Puchar Smoka w Osieku Jasielskim - 27.05.2007
Dodał(a): Piotr Furmański furman
29 maja 2007
Osiek Jasielski to wioska koło Jasła, dla wielu osób to koniec świata, już Bieszczady, prawie Ukraina. Zapewniam jednak, że tam również żyją ludzie i to na tyle przedsiębiorczy aby już od kilku lat organizować cieszące się coraz większą popularnością zawody rowerowy wchodzące w cykl Pucharu Smoka. Już od 2 lat przymierzałem się aby tam wystartować lecz zawsze coś wypadało. Tym razem się udało, zawody były w kalendarzu już od dłuższego czasu i nic nie stanęło na przeszkodzie abym się tam pościgał.

Dzień wcześniej brałem udział w udanym dla mnie Górskim Wyścigu Rowerowym w Krośnie. Forma niezła więc z optymizmem podszedłem do tego występu. Tym razem pogoda nas oszczędziła, ciepło ale słońce schowane za chmurkami pozwalało przeżyć, a ożywcze podmuchy wiatru dawały dużo przyjemności. Na miejscu już spory ruch, widać, że impreza znana w okolicy bo na parkingu samochody z całej Polski południowej. Jak zwykle mam to w zwyczaju szybko załatwiłem formalności i zająłem się obserwacją innych startujących. Może to i zaścianek ale z mocną obsadą kolarską. Jak zwykle pojawiła się „ wielka trójka” czyli panowie Bieniasz, Sikora oraz Leśniak ,którzy już tradycyjnie obstawiają miejscowe imprezy. Również sporo młodego narybku reprezentującego kluby Żbik Komańcza, Resovia Rzeszów czy Iskry Głogoczów. Może nazwiska jeszcze w Polsce nie znane ale miałem okazje już obserwować tych chłopaków w akcji i wierzcie mi lub nie, utrzymać im się na kole to nie jest prosta sprawa.

Na szczęście tym razem nie musiałem rywalizować w najmocniejszej kategorii gdyż regulamin przydzielił mnie już do weteranów. Na spokojnie zrobiłem sobie objeździk trasy z żonką i spokojnie czekałem na start. W międzyczasie cała zabawa się zaczęła, na początek wyścigi dla maluchów, których zjawiło się tutaj z rodzicami całe mnóstwo. Potem starsze dzieci, juniorzy i spiker pomału zaczął wzywać na linie startu weteranów i seniorów. Jeszcze ostatnie niedobitki juniorów wjeżdżały na metę gdy wyczytywane już były nasze nazwiska. Do przejechania mieliśmy 4 okrążenia trasy liczącej 4100 m. Trasa łatwa, z jednym ale nieprzyjemnym trawiastym podjazdem. Było oczywiste, że to tam rozstrzygnie się rywalizacja. Seniorzy poszli w trasę jakieś minutę lub dwie wcześniej, ostatni rzut oka na rywali i już sędzia daje sygnał startu.

Jak zwykle początek nie szarżuję, będzie czas na wyprzedzanie, szykuje się jakiś 40-45 minut jazdy na granicy zgonu. Najpierw stromy podjazd skarpą ze stadionu na chodnik. Kilka osób nie daje rady utrzymać się na rowerze i dzięki temu jadąc już chodnikiem zajmuję wygodną, drugą pozycję. Dwa metry z przodu Stanisław Rak, z którym ścigałem się już w tym roku dwukrotnie. Wygrałem wprawdzie ale to nic nie znaczy, zwłaszcza, że chyba mocny jest dzisiaj, no i jedzie u siebie w domu co daje mu pewną przewagę. Zjazd z chodnika, kilkanaście metrów szosą i ostry zakręt na szutrową drogę. Moim zdaniem to najbardziej zdradliwa cześć trasy. Spory spad, luźne kamienie i ostry wiraż sprawiają dużo problemów i chyba tylko dzięki kilkuletniemu doświadczeniu unikam gleby już na samym początku.

Rak urywa się kilka metrów do przodu lecz po złapaniu rytmu szybko go dochodzę i łykam lewą stroną. Nie oglądam się za siebie tym bardziej, że już zaczyna się podjazd. Daję tu w trupa, dochodzę pierwszych maruderów z seniorów i dosyć sprawnie docieram na górę do wygodnej drogi. Kilka haustów powietrza, zapinam blat, parę metrów sztywnego podjazdu i już lecę z pełną prędkością. Po chwili zakręt o 270 stopni i trawiasty zjazd. Mijam nieprzyjemny pieniek wystający z ziemi akurat na torze jazdy i mocno dokręcam. Na zakręcie pozwoliłem sobie na zerknięcie do tyłu i wiem, że mam przynajmniej kilkanaście metrów przewagi. Ale to nie ma znaczenia, już nieraz dobrze zaczynałem, a potem było różnie.

