Potem ja za 5 miejsce w generalce dla Lesława, a na końcu Staszek z Łukaszem za G1 2 miejsce dla Roberta i 6 dla Staszka z Mavericka.

Teraz możemy wracać już do Krakowa. Mieliśmy szczęście nie dostać ani ramy ani roweru bo nie wiem jak byśmy się zabrali z powrotem.

W drodze powrotnej pobłądziliśmy trochę w Kłodzku szukając jakiegoś żarełka. W końcu po zjedzeniu obiadu o 21,30 udaliśmy się w stronę Krakowa. Ja dotarłem do domu około 2,00 po uprzednim wysadzeniu wszystkich (mam nadzieję zadowolonych) uczestników wyprawy.

I teraz to już koniec.

P.S.
Jechałem na 28" Unibiku Viperze w szaro-czarnym kolorze w niebieskiej koszulce i czarnych spodenkach z niebieskimi szerokimi lampasami z numerem 417.
Dlaczego pojechałem do Polanicy a nie do Istebnej? Być może wyjaśnię to w następnym artykule.
Do zobaczenia na szlaku i w następnym roku na maratonach.

Ocena: (0)
0 komentarzy · 4342 czytań ·
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.