Zimowy urlop na rowerze - styczeń 2006
Dodał(a): Piotr Furmański furman
25 stycznia 2007
Czy zimowy urlop bezśnieżnej zimy musi być czasem straconym ? Czy styczniowy krajobraz w odcieniach szarości stanowi wystarczającą zachętę do wyjścia z ciepłego pokoju ? Czy miłe ciepełko bijące od kominka jest w stanie zatrzymać mnie w domu ? Odpowiedź jest oczywista. Oczywista gdy dotyczy osoby przeżartej drapieżnym wirusem cyklozy. Na szczęście lekarstwo na tę chorobę jest łatwo dostępne, a efekty szybkie i bardzo zadowalające.
Chyba nie muszę pisać co to za specyfik :).

Bazą tego urlopu była ( jak zwykle zresztą ) wieś Błażkowa położona u podnóży góry Liwocz wznoszącej się 562 m.n.p.m. i będącej najwyższym wzniesieniem na Pogórzu Ciężkowickim. Miejsce to z racji ciekawego ukształtowania terenu jest świetnym miejscem na rower i dlatego też nie miałem żadnych wątpliwości gdy rano zadzwonił alarm w komórce. Pierwszego dnia byłem zachowawczy i zaplanowałem trasę prawie w całości biegnącą po asfalcie. Ranek powitał mnie błękitnym niebem i lekkim mrozem. Spokojnie pokonywałem podjazdy wiodące znanymi mi drogami gdzie samochód spotyka się rzadziej niż UFO. Może nam mieszczuchom trudno w to uwierzyć ale to prawda i tylko cieszyć się z tego. Tymczasem czeka mnie długi podjazd z Bezmiechowej. Na początku prosty i stromy fragment, potem pojawiają się serpentyny, podjazd łagodnieje ale końca nie widać gdyż wijąca się droga ginie gdzieś w lesie. Po drodze dostrzegam tabliczki z napisem KAŁUŻÓWKA. To chyba jakieś miejsce martyrologii narodowej z czasów ostatniej wojny. Zaintrygowany tym skręcam w leśną drogę i kieruję się za drogowskazami. Docieram na niewielką leśną polanę skąpaną w słonecznych promieniach. Stoi tutaj pomnik poświęcony partyzantom walczącym w tych rejonach z niemieckim okupantem. Po chwili zadumy wsiadam na swego alu-rumaka i bez przeszkód docieram do domu.


Drugiego dnia jest podobnie ale zachęcony dobrymi warunkami trochę odważniej zaplanowałem trasę korzystając z dróg gruntowych. Tego dnia pojawił się wiatr, który przyniósł lekkie ocieplenie przez co częściej spotykało się błoto ale na szczęście nie było to zbyt uciążliwe. Dzisiejsza trasa miała okrążyć cało pasmo Brzanki i Liwocza i tak było aż do Szerzyn gdzie podjąłem szybko decyzję o zmianie trasy. Stało się tak gdy zobaczyłem wiodącą w górę nieznaną mi drogę, którą to od dawna już zamierzałem przebadać ale jakoś nie było do tej pory okazji. Teraz się taka trafiła i z ochotą ją wykorzystałem. Już po chwili spotykam drogowskaz z napisem Ryglice. Sprawa jest jasna, Ryglice położone są po drugiej stronie grzbietu górskiego i aby tam dotrzeć trzeba będzie się przebić na drugą stronę. Rzut oka na GPS – wskazuje wysokość 260 m. z doświadczenia wiem, że trzeba będzie wjechać na co najmniej 450 m aby tam dotrzeć, czyli czeka mnie pokonanie 200 m. różnicy poziomów. Niby nic ale trzeba się będzie trochę zmachać. Droga szybko zaczyna się wznosić. Teren odkryty i daleko widać jak wspina się cały czas do góry i znika gdzieś za kolejnym zakrętem. Trochę to trwa , mijam ostatni przystanek autobusowy z zatoką do nawracania. Zaraz dalej kończy się asfalt i kręcę już po dobrej jakości gruntówce, którą Pit nazwał by zapewne
„ lekki szuter” Ostatni fragment już płaski prowadzi przez las. Tutaj wysoko czuć porywiste podmuchy wiatru, drzewa trzeszczą i robi się chłodno. Zjazd do Ryglic szybki i szalony i potem już tylko powrót do domu przez Jodłową.


