I Górski Wyścig Rowerowy - Krosno 26.05.2007
Dodał(a): Piotr Furmański furman
29 maja 2007
Miał być Złoty Stok, to było od dawna ustalone. Wpisy w kalendarzu porobione, walka o kolejne punkty dla siebie oraz Teamu. Jak to jednak bywa w życiu stało się inaczej i już na dwa tygodnie przed godziną “zero” wiedziałem, że tym razem nie dane mi będzie przejechać po raz kolejny przez kopalnię złota. I w ten sposób znalazłem się na wsi w okolicach Jasła, a że akurat o rzut kamieniem ( w Krośnie ) odbywały się zawody to nie omieszkałem się tam pojawić. Forma nie najgorsza więc tak po cichu liczyłem, ze może uda się zająć jakieś fajne miejsce.

Od samego rana dzień zapowiadał się upalny, jadąc autem do Krosna co chwilę ocierałem pot z czoła. Na miejscu raczej luźna atmosfera, ludzi niewiele, spora część to raczej typowi turyści. Ale tu i ówdzie pojawiały się “wygolone łydy” na wypaśnych maszynach z logami prestiżowych marek.

W oczekiwaniu na start spokojnie zaległem sobie pod drzewkiem i miło spędziłem sobie ten czas wystawiając twarz na ożywcze podmuchy wiatru. Start odbywał się w nietypowy sposób bo w formie czasówki. Co 3 minuty wypuszczano grupę 5 zawodników według numerów startowych. Oczywiście jak zwykle byłem wcześnie zarejestrowany i szybko nadeszła moja kolej. Nasza piątka nie jest wyrównana, szybko wychodzę na prowadzenie co wbrew pozorom nie jest przyjemne. Tu nie ma pilota, ulice Krosna znam tak samo dobrze jak Mexico City i już pierwszy skrzyżowanie to totalna porażka. Gostek ze Straży Miejskiej stoi sobie i dłubie w nosie, a kiedy wołam gdzie mam skręcić wybałusza na mnie gały i dopiero po chwili dociera do niego o co biega i wskazuje drogę. Po tym doświadczeniu zaczynam zwracać większą uwagę na znaki na drodze, które namalowali organizatorzy.

Szybko zaczynają się pierwsze podjazdy, nawierzchnia cały czas asfaltowa, słońce daje ostro czadu. Dogania mnie zawodnik startujący ze mną w grupie, odjeżdża kilka metrów ale na więcej chyba brakuje sił i przez długi czas jedziemy blisko siebie doganiając osoby startujące przed nami.Z przodu spora góra z masztem na szczycie, trasa skręca w jej kierunku i zaczyna się mozolny podjazd w palących promieniach słońca. Nie jest wesoło, żar aż bucha z asfaltu, stromizna robi się poważna, po chwili nawierzchnia zmienia się na betonową i powoli zbliżamy się do szczytu. Mój rywal utrzymuje kilka metrów przewagi i zapewne też sporo kosztuje go ten podjazd. Na szczycie skręcamy w terenową część trasy, jedzie się bardzo przyjemnie, kamienista droga schowana w cieniu wznosi się to opada.

Wszystko jest wporzo aż do momentu gdy docieramy do rozwidlenia trzech dróg. We dwóch kombinujemy dalszą trasę, najpierw w lewo ale zawracamy bo dalej nie widać oznaczeń trasy. Lukamy na drogę w prawo ale tam też nie widać żadnej taśmy. Przyjeżdża następny zawodnik i na chwilę stajemy wszyscy razem dumając co robić. W końcu znów ktoś podjeżdża i zdecydowanie kieruje się w prawo, jedziemy za nim i po chwili widzimy oznaczenia. Trochę wybity z rytmu próbuję nadrobić stracony dystans, przejazd przez rzeczkę miał być szybki i niekłopotliwy. Tak się jednak nie stało bo rzeczka okazała się bagnem, a ja będąc po piasty w tej brei zapragnąłem kąpieli...no dobra nie będę ściemniał, nie zdążyłem się “ wyklikać” i efektownie położyłem się na lewą stronę. Brrrrr...jaki paskudny teraz jestem, cały bok w błocku, rower chrzęści i piszczy, aż mam wrażenie, ze dwa razy mocniej muszę deptać. Ta gleba załamuje moje morale i trochę odpuszczam, dodatkowo okazuje się, ze zgubiłem karteczkę, na której potwierdzane były wizyty na punktach kontrolnych, jeszcze zaplątuję się w jakieś krzaki wyciągające swe ramiona w głąb drogi.

