Głodno chłodno i do domu daleko...
Dodał(a): As
01 października 2006
Czyli mój samotny powrót do domu z wyjazdu na Górę Leskowiec z dnia 1.10.2006

A miało być tak pięknie. Godzina 15 z minutami więc w głowie mi zaświtała myśl, że na 17 to na bank będę w Krakowie. Śpieszyło mi się ale miałam dość czasu w zapasie.
Na Wadowickim rynku pożegnałam się ze Wszystkimi trochę z żalem. Oni jeszcze pedałują, a ja pociągiem do Krakowa. No ale jak mus to mus. Zresztą zmęczenie już mocno dawało w kość a do Kraka 50 km za główna drogą zostało.
Już widziałam siebie siedzącą w wygodnym papieskim pociągu kiedy to na stacji PKP słyszę: NIC czyli zero. Więc odgrzebałam szybko informacje od Furmana: o pociągach z Kalwarii. No to tylko 15 km - myślę sobie -i już siedzę na wygodnej kanapie. Wyjeżdżając z dworca w Wadowicach znowu spotkałam Swoich w zielonych koszulkach; machnęli wesoło :).

Drogę na Kalwarię przemierzałam samotnie, jak na pustyni, choć traumatyczny sznur samochodów mijał mnie, od czasu do czasu trąbiąc i prawie zmiatając z drogi. Na pocieszenie wsadziłam kasztana i żołędzia do kieszeni ... to oznaka, że jesień nadeszła na dobre. Kalwaria również okazuje się nieprzychylna moim planom, pociąg na Kraków za godzinę, a drugą trzeba przesiedzieć by osiągnąć metę marzeń - dla mnie za późno. Przygodny Gość poinformował, że jest droga boczna na Kraków przez Skawinę i to zaledwie 30 km. No to decyzję podjęłam - dojadę. Po przejechaniu 10 km, następny przygodny Gość informuje, że do Krakowa zostało około 40 km.

No to już zakrawało na dzień świstaka albo pętle czasową. I zrobiło się głodno chłodno i do domu daleko. Kilka słonych łez popłynęło po policzkach. W nogach skurcze a w bidonie ostatki. I pytanie gdzie ja jestem?!
Nic to, nikt nie woła, choć z bólu ryczy ranny łoś - trzeba jechać dalej. Jakimś cudem dojechałam do Skawiny. Tam spotkałam Jarka z Mix-Electronics (chyba) machnął i krzyknął z przeciwnej strony ulicy.. ja zdobyłam się tylko na podniesienie ręki..
Bułka z parówką (na którą w normalnych warunkach nie spojrzałabym) zjedzona w pośpiechu - smakowała jak największy rarytas. Tak ciągnięta zwierzęcym instynktem dotarłam do domu.

Od dziś można mi mówić "Finka" - to taki mały "Scyzoryk":)

Bilans strat:
Okulary - sztuk jeden
Siniak na nodze - sztuk ciężko zliczyć
Zadrapania jeżynami - sztuk dwie.

PS. Za tydzień będę pytać kiedy jedziemy na następną przygodę:)

Joasia Skóra vel Finka

Ocena: (5)
0 komentarzy · 3775 czytań ·
Komentarze
01 października 2006 21:09:28
cóż proponuję wyciągnąć nauki na przyszłość - RAZEM DO KOŃCA!!!:):):)
01 października 2006 21:15:47
Nie da się ukryć. W peletonie lżej i przyjemniej..
01 października 2006 21:16:24
wiwat PKP
i niech jeszcze cos mówią o tym że są niedofinansowani:(
01 października 2006 21:25:12
Jak by babka wiedział, że sie obali to by sobie usiadła..:)
01 października 2006 21:49:56
czytam i żal mi, że nie spotkaliśmy Cię Joana bo też jechaliśmy przez Skawinę a wtedy łezki by nie było :)
01 października 2006 21:51:03
Twarda sztuka z Joanny :)
02 października 2006 08:38:41
Ale chyba nie było tak źle z Tobą skoro perspektywa 60 minut czekania na pociąg zaowocowała tak dramatyczną decyzją. W mojej karierze bikera były momenty gdy nawet kilka godzin nie ruszyło by mnie z miejsca. Tak że - wiele jeszcze przed Tobą :))
02 października 2006 15:53:01
Podziwiam, ja ledwo siedze...takie mam zakwasy, wczoraj pijac piwko (w ramach kompensacji glikogenu oczywiscie) niedowierzalismy, ze na rowerze dotarlas...bylo dzwonic!!!przeciez moglismy jakos zaczekac!
02 października 2006 17:57:31
oczom nie wierze PRAWDZIWY WOJOWNIK a mowie "ach te baby" :) normalnie jak to czytalem to lezka sie w oku kreci. Mysle ze zdalas egzamin, i na nastepna wyprawe wezmiesz prawdziwy noź RAMBO :)
03 października 2006 10:44:56
Joanno, żyjesz bidusiu..?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.