Kolejnego dnia wybrałem się na rower popołudniu. Tym razem nie było już tak przyjemnie. Wprawdzie ciepło ale niebo zachmurzone i wiatr już naprawdę mocny. Ten wyjazd był spontaniczny, niby miałem tam jakieś plany ale raczej kierowałem się bieżącą sytuacją na trasie. Kładką dla pieszych w Kłodawie pokonuję Wisłokę i docieram do Kołaczyc. Stąd czeka mnie bardzo stromy podjazd do Sowiny. Drogo co chwilę wznosi się i opada, i znów staje dęba. Im wyżej tym coraz mocniejsze podmuchy wiatru, a na górze już całkiem wesoło. Kilka razy omal nie zostaję zdmuchnięty z roweru. Trzeba mocno trzymać kierownicę aby nie zjechać do rowu pod naporem porywistych podmuchów. Niebo robi się stalowoszare, słońce schowane za ciemnymi chmurami , robi się szaro i ponuro. Już dosyć późno, trzeba zacząć myśleć o odwrocie. W dole wieś Gogołów, mijam nowo wybudowany wyciąg narciarski. Niestety na stoku zjazdowym trawa, a armatki śnieżne stoją bezużyteczne. Do wsi sprowadza stromo biegnąca w dół droga. Dobre opony, sucha nawierzchnia i spokojnie można bić tutaj rekordy prędkości. Ja na swoich łysych gumkach nie ryzykuję ale i tak osiągam 64 km/h.
Na dole podekscytowany zjazdem odczuwam jeszcze potrzebę pojeżdżenia i nie wracam do domu lecz jadę pokonać jeszcze jeden grzbiet górski. Nie jest źle, droga dobra i szybko przebijam się na drugą stronę. Stąd już nie ma alternatywy i muszę pokonać kolejny podjazd aby dotrzeć już do drogi prowadzącej do domu. Robi się szarówka, z nieba zaczynają spadać krople deszczu. Moja droga traci nawierzchnie asfaltową, a niebawem kończy się również szuter i jazda zamienia się w mieszanie błota.
Mijam ostatnie zabudowania, atmosfera robi się jakaś taka nostalgiczna gdy mijam oświetlone domy. Z kominów unoszą się dymy, na podwórkach pusto i hula wiatr. Żywej duszy na zewnątrz i tylko jasne wnętrza widoczne przez okna emanują ciepłem i spokojem. A ja zmagam się z błotem, zimnem, deszczem i zmęczeniem. Całkiem sam, tylko podwórkowe Burki czasem szczekną na mnie z daleka bo nawet im nie chce opuszczać się swoich bud. Nie mam lampek, trzeba się streszczać. Ale jak to robić gdy błoto robi się coraz gęstsze i utrudnia jazdę. Nachodzi moment gdy jestem zmuszony zejść z roweru i kilka metrów pokonać z buta. Jest ciężko bo dochodzi jeszcze spora stromizna co w połączeniu z błotem skutecznie mnie spowalnia. Gdy w końcu docieram na gorę nie ma już czasu na obejrzenie okolicy. Ciągle błotnistą drogą zjeżdżam do Stępiny skąd zniszczonym asfaltem docieram do Kamienicy. Jeszcze jeden podjazd i zaczyna się walka z czasem. Już prawie ciemno gdy docieram do Brzostku. Stąd już jadę wiejską drogą gdzie samochody nie są już takim zagrożeniem. Za to znów deszcz straszy i dodaje mi kopa. Wiatr w twarz nie pozwala na szybką jazdę ale robię co w mojej mocy aby uniknąć całkowitego zmoczenia. Gdy docieram do domu ulewa zaczyna dawać już na całego. W garażu słyszę jak krople deszczu energicznie bębnią o dach. Nie ma wątpliwości, że wystarczyła by tylko chwila do całkowitego przemoknięcia. A w styczniu nie jest to przyjemne. Na szczęście mi udało się uniknąć takiego losu dosłownie o sekundy.

Na koniec link do dosłownie kilku fotek obrazujących jak wygląda tak okolica w styczniu. Można również zobaczyć przebieg tras na mapie oraz profile wysokościowe.
Galeria - mini

Piotr Furmański

Ocena: (0)
0 komentarzy · 3865 czytań ·
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.