Beskidy MTB Trophy - 07.06.-10.06.2007
Dodał(a): Piotr Furmański furman
18 czerwca 2007
Góry!

Górskie szczyty śmiało wznoszą się ku niebu. Góry zawsze budziły we mnie żywsze bicie serca. Góry są piękne, dają tyle radości, górskie szlaki, rozległe hale, szerokie panoramy, to wszystko jedna wielka przygoda jaką tylko w górach można przeżyć. Góry dostarczają niezwykłych przeżyć. Za zmęczenie i pot odwdzięczają się jak tylko one mogą to zrobić. Góry są piękne latem i zimą, góry czarują w słońcu i deszczu, góry we mgle, góry w chmurach, góry zawsze zapewniają niezatarte wrażenia.

Ale góry są bezlitosne, są bezwzględne, czasem brutalne, nie wybaczają słabości, nie darują błędów, nie tolerują braku wyobraźni.
Góry trzeba przekonać aby traktowały nas jak równym ich wielkości. Aby tego dokonać trzeba zmierzyć się z nimi, z respektem ale i bez obaw, zdecydowaniem ale i rozwagą. I takie właśnie zadanie stało przed uczestnikami I Edycji MTB Trophy. W zasadzie nie trzeba wiele pisać gdyż już sam plan imprezy budził dreszcz emocji. Trzy prawdziwe górskie etapy poprzedzone morderczym prologiem z wjazdem na Tyniok dawały jasny i wyraźny obraz co będzie czekać startujących. Chyba nikt nie wrócił stąd zawiedziony, jedni wygrali z górami inni rzucili ręczniki. Jedni wygrali z rywalami, inni przegrali ze sprzętem, Jednym dopisało szczęście, inni do końca zmagali się z pechem. Ale i wygrani i przegrani przeżyli przygodę jaką wspominać będzie można do końca życia i wnukom opowiadać na rodzinnych spotkaniach.

A zaczęło się czasówką. Krótki lecz stromy i śliski podjazd był tylko przedsmakiem tego co nas miało czekać i do I etapu stawaliśmy ochoczo ale i z obawą. Ponad 400 osób na starcie i zlewający się w jeden odgłos trzask wpinanych klików.
Zaczęło się!

Asfalt szybko znika spod kół i zaczyna się walka z kamieniami i korzeniami. Słońce grzeje i pot spływa po czole gdy już pierwszy podjazd ciągnie się bez końca. Właśnie tak można powiedzieć – bez końca gdyż za każdym wypłaszczeniem terenu wznosi się kolejny podjazd i zdaje się, że będzie tak - bez końca. Gdy jednak wyjeżdżamy z lasu naszym oczom pokazuje się sylwetka Skrzycznego z wyraźną przecinką leśną, którą biegnie droga na szczyt. Trochę przeraża ale przynajmniej widać cel. Szeroka i kamienista droga nie daje taryfy ulgowej, trzeba walczyć aby utrzymać się na rowerze. Ale jak tu się poddać gdy wokoło pełno turystów i duma kolarza nie pozwala na zejście z roweru. Prędkość spada dramatycznie, w rojach much i bąków docieramy na szczyt. A potem już to na co wiele osób czekało tego dnia. Zjazd jest długi, jest piękny, wiedzie nartostradą, biegnie kamienistą drogą, wiedzie po łące, w lesie, bywa szybki, bywa techniczny, każdy znalazł tu coś dla siebie. Pędzę z szumem wiatru w uszach gdy nagle coś uderza mnie w plecy, odwracam lekko głowę i widzę fragment łańcucha. No pięknie myślę sobie – ktoś łańcuch zgubił i rozglądam się za pechowcem. I nagle szok. Jadę sam! Hampel na maxa i rozpaczliwe spojrzenie na blat. Jest pusty!

Co teraz? Co robić? Jak wśród kamieni i w pyle drogi znaleźć utytłany w błocie łańcuch? Jak uniknąć kolizji z pędzącymi tabunami dwukołowców? Chwila bezradności trwa jednak tylko kilka sekund po których przystępuję do działania. Jakimś cudem znajduję zgubę i drżącymi dłońmi naprawiam awarię. Jestem przygotowany, spinka już w ogniwach, tylko trzeba teraz wkliknąć..... i nagle jedna część łańcucha wymyka się z palców i z impetem odskakuje na bok. I dopiero teraz dopada mnie prawdziwe przerażenie. Błagalne spojrzenia na pędzących w dół bikerów...i staje się cud. Zatrzymuje się Czech, wyciąga jedną spinkę, nie pasuje, wyciąga drugą, spina łańcuch i MAM SPRAWNY ROWER.

