Naszła mnie straszliwa ochota na góry, tak jak dawniej, gdy dla przyjemności pomykaliśmy po bieszczadzkich, beskidzkich i gorczańskich szlakach. Z kumplami ładowaliśmy się w pociąg i ogień w góry. Turbacz, Lubań, Jaworzyna, niezapomniane chwile spędzone na górskich szlakach. Najwyższa pora na prawdziwe MTB!
Przed dworcem spotkałem dwóch pancernych na prawdziwych potworach, czyli Cichego i Chomika, Królika na fullu, chwilkę później nadjechał Wojteq. Nie tacy straszni ci Bikeholicy! Rzut oka na pojazdy o masie zbliżonej do 20 kg: jak oni na tym będą jeździć po górach, przeca tam jest troche pod górkę? Ogólnie na tle mój pojazd prezentował się mizernie. Moja miejska maszyna specjalnie na tę okazję obuta została w Tiogi 1,95”. wiedziałem, że da radę, jeszcze w 2003 roku ścigałem się na niej na maratonach.
W pociągu uciąłem sobie drzemkę, przerywaną kolejnymi artykułami w Angorze. Łobuziaki obudziły mnie w Piwnicznej, żebym się zbierał, bo już prawie jesteśmy. Tak naprawdę był jeszcze kawał drogi, bo pociąg śmiga sobie w tę i nazad, jeździ dookoła i stoi na stacji lokomotywa. A mogłem sobie jeszcze smacznie pospać...
W Krynicy słoneczko, ale rześko. Od strony Piwnicznej nadjechał czerwono-czarny pociąg, lokomotywa i jeden wagon, czyli Skrzynia i Pasieczkin. Jeden wagon się odczepił, na szczęście był dobrze rozpędzony i Karol wkrótce się dotoczył. W komplecie zaatakowaliśmy Jaworzynę, styl zdobywania różny: trzej gondolierzy uderzyli na kasę, reszta w trzech grupkach potoczyła się mozolnie do góry. Skrzynia przycisnął na finiszu i jako pierwszy zameldował się na szczycie. Na górze pikniczek widoczki i takie tam. Jedziemy!
Cichego tyle widzieli, było sporo z góry, więc się rozpędził, jak się później okazało, zatrzymał się dopiero w Rytrze. Chomik pewnie też by się tam zatrzymał, ale tak pędził, że co chwilę się gubił i doganiałem go jak wypychał rower z jakiejś bocznej ścieżki. Fakt, trudno przy prędkości 70 km/h rozglądać się za szlakiem po drzewach...
Na Hali Łabowskiej czas na małe co nieco. Ruszamy! Kręcę sobie spokojnie, a tu nagle pędzi z przeciwka kudłata bestia i chlast mnie za łydkę. Wkurzyłem się trochę na nieodpowiedzialnych właścicieli, noga na szczęście cała. Spisałem gościa, postraszyłem i jedziemy dalej. Fantastyczny odcinek, zakończony szaleńczym zjazdem do Rytra, na którym Chomik zaparkował Królikowi fullem na plecach. Obyło się na szczęście bez strat w ludziach i sprzęcie, a powodem metrowa hopa, przed która wyhamował Królik, gdy tymczasem Chomik z tyłu nabierał prędkości na stromym zjeździe.
W Rytrze Cichy czekał już 45 min. Krótki postój, konieczny mały serwis mojego pojazdu, bo opona jeździ po obręczy i próbuje mi bestia urwać wentyl. Tutaj zakończyła się podróż w ósemkę, Pasieczkin, Karol i Skrzynia pocięli asfaltem do samochodu, ja, Cichy, Chomik, Królik i Wojteq po małych zakupach ruszyliśmy w górę.
Trochę jazdy, trochę z buta, jak dla mnie więcej jazdy, oceniam, że 75% na kołach. Zostałem samotnym liderem, nie na długo jednak. Po wykonaniu teleportacji znalazłem się spory kawałek za ostatnim w stawce Wojtqiem. Niezłą miał minę jak go znowu wyprzedzałem, pozostali również. Teleportacja nie była zamierzona i związana była z drobnym błędem nawigacyjnym, który wprawne oko dostrzeże na moim track'u. Wyrzuciło mnie sporo niżej i żeby było śmieszniej pociskałem sobie w stronę Rytra...
Deszcz, hmmmm, no tak, w końcu zapowiadali na ICM.... Na Wielkim Rogaczu pada już bardziej, na szczęście na szczycie wraz z Królikiem zjawiło się słoneczko i nagrodziło nasz wysiłek dwoma tęczami. Po wyperswadowaniu Wojtqowi wykonania skrótu do Krościenka skierowaliśmy się w stronę Radziejowej. Na Radziejowej nowa wieża, a z tej wieży widok, jak na widokową przystało, zapierający pierś w dechach. Jako że każdy ma jakieś tam swoje tempo, ugadaliśmy się, że kolejna zbiórka na Przechybie. Jeśli ktoś myśli, że z Przechyby to już tylko zjazd, polecam wypychanie roweru z najbliższej przełęczy.
Jako, że najbardziej lubię pod górę i dobrze mi to idzie, zostałem ponownie samotnym liderem. W końcu zjazd do Krościenka nad Dunajcem, tam się umówiliśmy. Co chwilę oglądałem się, żeby w razie czego uskoczyć przed dwoma pędzącymi z góry czołgami, a tu nic, pustki w lesie...
