Folusz jak co roku - 30.03.2007
Dodał(a): Piotr Furmański furman
03 kwietnia 2007
Już tak to się utarło, że co roku otwieram rowerowy sezon w rodzinnych stronach wyjazdem do Folusza skąd starą stokówką wiodącą prawie pod sam szczyt Magury Wątkowskiej dostaję się do samego serca Magurskiego Parku Narodowego. W tym roku pogoda dopisała, słońce od samego rana zaglądało przez okno i uparcie powtarzało swą mantrę – wstawaj na rower.. wstawaj na rower... wstawaj na rower... wstawaj na rower... Leniwie zwlokłem się z wyrka i pomału zacząłem przygotowania. Pomimo słońca na polu chłodno, wręcz zimno. Ale to już prawie kwiecień, w południe jak lampa przygrzeje będzie naprawdę ciepło, nie ma co przesadzać z ubraniem. Koszulka antypotna, na nią pomarańczowe wdzianko cyklokraka :) , a na wierzch zielona bluza.

Dojazd do Folusza przyznaję jest nużący, zwłaszcza dla mnie, znam tę trasę na pamięć, ale nie ma co przesadzać, nie jest aż tak źle, mijam szybko Jasło i za Dębowcem zaczyna robić się całkiem przyjemnie. W dali wyraźnie widać już Magurskie szczyty. W Foluszu krotki postój przy sklepie na uzupełnienie zapasów i już zaczyna się to co tygryski lubią najbardziej. Droga szybko się zwęża, szlaban, a za nim już nawierzchnia zaczyna zmieniać się na szutrową. Pokonuję strumień i zaczynam mozolne zdobywanie wysokości. Początkowo nawierzchnia szutrowa, po chwili pojawia się zniszczony asfalt lecz tylko na kilkanaście metrów i ponownie kręcę po kamieniach.

Ta droga od dawna mnie intryguje – bo skąd tutaj na tym bezludziu gdzie nawet turyści rzadko zaglądają wziął się asfalt. Mało tego, wyżej widać wyraźne ślady całej infrastruktury drogowej w postaci mostków i betonowych słupków na poboczu. Na szczęście czasy świetności tego traktu już dawno minęły, i w tej chwili ja tu mogę królować. Fajnie się jedzie, jest stromo ale nie na tyle aby trzeba było odpalać największe tryby z tyłu. Kilka razy pojawiają się wypłaszczenia gdzie można złapać oddech. Wokoło piękny las, jeszcze bez liści i wzrok sięga daleko w głąb. Widać wyraźnie rzeźbę terenu, w rwących strumieniach pieni się bystro płynąca woda, zza drzew fragmentaryczne widoki na okolicę. Okoliczne górki dają do zrozumienia, że jeszcze sporo podjazdu przede mną, ale w takich okolicznościach to tylko sama przyjemność.

Jak się spodziewałem żaden turysta nie zakłóca tej sielanki, tylko ślady opon na szutrowej nawierzchni sugerują, że nie tylko ja bywam w tych okolicach. Podjazd zajmuje mi godzinę z kilkoma minutami. Gdzieś na wysokości 715-720 pojawiają się płaty śniegu. Zalatuje od nich chłodem , a swoją obecnością potęgują wiosenną scenerię jaka panuje wokoło. Bo tylko wiosną można spotkać taki krajobraz – błękitne niebo z mocno operującym słońcem, krzyki ptaków w pozbawionym listowia lesie, ciepłe ale i rześkie, górskie powietrze. Tak – ten śnieg pasuje tutaj i miło słychać jego skrzypienia pod kołem. Na górze obowiązkowa przerwa, trzeba nacieszyć się ciszą i spokojem. Potem już tylko szybki zjazd w kierunku Świątkowej Wielkiej, ale nie dojeżdżam tam lecz wcześniej skręcam w drogę do Desznicy.

Znów zaczyna się podjazd, tym razem krótszy ale za to bardziej stromy. Miękkie biegi idą do roboty, a i serducho zaczyna żwawiej się ruszać. Na zjeździe też nie można odpocząć. Droga wysypana drobnym żwirem jest bardzo zdradziecka. Na kołach jeszcze zimowe sliki , zupełnie nie sprawdzają się na takiej nawierzchni. Cały czas pokonuję zakręty z jakimś niepokojem, a dłonie zaciskają się na klamkach z precyzją profesora Wilczura :) Wystarczył jednak moment nieuwagi, kilka sekund gdy nabrałem zbyt dużej prędkość, ostry zakręt w lewo, zaledwie muśnięcie po klamkach, do tego delikatny obrót kierownicy... nawet nie zdążyłem poczuć, że coś jest nie tak !P

Przednie koło wpada w poślizg, rower kładzie się na bok, a ja ląduję w pyle drogi. Ból nadchodzi dopiero po kilku sekundach, kamienie drobne więc nie czuję jakichś większych stłuczeń, ale to było zdecydowanie twarde lądowanie i czuję po kościach. Nie ma się co oszukiwać – pojęczałem tutaj trochę. Zagryzając zęby oceniam straty. Getry były już dziurawe – teraz są jeszcze bardziej. Rękawiczki – chyba już nie oblecą na następny sezon. Teamowa , piękna zielona bluza...cała, cud chyba. Rower cały, GPS leży sobie kilka metrów dalej. Swoją drogą polecam te turystyczne Garminy bo chyba nawet RUDY 102 nie był tak odporny na uderzenia. Ja – cały ale mocno poobcierany, a teraz po kilku dniach okazuje się, że mój lewy bok zabarwił się na granatowy kolor.

