Sobota w Wysokich Tatrach na dwóch kółkach.
Dodał(a): dziczek
25 maja 2007
W góry!

Wycieczka zapowiadała się nad wyraz zachęcająco. Słowackie Tatry są bardzo przyjazne rowerzystom, zupełnie inaczej niż w Polsce. Jadąc wokół Tatr można wjechać w kilka dolin, wspiąć się na imponującą wysokość i podziwiać piękno wysokogórskiej przyrody.

Pobudka o 5:00 w sobotni poranek. Szybkie śniadanko, dopakowanie plecaka i w drogę. O tej porze ruch niewielki, można w miarę bezpiecznie śmigać Aleją 29-go Listopada i dalej Alejami Trzech Wieszczów. Przed 6:00 jestem na parkingu za „Jubilatem”. Pasieczkin już czeka. Na parkingu rozgrywa się interesująca scenka. Policjanci rozmawiają z pechowym właścicielem srebrnego Opla Astra, z którego w nocy wymontowano drzwi. Za chwilę zjawia się Skrzynia, Karol i Marcin, na stacji Jet dołącza do nas jeszcze Jacek. Trzema samochodami jedziemy na przejście graniczne w Jurgowie. To dużo lepszy wybór niż jazda w stronę Łysej Polany. W majowy długi weekend byłem świadkiem wielokilometrowej kolejki do tego przejścia, ulokowanego przy drodze do Morskiego Oka. Samochody stały w niej kilka godzin...

Na Słowacji odwiedzamy mały sklep spożywczy, przejeżdżamy przez Tatrzańską Kotlinę i zatrzymujemy się na parkingu u wylotu szlaku prowadzącego do Zielonego Stawu Kieżmarskiego (1545 m n.p.m.). Przebieramy się w stroje sportowe, składamy maszyny i ruszamy na szlak.

Początki niewinne, jedzie się świetnie. Droga łagodnie pnie się ku górze po szuterku, jest trochę kamieni, ale zakopanych dobrze w ziemi. Zaczynamy podjazd na wysokości 925 m n.p.m. Jedziemy wzdłuż potoku, który głośno szumi i zachwyca oczy pieniącą się wodą.

Koniec bajki, zaczyna się walka. Szuterek zamienił się nagle w wielkie kamyrdolce, na całą szerokość ścieżki. Jadę z przodu ze Skrzynią, podstawa to balans ciałem, szukanie optymalnego przejazdu i równy rytm, z którego nieustannie wybijają kamienie. Da się jechać, choć kosztuje to bardzo wiele wysiłku. Po drodze mijamy na zakręcie łachę śniegu, ot taki ewenement, zachowało się go widocznie jeszcze tutaj troszkę w cieniu. Jakże byliśmy w błędzie...

Doganiamy piechurów, są w zasięgu wzroku. Mimo, że jedziemy, a oni idą, nie możemy się do nich zbliżyć. Udaje nam się na chwilę skrócić dystans, by zaraz go stracić na bardzo trudnym technicznie odcinku. W końcu ich mamy, jesteśmy jednak sporo szybsi.

Coraz więcej śniegu. W pewnym momencie jazda staje się niemożliwa, ponieważ rower całkowicie zakopuje się w zaspach. Pora na pchanie. Idziemy po śniegu, w pełnym słońcu. Śnieg zachował się na tej ścieżce, która dopiero niedawno zobaczyła majowe słoneczko. Podjeżdżamy króciutkie odcinki, by zaraz znowu pchać rowery w coraz to bardziej mokrych butach.

W końcu widać schronisko, widoki nie z tej ziemi. Staw jest zielony, zgodnie z nazwą. Swój kolor zawdzięcza rozpuszczonym w wodzie minerałom. Po skompletowaniu składu i posileniu się udajemy się w drogę powrotną. Jadę pierwszy, tuż za mną Pasieczkin. Zjazd ma ponad 600 m różnicy wysokości. Początek z buta, później niemiłosierne trzęsienie ziemi. Mijamy wielu piechurów udających się do góry. Patrzą na nas ze zdziwieniem, ale grzecznie schodzą z drogi, widząc i słysząc pędzące z góry maszyny.


Jesteśmy szczęśliwie na dole. Strat w ludziach brak, w sprzęcie – drobne. Karol skasował siodełko. Ale od czego zmysł inżynierski i dobre chęci kolegów! Za pomocą sztycy, buta i asfaltu udaje się nam ponownie usadowić Karola. Siodełko mocno zdeformowane, ale jechać się da!

Teraz szosa. Jedziemy przy samej granicy Tatr. Przejeżdżamy przez Kieżmarskie Żleby, Tatrzańską Łomnicę, Stary Smokowiec. Równiutkim asfaltem, jadąc głównie asfaltowym poboczem, dojeżdżamy do początku szlaku prowadzącego z Tatrzańskiej Polanki do Śląskiego Domu, hotelu-schroniska położonego na wysokości 1667 m n.p.m., nad Wielickim Stawem. Do podjechania prawie 700 m, tym razem asfaltem po serpentynach. Praży słońce, ale ze Skrzynią trzymamy równe tempo, takie podjazdy trzeba pokonywać „na raz”. W pewnym momencie czuję, że tempo Skrzyni to nie moje tempo, więc pozwalam mu odjechać. Serpentyny jak w Alpach, tylko nawierzchnia nie ta. Widać już schronisko, ale jeszcze jest co jechać. Jestem na górze dwie minuty po Skrzyni. Pora na sesję fotograficzną.

Na górze zimno. Zmarzłem, czekając na resztę ekipy. Zjeżdżam wcześniej w dół, żeby wygrzać się w słoneczku, w miejscu osłoniętym od wiatru, w którym jeszcze w listopadzie 2004 był las. Po straszliwym katakliźmie, który zniszczył słowackie lasy w tym rejonie, całkowicie zmienił się krajobraz. Są już wszyscy. Czuć swąd spalonej gumy. Po krótkim śledztwie okazuje się, że Pasieczkin tak podgrzał obręcze na zjeździe, że zaczęły topić się od nich opony.

W Smokowcu jest świetna jadłodajnia. Wygląda jak stołówka, ale podają w niej pyszne jedzenie. Moje ulubione danie to vyprazany syr. Po posiłku, krótkim odpoczynku i zakupach w pobliskim sklepie spożywczym, który oczywiście sprzedaje również alkohole, wracamy na parking. Ładujemy się do samochodów i przez Jurgów wracamy do Krakowa.

Pokonaliśmy 1500 m podjazdów, zobaczyliśmy dwie przepiękne doliny w Wysokich Tatrach i wdrapaliśmy się na wysokość 1667 m n.p.m. Pogodę mieliśmy fantastyczną. Mimo, że dystans nie był imponujący to można było się porządnie zmęczyć. Dolinek na rower jest w słowackich Tatrach znacznie więcej. Mam wielką ochotę zobaczyć, czy są równie piękne jak te dwie, które już odwiedziliśmy.

Ocena: (1)
0 komentarzy · 3744 czytań ·
Komentarze
25 maja 2007 11:56:23
Super wycieczka! Zwykle chodzę w tych rejonach, co prawda "nieco" wyżej.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.