Siedzę sobie w Krościenku, przy wylocie szlaku, coraz to ciemniej, kropi deszczyk, mijają kolejne minuty, już jakieś 45, a tu nikogo nie ma. Zacząłem się już poważnie martwić. Na szcęście są. Okazało się, że Chomik dwukrotnie trenował wymianę dętki, co wymaga sporgo zachodu, bo trzeba śruby kręcić, jak to w ruskim czołgu. Dodatkowo postanowił pojeździć bez trzymanki przy prędkości 70 km/h, co zakończyło się spektakularną glebą. Chomik cały, czołg cały, poległ jedynie aparat Chomika.
Szukamy noclegu. Z pewną niesmiałością uderzyliśmy na willę, która z daleka prezentowała się aż nadto okazale. Na szczęście w środku standard rodem z zakładowego funduszu wczasów pracowniczych, więc cena niewygórowana (30 zł). Jest i pizzeria, co bardzo nas ucieszyło.
I tu stała się rzecz straszliwa. Zostałem chłopcem po bronki. Jako, że zachowałem najwięcej sił i animuszu zostałem jednogłośnie delegowany na wyprawę do pobliskiego spożywczaka. W trzech siatach przywiozłem bronki i coś na śniadanko.
Zgodnie za radą Królika podszedłem do pizzy metodycznie. Zaatakowałem ciasto od środka, kierując główne uderzenia na dodatki. Mimo, że średnia, to i tak za duża, nie warto jechać po bandzie, bo sił nie starczy. Oczy by jadły... Pora na dobranoc, jutro też jest dzień! Pagóry czekają.
Wczesna pobudka, maślanka, wiejska i bułeczki. Jak się później dowiedzieli co jadłem, to im się w głowie nie mieściło. Chomik i Wojteq zaatakowali rakotwórczą nawierzchnią Nowy Targ. Trzech uderzyło na Lubań.
Na Lubaniu widok, który wynagrodził z nawiązką te kilkaset metrów podjazdu. W Cichym obudził się instynkt instruktorski i postanowił zademonstrować jak bezpiecznie wykonać OTB przy prędkości 3 km/h. W drogę, Rabka czeka.
Znowu wyszedłem na prowadzenie. Królik długo trzymał mnie na widoku, ale postanowił poczekać na Cichego, którego tylna przerzutnica zaczęła wykonywać potrójne tulupy wokół własnej osi, skutecznie utrudniając poruszanie się w tym trudnym terenie. Jak się później okazało, czekanie może być brzemienne w skutkach...
Szlak czerwony to szlak pieszy, a wiadomo, że pieszych trzeba zmęczyć. Jak się idzie z rowerkiem po kamykach i korzonkach, to kuszą co chwilę dróżki, które omijają te odcinki specjalne. 95% z nich łączy się później ze szlakiem. Ja się bałem tych 5% i pchałem dzielnie pod górę, Królik się nie bał...
Pcham po telewizorach, a tu ktoś dzwoni. Królik, żartowniś, pojechał sobie w dół do jakiejś wioski i zdecydował, że już nie wraca na górę. Tak się zakręcił na zjeździe, że nie wiedział nawet któredy wracać. Cichy miał do niego wkrótce dołączyć i wybierali się szosą do Nowego Targu. Zostałem na szlaku sam. Narzuciłem mocne tempo, wiedziałem tylko, że pociąg wyjeżdża z Nowego Targu po 14. Do Rabki jedzie około 45 min., czasu coraz mniej.
Przeciorałem się przez szczyt Turbacza, cały czas czerwony szlak. Po drugiej stronie prawdziwy przełaj. Rowerek w garść i przeskakiwanie z pnia na pień. Ogień do Rabki! Zjazd jak marzenie, nagła utrata wysokości 700 m to jest to! Wpadłem na stację o 14:40, zdążyłem!
Przybyli ułani pod okienko, pukają, stukają, wyjdź panienko, a tu nic. Polzała gdzieś kasjerka, a ja chcę bilecik. Telefon od Królika. Przekaz jest czytelny: po dwa bronki na głowę. Jadą już z Nowego Targu. Wciągnęli zarąbiste lody tradycyjne na ryneczku, sączą bronki, ale przewidują, że ich będzie jeszcze suszyć. Przebrałem się po cywilu, pojechałem na zakupy i czekam na pociąg. Wtoczyła się maszyna ospale. Władowałem się do przedziału bagażowego, podałem bronki i jazda do Krakowa!
Czas zleciał szybko, umilany bronkami, maślanką i dyskusjami na różne tematy. Po jakimś czasie nasz spokój został nieco zakłócony przez ośmioosobową grupę, która władowała się do nas z plecakami jak na wyprawę na miesiąc na bezludzie. Nie pomogły delikatne sugestie, że pociąg jest prawie pusty i nie muszą siedzieć w ósemkę na ziemi. Okazało się jednak, ze muszą, wytoczyli obrus, zrobili pikniczek na środku, pomodlili się, pokrzyczeli jakieś hasła po czym grzecznie zjedli chleb z pasztetem. Nie ma to jak PKP Przewozy Regionalne...
To był najlepszy wyjazd rowerowy w tym roku. Pokonałem w całości czerwony pieszy szlak z Krynicy do Rabki w dwa dni. Ponad 4500 m przewyższenia dało w kość, szczególnie, że dużo trzeba było atakować z buta. Zjazdy bardzo techniczne, widoki fantastyczne, towarzystwo pierwsza klasa! Jedno słowo oddaje wszystko: MTB!
Dwudniowy wyjazd integracyjny zielonego z Bikeholikami w Beskid Sądecki i Gorce 12-13.05.2007.
Komentarze
20 maja 2007 21:02:51
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.