Tymczasem trzeba kontynuować wycieczkę, asfaltowy zjazd pokonujĘ już asekurancko i bez szaleństw, czyli staram się nie przekraczać 70 km/h :) W Desznicy skręcam w szutrową drogę prowadzącą do Brzezowej. To najtrudniejszy fragment trasy, droga staje dęba, jedyny raz na tej wycieczce jestem zmuszony zrzucić na największą koronkę z tyłu, a i tak serducho lata niczym oszalałe. Wskazania pulsometru również zaczynają świrować i oscylują w granicach 175 uderzeń co znaczy, że zbliżam się do granic swych możliwości. Jest naprawdę ciężko ale za to widoki jakie mam wokół siebie wynagradzają z nawiązką trud wspinaczki. Dookoła łagodne wzniesienia Beskidu Niskiego, z wyraźnie wysuwającą się na pierwszy plan Górą Grzywacką. Jej szczyt wieńczy krzyż, który z daleka błyszczy w słońcu. Z lewej strony wyraźnie widać wstęgę polnej drogi prowadzącej na samą górę. Wygląda to naprawdę imponująco i czuję, że będzie to chyba cel kolejnej wycieczki.

Ale dość tego dobrego, czas goni, trzeba do rodzinki wracać. Chociaż już trochę zmęczony mocniej naciskam w "espedy" i zdecydowanie już kieruję się w kierunku Jasła. Mijam Mrukową , Osiek Jasielski, potem Dębowiec ze znanym w okolicy Sanktuarium Matki Boskiej. W domu zjawiam się po 5 godzinach jazdy, głodny, zmęczony i zadowolony. Licznik wskazuje 101 km.



Kolejny dzień czyli niedziela, był przeznaczony na jazdę z Jasielskimi bikerami skupionymi wokół strony www.jaslobike.com. Ksiądz w kościele trochę przemarudził i na dojazd do Jasła ( około 15 km) miałem tylko pół godziny. Od samego początku czułem ogień w nogach, na budziku rzadko kiedy prędkość spadała poniżej 30 km\h. To chyba mój rekord, znaczy się nigdy go nie biłem ale raczej nie jeżdżę z takimi prędkościami średnimi. Na rynku w Jaśle zameldowałem się 4 minuty po godzinie 10 , a to co zobaczyłem trochę mnie zaszokowało. Toż to prawie peleton tam się zebrał. Kupa wiary, górale i kolarki. Boplighty i ciężkie Grandy. Espedowcy i miłośnicy nosków. Trochę łyso bo nikogo nie znam. W ząb nikogo. Na forum była informacja, że dzisiejsza wycieczka będzie wiodła pasmem Brzanki. Leży mi to okropnie bo to w stronę Błażkowej i jest szansa odbycia jej w całości. Ale coś się zmieniło bo ktoś głośno oznajmia, że dzisiaj w planach jest .....Folusz . Kurcze blade, fajnie tam ale tak dzień po dniu ?


No nic – mówi się trudno, trzeba poświecić się dla grupy. Kilkunastu kolarzy rusza ulicami miasta. Widać, że to niecodzienna sytuacja tutaj gdyż peleton budzi żywe zainteresowanie ludności, trzeba przyznać że pozytywne. Ktoś się obejrzy, ktoś zawoła pozdrowienie, ktoś się uśmiechnie. Początek jest spokojny, ale za Niegłowicami czub peletonu trochę podkręca tempo. Nie wiem na co mnie stać w tym towarzystwie i raczej nie wychylam się za bardzo trzymając się gdzieś w środku. Po kilkunastu km. już zarysowała się czołowka, na podjeździe do Dębowca 4 gości wyraźnie odskakuje. Nie jestem pewien ale jednym z nich jest bodajże Tomek Leśniak, który chyba wygrał maraton w Kryspinowie na dystansie mega. Ja toczę się spokojnie, w Dębowcu udaje mi się dogonić tę czwórkę ale już po chwili żałuję tego. Tempo dają naprawdę ostre, a teraz tak nie pasuje odpuszczać :) Na szczęście zagaduje mnie ktoś o GPS- a i mogę honorowo spuścić z tonu :) Do Folusza docieramy jak można przypuszczać bardzo szybko. Krotki postój pod sklepem i znów wspinam się znajomą droga do góry.

Tym razem w towarzystwie, a wiadomo jak to jest gdy kilku facetów jedzie koło siebie. Może to nie wyścig ale też nie lajtowa wycieczka. W domu przeanalizowałem dane z Garmina i wyszło wyraźnie, że pokonanie tego podjazdu zajęło mi 18 minut mniej niż wczoraj. Na górze mała sjesta i spotkanie z szoszonami, którzy wybrali mniej terenową opcje dotarcia tutaj. Padają różne propozycje dalszej trasy ale ja zerkam na zegarek. Już późno, a tu do domu jeszcze ze 35 km rowerem. A do Krakowa autem ponad 130. Odpocząć trochę trzeba przed jazdą żeby rodzinkę bezpiecznie do domu zawieźć. Odjeżdżam po angielsku, duża grupa nawet nikt nie zauważy, że zniknąłem. Ale spodobało mi się, będzie teraz z kim pośmigać , a i znajomości się nawiąże po pewnym czasie. Powrót do domu szybki, w zasadzie cały czas na progu mleczanowym. Na miejscu mogę powiedzieć, że ten weekend był udany. Bardzo udany

Zrobiłem kilka fotek. Za aparat posłużył mi Sony Ericsson K750i , dlatego proszę o wyrozumiałość.
lue;'>Link do galerii

A ciekawskich i dociekliwych odsyłam do źródeł czyli galerii z wyjazdu zamieszczonej na www.jaslobike.com
lue;'>www.jaslobike.com_galeria

Ocena: (1)
0 komentarzy · 3627 czytań ·
Komentarze
10 kwietnia 2007 20:16:47
się tym razem rozpisałeś, że ho ho, jak na dwa dni...
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.