Strach się bać
Dodał(a): Łukasz Hubka Luki
16 października 2006
O takiej wyprawie marzyłem od dawna. Chodziło mi o coś typu Kudłacze, Turbacz i górki pośrednie. Tak jakoś trafiło, że jadąc na wycieczkę na Leskowiec (rowerowanie.pl) jechał z nami Skolioza, lecz miał w planie Luboń. Plany planami, ale pociąg dojechał tylko do Kalwarii, co nie sprzyjało Skoliozie, więc pojechał z nami. Wracając z nim z Leskowca ostatnią godzinę na beztlenie (śpieszyło mi się do pracy), ugadaliśmy się, że jakby się kroił jakiś hardcorowy wyjazd, to sobie dajemy znać. No i już za parę dni dostałem info ze 15 października śmigamy na Luboń i okolice chyba, że będzie lało.

I tak się stało, że nie lało, ale słonecznie to też nie było. Co poradzić, rower koła ma dwa, trza jechać, trza kręcić. Pojechałem tylko ja ze Skoliozą. Reszta ekipy sztuk trzy, się rozpadła z przyczyn różnych. Współczucia dla MisQ, któremu ukradli samochód (dobrze, że nie rower) i musiał się dogadywać z Niebieskimi. Lecz... co należy wspomnieć, dopingował nas co godzinę telefonami i smsami. Co prawda nie pytał "czy żyjecie bidusie", ale widać, że się o nas martwił. Ukłony.

Dzień zaczął się marnie... (i marnie skończy się?) telefonem o 5:30 od MisQ, że nie jedzie. Teraz to już "strach się NIE bać" albo czekać na telefon od Skoliozy, że leje i nie jedziemy. Ale gdzie... gdzieżby Skolioza odpuścił. Rano siąpiło czymś w rodzaju zamrożonej wilgoci (nie znam się na tych określeniach) ale nie lało. Zjadłem dwa kawałki chleba z czekoladą, jeden z dżemem żurawinowym. Do plecaka następne dwie zrobiłem, jakiś sok do bidonu, dwie dętki, aparat i ogień na Dworzec Główny, bo poślizg miałem, a fufy nie czekają na spóźnialskich.

Lecę przez płytę Rynku Głównego. Sprawdzam przyczepność opon i poziom przebudzenia. Jest w normie jak na tą, tę porę. Wypięcie jednego buta z spd i podparcie z telemarkiem. Podjeżdżam pod Dworzec PKP i widzę tłumy ludzi. Se ;) myślę - pewnie znów laptoki za darmochę w Galerii Krakowskiej... ale nie... stoją dokładnie przed PKP. No nic chyba nie znajdę Skoliozy -myślę zaspany. Ale kto jak kto Skolioza stoi przed kasa z kim jak z czym... ale z rowerem! Kupujemy bilety i ogień na perony pomiędzy turystami itp., co by miejsca dla rowerów nie zabrakło.

Wsiadamy, pustki w przedziale dla uzależnionych od roweru i wesołych "kolejorzy". Cel: Jordanów! Pociąg ospale rusza, maszynista szybko wypija butelkę wody, by potem rdołożyć do pieca. My zapadamy w sen zwany "o siódmej godzinie rano". Budzimy się przed Suchą i tam dostrzegamy, że jakiś rower wysiada ze swoim panem w celu uprawiania turystyki MTB w tamtejszej okolicy. Coś tam zarzucamy na drugie śniadanie, po czym pociąg się zatrzymuje na stacji, a Skolioza prosi maszynistę, by nam powiedział kiedy będzie Jordanów. Maszynista miło odpowiada, że już, teraz! Ja z kanapką, kaskiem, rękawiczkami, okularami, aparatem, kurtką i rowerem w ręce wysiadam jak cyrkowiec, ale wszystko chyba mam. No i ogień nie ma to tamto.

