Było dość ciepło i parno. Ruszyliśmy - początek asfaltowym podjazdem , przeobrażającym się pokrótce w lekki szuter. Po przejechaniu ok. kilometra jakiś chłopak machał rękami i krzyczał: "czy ma ktoś pożyczyć dętkę?" Rozbawiony tą poniekąd przykrą sytuacją jechaliśmy dalej śródleśną drogą. W tłoku jak to czasem bywa nie obyło się bez wywrotek. Byłem świadkiem dwóch gleb na tym podjeździe. Raz to znajomy Tomek jadący przede mną nagle znienacka fiknął, a potem jeszcze jeden zawodnik wyprzedzający na czwartego spowodował mały karambol.
Dalej zjazd leśny i szybki szuter. Po drodze kilka osób zmieniających dętki. Tam też dojeżdżam Pasieczkina z Bikeholików. Na piątym kilometrze i ja stałem się ofiarą zjazdu. Tak fajnie nawet szło, a tu guma. Powietrze schodzi wolno więc mam trochę czasu by wybrać sobie miejsce lądowania - parkuję nieopodal podobnego sobie nieszczęśnika w środku szutrowego zjazdu. Dziesięć minut, w ciągu których całe towarzystwo przelatuje obok mnie. Mija mnie nawet dziewczyna na krosie. Ruszam i czuję się jak na drugim kółku, jest pusto, jadę sam.
Przelatuję ponownie przez Złoty Stok i znów wspinam się leśnym duktem. Zaczynam nadrabiać stracony czas. Podjazd szeroki, więc nie ma problemów z wyprzedzaniem. Na 13 kilometrze dojeżdżam podchodzącą Żabę. Potem zjazd, na bufecie łapię kubek. Słychać pomruki zbliżającej się burzy. Jest duszno i parno, leje się ze mnie jak z dziurawego wiadra. W końcu trochę deszczu dla ochłody, ale to tylko kropla w morzu potrzeb. Nieustannie mijam kolejnych zawodników. W końcu wyprzedza mnie jeden gościu chyba z AZS Subaru?, pewnie też miał awarię.
Na skalnym podejściu kilka metrów przede mną majaczy zielona koszulka Kasi. Jest niedobrze - do rozjazdu pół godziny, a tu zator i żmudne podejście. Potem karkołomny zjazd, pokonuję go jednak z buta - wybiłem sobie już z głowy niepotrzebne ryzyko. Kasię dochodzę na 32 kilometrze, już na zjeździe i mijam ją przy dźwiękach odjeżdżającej karetki. Być może zabrali stąd poszkodowanego zawodnika, który rozwalił się w pobliżu naszego kolegi Orkiestry.
W pewnym momencie na zakręcie widzę biegnącego ratownika - wołającego, że ostry zakręt nas czeka. Koleś jadący przede mną nie wyrobił się i wylądował w głębokiej trawie. Znowu długi podjazd, jest źle - myślę- coraz mniej czasu. Mijam Mariusza z Lajkoników prowadzącego rower, pękła mu obręcz, ma on coś ostatnio pecha (w Karpaczu przeciął oponę) a tu jeszcze kawałek do mety. Znowu dochodzę napotkanego wcześniej Pasieczkina z Czerwonych. Od tej pory ścieramy się razem. Wiem, że on też planuje jazdę na giga. Mobilizujemy się nawzajem nadając mocniejsze tempo, raz on, raz ja. W końcu dojeżdżamy do feralnego uskoku ze znakiem "!!!" na drzewie. Ostrzeżenie owszem było, ale wg mnie zbyt późno i raz to za mało jak na taką atrakcję. Zawodnik, który tam wyglebił nie wyglądał zbyt dobrze. Zrobił się zator- cztery kilometry do rozjazdu. Nikt z obecnych nie miał telefonu więc zacząłem gmerać za swoją komórką i ją włączać. Tu dylemat - rzucać wszystko i organizować pomoc czy pędzić do rozjazdu? Dylemat tym większy, iż sam miałem nieszczęście być poszkodowanym na maratonie. Dojechał jednak jeszcze kolejny zawodnik który miał komórę i numer alarmowy "na wierzchu" tak więc to ów zawodnik zadzwonił po pomoc.
Pojechaliśmy dalej w pogoni za ulatującym czasem. Wyścig ten jednak przegraliśmy bo brakło nam parę minut. Na rozjeździe oczyma wyobraźni widzę kartkę z napisem: LESZCZOM WSTĘP WZBRONIONY. Potem jeszcze mostki, metalowe schodki, przyjemny chłodek w kopalni złota i meta. Finiszowałem wraz z Pasieczkinem. Nie udało się nam jednak zrealizować celu - jak się okazało przegraliśmy z trasą w walce o GIGA.
Maraton - Złoty Stok 26.05.2007
Komentarze
27 maja 2007 20:18:26
i jedna łyżka zginęła w trawie i zeszło mi przynajmniej kilka minut
Jak można wybrać się tak kompletnie bez awaryjnego ekwipunku). A miałem ochotę na giga jak nigdy
A ten gość potłuczony przeżył - pisał na forum że ma ok. 30 ran i chodzi ze stojaczkiem w rekach.
I jeszcze łańcuch zgubiłem - jaja powiem wam - nigdy jeszcze nie zgubiłem łańcucha. Chce dokręcić patrzę a nie ma napędu. Wracałem ze dwa kilometry szukając zguby i znalazłem

aaa.. jeszcze wspomnę o salcie przy zjeździe z Jawornika - maraton pełen przygód. Mi się bardzo podobało.

04 czerwca 2007 22:43:26

05 czerwca 2007 20:48:52
. 

- a co do kapci to ktoś porozrzucał na starcie i na trasie gwoździe.Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.