Relacja z maratonu we Wrocławiu
Dodał(a): pocio
18 maja 2007
Pora na Eskę.

Jest niedziela 13 maja godzina 4,45 dzwoni budzik. Szybciutko wstaję chrupki z mlekiem, przygotowanie makaronu z serem i tuńczykiem i do autka. Pakowanie, wyjazd z parkingu i rura na stację BP na Bora-Komorowskiego gdzie jest miejsce spotkania.

Tam czekają już Dominik i Andrzej po chwili dojeżdża Mariusz. Szybkie pakowanie rowerów i jest telefon od Michała. No cóż poczekamy.

W końcu pojawia się Kasia ale wciąż brak Żaby i Pita. Może zrezygnowali? W końcu są. Dopakowanie ostatnich rowerów i jazda panie gazda. Do Wrocławia prawie 300km a tu już dochodzi 6,00 ale co tam na autostradzie się nadgoni.

W okolicach Gliwic mijamy Lesława. Widać, że po ostatnim wyjeździe dziś oszczędza paliwo.

Około 7,15 zatrzymujemy się na popas i opróżnienie jelitem i pęcherzy niedaleko Przysiecza. Tam oczywiście wyprzedza nas Lesław i już do końca będzie przed nami.

Około 8,45 dojeżdżamy na miejsce startu. W tym cyklu maratonów załatwienie spraw formalnych jest proste i jedyne problemy to wymiana starych chipów i zapłata za nowe oraz odbiór gadżetów. No i największy jeszcze nie leją Gatorate. W końcu zaczynają i mogę z pełnym bidonem iść szykować rower do startu.

Największy problem sprawia zamontowanie numery z chipem na plecach. Montuje go na kieszonce i nie przejmuję się, że mogą być problemy z odczytem przez system. Na wszelki wypadek wyłączam telefon komórkowy przygotowuję miksturę z dopalaczem i udaję się na start.

Stoję w miarę z przodu co na płaskim maratonie jest o tyle istotne, że trzeba wskoczyć do dobrego pociągu. Przez moment jest nadzieja, że koło mnie stanie Justyna Frączek, ale ostatecznie wybiera miejsce bliżej przodu.

W końcu następuje start. No i zaraz pierwszy problem czyli obrzeże chodnika, na które trzeba w tłumie wjechać pod kątem ostrym. Wąska brama i asfalt, a tam już nie pozostaje nic innego tylko cisnąć ile fabryka dała. Nie lubię jazdy w grupie bo trzeba uważać na szaleńców, ale nie jest najgorzej. Co prawda wyprzedza mnie trochę ludzi, ale tym akurat się nie przejmuję. W końcu wyścig rozegra się w terenie i na końcowych kilometrach i wtedy wyjdzie kto lepiej rozłożył siły.

Po chwili zjeżdżamy z asfaltu i tu widać zaletę ostatnich opadów. Nie ma takich tumanów kurzu jak w Nieporęcie czy Karpaczu.

Po chwili pojawiają się pierwsze kałuże i pierwsi pechowcy specjaliści od gleb. Jakoś udaje się przejechać bez problemu ten odcinek. Kałuż zaczyna być coraz więcej i zaczynam żałować wyboru opon. Jazda na moich semislickach po tych kałużach zaczyna być coraz bardziej niebezpieczna ale na szczęście obywa się bez kontaktu z Matką Ziemią.

Na 18 km bufet i teraz to ja mijam grupę "piknikowiczów". Na szczęście zostawili przejazd po lewej stronie.

Za bufetem zaczyna się najciekawszy odcinek maratonu. (O ile na tej trasie było coś ciekawego.) Jest parę pagórków do podjechania i parę fajnych zjazdów. Oczywiście są również wykrzykniki tylko po co? Przydał by się, zamiast nich, napis z ulubionym zawołaniem furmana "; tylko k...a nie hamuj"

Przed drugim bufetem krótka rozmowa z Kubą i ostateczne odjechanie Darka. Na bufecie rozcieńczyłem wodą Gatorate w bidonie i dalej walka z trasą.

Trzeci bufet to znowu wyprzedzanie i jazda w pociągu. Niestety, ale muszę zjeść żela, a tu trochę nierówno więc zwalniam, a pociąg znika w sinej dali. Może jeszcze się uda go dojechać?

Pokrzepiony nową dawką energii usiłuję gonić pociąg ale teren zmienia się z lasu w odkrytą przestrzeń, asfalt i wmordewind. Samemu ciężko ale ostro walczę. Dojeżdża mnie dwóch bikerów więc siadam im na koło i gonimy razem.

Widzę, że miałem rację bo zaczynam wyprzedzać tych co przeliczyli się z siłami. Czuję moc i nieopatrznie wychodzę na czoło pociągu. Szkoda, że źle zapamiętałem końcówkę bo była to niepotrzebna strata sił. W końcu asfalt skręt w lewo na finisz i kolejny błąd prawie identyczny z tym w Nieporęcie no i meta.

Ukończyłem i jestem szczęśliwy. Jeszcze tylko klepnięcie paletką i już mogę rozkoszować się Gatorate z butelki.

Dałem z siebie wszystko i teraz czuję zmęczenie. Chowam rower w aucie i zaczynam siestę po wyścigu. Okazuje się, że czekamy na dekorację bo nasze panie mają pudło. Myję się jem ryż z czymś ciekłym. Wlewam wodę w siebie. Na szczęście Kasia wygląda jeszcze gorzej niż ja więc nie tylko ja się zciorałem.

Na teletomboli jak zwykle przednia zabawa, a i na dekoracji też jest miło i przyjemnie. Żaba 2 w kategorii na Mega, a Kasia i Lesław na szerokim podium na Giga. W sumie sukces szkoda tylko, że akurat te osoby jeżdżą w teamie FujiFilm.

Ostatnie zapakowanie rowerów i jazda do Krakowa. Przez Wrocław w korkach ale potem na autostradzie już w normalnym tempie. Ja docieram do domu około 23,00 Idę do łazienki i przed lustrem przeżywam szok. Dawno tak się nie opaliłem. Od razu widać, że jechałem w krótkim rękawku. Dobrze, że przynajmniej okulary nie zostały.

Jechałem na bordowym Kellys'ie Magnus z numerem 146 w zielonej koszulce B&K Laguna rowerowanie.pl z nickiem pocio na kołnierzyku. Przejechałem 57,2km w czasie 2,34,15 co dało średnią 22,3 i max 42,7 puls średni 155 i max 190

pozdrawiam

pocio
Mariusz Potok

Ocena: (1)
0 komentarzy · 3413 czytań ·
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.