Podjazd pod Luboń zaczynamy asfaltem, szukamy szlaków, ale marnie są oznaczone. Skolioza proponuje w ciemno, cóż poradzić... no i dajemy podwórkowymi ścieżkami typu Istebna. Potem kamyrdolce pod górę, tętno 177 (u Skoliozy, ja nie brałem pikawy, bo i tak miałbym 100% w trzeciej strefie) i znajdujemy szlak niebieski. Zjazdów nie ma! Są podjazdy i łączka 100m. Podjazdy umiarkowane jak się potem okazuje. Chodź cały czas się zastanawiam czemu tu pojechałem sam ze Skoliozą ??? Potem zrozumiałem :) Jeden podjazd, dwa... dziewięć... Skolioza jedzie twardo na przełożeniu 30/32 (podziwiam to, w sumie sam tak chciał, to ma ;p). Ja się gubię na dużych kamieniach i trudnych technicznie podjazdach. Ciągle mnie rzuca, nic - myślę, trza trenować - stwierdzam... i trenuje :) dalej za Skoliozym.
Master podjeżdża 99% podjazdów. Za nami z Jordanowa ruszyli motocykliści, ale nie mają łatwo, przyjeżdżają dopiero 3, 4 , 5 w OPEN na Luboń. A na Luboniu zimno, mgła i 2h za nami na podjazdach. No to siup na bufet, tfu do schroniska. Barman zapodaje Kiszkę Lubońską i herbatę z lub bez cytrynki. Chłopoki od motorów biorą bigos (Scyzor i jego ekipa pisali, ze do bani ten bigos, motorowcy też mówili, że za kwaśny). Gaworzymy przy wspólnej bibie o motorach, rowerach i dzwonach. (kiedyś jak będę miał więcej siana, to kupie sobie KTM i będę z wami jeździł ;) - elektrycznego oczywiście). Chciałem się zamienić za mój rower, ale nie chcieli... dziwaki ;) Ostatni widelec kiszki i jademy na dół z Lubonia na Szczebel.

Chłopy podczas biby nastraszyły nas, że to prawie nie do zjechania. Na mnie takie gadanie nie robi wrażenia. Oni mają ciężkie niestabilne motory, szerokie i wysokie kapcie, skok pól metra na kole, zbroje ciężką na sobie, buty stylowe ;) ...bidusie. Dlatego tak gadają ;) No ale uwierzyłem jak niewierny Lukas kiedy zobaczyłem. Faktycznie trzy zjazdy nie do zjechania z Lubonia na Szczebel. Skolioza zjechał dwa! No nic... jedziemy dalej... tez se ;) radze! Skończyły się zjazdy nie do zjechania, zaczęły się trudne zjazdy techniczne połączenie Istebnej z Kościeliskiem, taki idealny mix (w Erze tego nie ma). Już na dole przy polach i uskokach jak w Kościelisku, przyzwyczaiłem się do dużej prędkości i przedzwoniłem jakoś dziwnie mocno w kamień... efektem był syk pulsacyjny... no i guma. Szybka podmianka na nowa dętkę. Skolioza stwierdza "klasycznego snake'a" No nic pierwszy w życiu. Dzień dalej nie jest dla mnie udany pod względem techniczno-mentalno-kondycyjnym. I czuje, ze to nie koniec, a najbardziej boje się dzwona. Dość asekuracyjnie zjeżdżam zjazdy, które się szybko kończą.

Podjazdy na Szczebel witają mnie widokiem braku pompki w zaczepie koło bidonu. Informuje kierownika wycieczki o fakcie. Stwierdzamy, że nie mamy czym pompować dętek w razie kolejnego kapcia. No nic, będziemy odmawiać sobie szybkich zjazdów ;) Lecimy dalej pod górę. Podjazdy jakieś dłuższe i bardziej strome niż na wyższy Luboń. Chwilka męczarni (1,5h) i jesteśmy na Szczeblu, czy jak kto woli Sztrzeblu (dla mnie dyslektyka, to małe ułatwienie). Trzy foty i zjeżdżamy do Pcimia. Po drodze ciągle są jakieś inne miejscowości i górki, ale nie wnikam Skolioza ma wszystko w głowie i wam opowie.