Niewygodną, kamienistą drogą lekko w dół szybko pomykam naprzód. Trochę wieje i przytrzymuje z deka. W ten sposób docieram do bardzo ciekawego fragmentu trasy gdy trzeba pokonać płytką ale szeroką rzekę ( Wisłoka). Jest luzik , po betonowych płytach szybko przeskakuję na drugą stronę wzbijając fontanny wody. Już słychać spikera na stadionie, jeszcze tylko kawałek kamienistą drogą i wjeżdżam na stadion gdzie po żużlowej nawierzchni robię pętle i przejeżdżam przez linię mety lecąc na drugie okrążenie. Żona i syn głośno dopingują do walki krzycząc, że jestem pierwszy. Również spiker świetnie spełnia swoją robotę o czym zresztą miałem okazję przekonać się obserwując inne kategorie. Kilka razy słyszę swoje nazwisko oraz dowiaduję się, że rywale nie dają za wygraną i któryś z nich naciska z tyłu.

To ogromnie mobilizuje, daję znów w trupa, po chwili łykam kolejnego gościa z seniorów i zaczynam podjazd. Za plecami słyszę jakieś słowa i zgrzyty przerzutki. Czyżby pościg był tak blisko ? Czy znów okaże się, że przeliczyłem się z siłami ?

Zagryzam zęby i z mroczkami w oczach pokonuję podjazd. Na górze zero odpoczynku, łapczywie łapię powietrze jadąc na stojąco z zapiętym blatem. Mijam znów kilku gości z seniorów i po wirażu zjeżdżam znów do rzeki. Tutaj bardzo dużo ludzi. Słyszę, że i mnie ktoś mocno dopinguje. Znów stadion i znów głośne wołanie prowadzącego. Rodzina szaleje, syn o mało nie wskakuje pod koła. Wyjeżdżając ze stadionu zerkam przez ramię i widzę, że Rak dopiero dojeżdża na bieżnię, To około 300-400 metrów i jakieś 90 sekund straty. Przewaga spora i dopiero teraz zaczynam wierzyć, że mogę dzisiaj wygrać.

Trzecią rundę jadę szybko ale równo i już nie szarpię tak bardzo. Mija szybko i spokojnie docieram znów na stadion zaczynając ostatnie okrążenie. Już wiem, że mam ogromną przewagę ,wjeżdżam na kolejną rundę, a rywale jeszcze nie dotarli na stadion. Już jadąc drogą w stronę podjazdu słyszę jak prowadzący krzyczy coś, że Rak ma jakieś problemy ze sprzętem. Wbrew pozorom nie cieszy mnie to ani trochę ale ta informacja zmienia moją strategię i zdecydowanie już odpuszczam. Już nie ma po co gonić, najgroźniejszy konkurent został daleko z tyłu i chyba nie ma co się szarpać. Poza tym trzeba na sprzęt uważać żeby i mnie nie wywinął jakiegoś figla kawałek przed metą.

Podjazd pokonuję już na małej tarczy z przodu, zjazd jadę turystycznie, wjeżdżając na drogę wręcz hamuję. Przez rzeką już na spokojnie, jeszcze tylko kawałek drogą i już słychać odgłosy stadionu. Kilka metrów przede mną dwóch gości. Już wygrałem to wiem ale wypada jakoś ładnie zakończyć ten start i na dojeździe do bieżni mykam obu i już spokojnie zmierzam do mety.

Wygrałem !!! Pierwszy raz w życiu !!

Kilka zdjęć z wyścigu

Piotr Furmański

Ocena: (2)
0 komentarzy · 3799 czytań ·
Komentarze
30 maja 2007 01:23:42
Niezłe emocje :) jak tralala
30 maja 2007 09:42:16
Szczerze gratuluje Furman.
Nic tak nie cieszy jak spelnione marzenia.
30 maja 2007 14:51:51
łezka szczęścia uroniona?, gratuluję
30 maja 2007 23:17:24
To dopiero poczatek.
30 maja 2007 23:45:21
Gratuluję! Narodził się nowy mistrz:)
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.