Trochę zdołowany wcinam żela i oceniam sytuację. Wprawdzie rywale kawałek odjechali ale nadal majaczą gdzieś tam z przodu. Z tyłu pusto, do tej pory nawet żarło, trzeba przezwyciężyć słabość i jakoś popchać ten kierat do przodu. Na szczęście ta część trasy łatwa co pozwala złapać mi oddech i odnaleźć zagubione morale. Tymczasem już kończy się terenowa część wyscigu i szosą zasuwam szybko w dół. Goście z przodu chyba z deka osłabli bo szybko ich dochodzę i bez wysiłku zostawiam z tyłu. Z daleka widzę bufet, bidon już pusty, a w gardziołku sucho, do mety jeszcze kawałek i zatrzymuję się po flaszeczkę wody mineralnej. Przed bufetem strzałka wskazując w prawo, woda już wesoło bulgota przynosząc ulgę. Trwa to wszystko kilka sekund i już daję w prawo zgodnie ze wskazaniem strzałki.Ostro lecę w dół gdy słyszę okrzyk dziewuszki z bufetu, okazuje się, że strzałka wskazywał tylko bufet gdyż poprawna trasa biegnie dalej prosto.

Wracam te kilka metrów , a tymczasem rywale na pełnej prędkości przelatują obok . I znów zaczyna się mozolna gonitwa, droga prowadzi lekko w dół lub po płaskim. Są przede mną jakieś 300 metrów. Już widać zabudowania Krosna, czuję ze ciężko będzie ich złapać. Jeszcze tylko jeden spory podjazd, to ostatnia szansa na dorwanie konkurencji. Nie ma letko, blokada amorka założona, blat wpięty,staję w blokach, nogi pieką i zaczynają odmawiać dalszej współpracy. Ale efekty widoczne, szybko zbliżam się do rywala i tuż przed szczytem zostawiam go za sobą. Kątem oka dostrzegam nr startowy, jest niższy, facet wystartował 3 minuty wcześniej ode mnie więc nie musiałem tak gonić ale przecież zawsze trzeba dawać na maxa :)

Już Krosno, szybko przemierzam ulice, juz widzę moją skodówkę na parkingu obok stadionu, już brama, jeszcze tylko runda po bieżni i czas stop. Teraz tylko czekać na pozostałych, formuła czasówki jest bezwzględna, zwycięzca może przyjechać jako ostatni. Coś tam szacuję różnice czasowe pomiędzy wjeżdżającymi na metę zawodnikami. Po numerach startowych można obliczyć godzinę startu. Te dane pozwalają na jakieś oszacowanie mojego czasu. Ale dochodzą problemy z trasą bo nie wiadomo kto na jaką pojechał. Po kilku minutach takiej zabawy daję sobie spokój i najzwyczajniej w świecie ładuję się na trawkę, w cieniu – jest przyjemnie, wiaterek czasem zawiewa, oczka robią się ciężkie i troszkę mnie zamula. Mija chyba godzina lub nawet dłużej gdy ostatni zawodnik zjeżdża już na metę. Kolejna długa chwila to czekanie na zakończenie obrad sędziowskich.

Obawiałem się o to jak zostanę sklasyfikowany w przypadku braku karteczki z potwierdzeniem obecności na punktach kontrolnych. Na szczęście wszystko kończy się szczęśliwie i mogą stanąć na drugim stopniu podium. Człowiek, który wygrał to ten sam co zrobił mnie na 9 sekund w czasówce na Grzywacką. Tym razem też wygrał i też bardzo niewiele bo pokonał trasę tylko minutę szybciej. Gdyby nie problemy z błądzeniem to kto wie :)

Mała galeria z wyścigu

Piotr Furmański

Ocena: (1)
0 komentarzy · 3195 czytań ·
Komentarze
30 maja 2007 01:19:20
Hehe, sie usmialem ze strażaka ;) Relacja i fotki gitara!
30 maja 2007 13:25:09
hihihihi, ależ mi Pan smaka narobił:)
30 maja 2007 20:50:17
A podobno z spdów wypina się szybciej niż z platform ;)
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.