Z Pcimia początkowo mieliśmy jakoś jechać na Kudłacze, ale zmieniamy zdanie i kierujemy się na Działek, Śliwnik i Uklejną. Jedziemy żółtym szlakiem pod górkę między posesjami oraz polami. Znów trudne technicznie podjazdy, luźne kamienie. Wpadamy do lasu i tam szlak wpada do czerwonego. Skolioza bardzo chwalił ten szlak, że nie można sobie go odpuścić będąc w tych okolicach. To ja żem myślał, że już będziemy zjeżdżać jakieś dh, a tu niespodzianka znów zawody w uphillu . Trochę czułem się jak na maratonie. Raz trasa. Dwa zawodnik przede mną ostro zapodający tępo. Cza było do Rudna jechać...

Jak już skończyły się podjazdy... zaczęła dopiero jazda. I wiem teraz po co ja tu/tam dziś/wtedy przejechałem. Po to żeby sobie fajnie pozjeżdżać po nieznanym urozmaiconym terenie, klasycznym trzepoczącym gruncie MTB. Wrócę tu i tam jak tylko się zrobi cieplej. Ponoć za tydzień :) To był moment zjazdu (30min) i jesteśmy w Myślenicach. Ustalamy, że lecimy na Kraków Zakopianką (jeszcze nie jechałem z Myślenic).

No to jazda. Po paru km "...marnie skończy się" słyszę znów syczenie. Znów kapeć na asfaltowej drodze. Mamy dętkę, ale nie mamy pompki, jeno przejściówkę z presta na szredera (a tylko dętki presta mieliśmy). Dobrze ze Orlen był za winklem (700m) ale? Bez kompresora, ale? Z miłym panem który rozpakował pompkę samochodową ze sklepu i pożyczył. No to dymamy gumę ;) do trzech atmosfer i jedziemy dalej.

Skolioza strasznie cisnął pod wiatr jak przecinak. Ja dziś miałem słabszy dzień. Nie dawałem rade wejść na zmianę nawet. Na trzech górkach dłuższych mnie odsadził na 100m, ale nie zauważył. Szacunek.

Podziękowania dla kierownika za trasę i towarzystwo. Szkoda, ze tak mało nas było, ale wiem dobrze, że nie każdy mógł, nie jest już tak ciepło i poza tym była ważna wycieczka do Rudna. Sorry, że mnie nie było.

Przebieg door2door 82km. Czas 5h30min. Ale parę razy mi się wyłączał. A tu galeria.

To mój pierwszy artykuł. Się jeździ, trzeba pisać, nie ma łatwo. Przepraszam za błędy, styl itp. Słowa i styl staropolsko-swojskie są używane specjalnie.

Łukasz Hubka

Ocena: (3)
0 komentarzy · 5126 czytań ·
Komentarze
16 października 2006 11:09:25
Łukasz relacja jest pierwsza klasa. Zostało tak trzymać, a niedługo "Łuki" przy nas wymięknie:D
16 października 2006 12:15:17
Łuki to mój idol. Ja pisze mizernie przy nim, pozatym nie na temat, ale ja słabo znam i pamiętam trase. Ale dzieki!
16 października 2006 13:23:55
Bogu dzięki, ze nie pojechałem...bo by chyba młody sierotą został ;)
16 października 2006 13:30:17
Nie było znowu tak cieżko... taki teren. Jakby było nas więcej byłoby równiej.
16 października 2006 19:28:13
I Ty Lukas bajesz, że nie umiesz pisać..B)
16 października 2006 22:01:39
Łukaszu SUPER!!! Tak mi się dawno micha nie cieszyła po przeczytaniu czegokolwiek! A co do powrotu to już pisałem na forum :)
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.