Dalszy zjazd już asekuracyjny, przygoda z łańcuchem zostawiła trwały ślad w mojej głowie i teraz zjazdy powodowały stres i obawę przed powtórką z rozrywki. Przejazd przez Szczyrk i masakrycznie wręcz stromy podjazd po betonowych płytach, w słonecznej ekspozycji. Tego podjazdu nie da się podjechać normalnie, trzeba walczyć całym ciałem, całym sobą nie tylko nogi się liczą, ważniejsze jest dociążenie przedniego koła, które ochoczo staje dęba. Siły już mocno nadwyrężone teraz odpływają już całkiem. Dalsza jazda to już w zasadzie walka o przetrwanie. Do tej pory się ścigałem, lecz teraz już tylko się turlikam. Mija 5 godzin jazdy gdy w końcu poznaję znajome okolice Istebnej i wręcz siłą woli docieram na metę. Tutaj jeszcze mało ludzi, na metę dotarło dopiero około 100 osób z ponad 400, które wystartowały. Po chwili wjeżdża Lajkonik, po nim dociera Santa, potem reszta znajomych- Łuki, drugi Lajkonik i jeszcze kilka osób. Jest również i Pit i już razem udajemy się na kwaterę aby zaleczyć rany.

Drugi etap zapowiadał się równie ciężki, zwłaszcza, że w kościach czuć jeszcze wczorajsze podjazdy. A tymczasem trzeba wspinać się na Stożek. Najpierw szeroką drogą, potem techniczną ścieżką pełną kamieni i korzeni. Za to zjazd ze Stożka do Jablonkowa to poezja. To co lubię, czyli strome ścianki najeżone kamieniami gdzie trzeba wykazać się sporą odwagą i pewną dozą techniki. Niżej zjazd zamienia się w szeroką i stromą drogę gdzie można popuścić wodze fantazji. Jednak moja fantazja jest na uwięzi gdyż cały czas jakieś problemy z łańcuchem. Kilka razy spada mi z blatu na korbę i zaczyna mnie to wkurzać. Tak bym sobie mógł tu lecieć w dół niczym kozica :(

Ten etap został podzielony na dwie części, odcinek wiodący przez Jablonków został wyłączony z pomiaru czasu i jest okazja aby spokojnie odpocząć i porobić ze sprzętem. Tak się składa, że dosłownie 10 metrów przed matą pomiarową znów mi się rozpina łańcuch. Szczęście w nieszczęściu, szybko dobiegam do mety i za nią mogę spokojnie naprawić usterkę. Coś tam grzebię przy przerzutce i pomału toczę się na start drugiej części etapu. Żelik, piciu i ruszam na dalszą walkę. Razem ze mną jedzie Łatka, z którą często spotykam się na trasie tego wyścigu. Dalsza trasa bardzo trudna, znów uciążliwe podjazdy ale hitem tego tego dnia był zjazd agrafkami z Jaworowego.. Totalny wypas – wąska i stroma ścieżka mocno opadająca w dół. Co kilkanaście metrów zakręty o 180 stopni. W dole przepaść, niekiedy rower wręcz nie może zmieścić się w zakręcie, na dodatek w newralgicznych punktach kamienie i spore uskoki. Kilka razy dreszcz przechodzi po plecach gdy tylnie koło za wysoko wędruje do góry, gdy przednie ledwie na milimetry trzyma się jeszcze ścieżki, gdy amorek jęczy i ugina się do granic swoich możliwosci. Dłonie już bolą od ściskania klamek hamulcowych, a zjazd ciągnie się i ciągnie i wcale nie jest łatwiej.Śmiem twierdzić że ten odcinek sięga szczytów moich umiejętności technicznych i pokonanie go daje ogromną frajdę. Zresztą cały ten etap w większości wiodący przez Czechy dostarcza ogromne ilości pozytywnych przeżyć. Cudne widoki, extra pogoda, wspaniały doping, świetna trasa, to wszystko mieliśmy tutaj.

Udało się sporo nadrobić w tym miejscu i dalszą trasę staram się pokonywać szybko i sprawnie. Ale asfaltowy podjazd wznosi się licznymi zakrętami przez kilka kilometrów. Nie jest stromo ale sił ubywa coraz szybciej. Gdy w końcu wjeżdżamy w teren czeka nas strome podejście na Stożek ( drugi raz). Tak - podejście! Tutaj wiele osób gubi morale, tutaj wyczerpują się ostatnie rezerwy energii. Tutaj mdleją ręce od podrywanie roweru na kamieniach. Tutaj pot zalewa czoło i wysychają bidony. Tutaj odbywa się prawdziwa szkoła przetrwania. Tutaj góry zadają mordercze ciosy po których nawet liczenie do dziesięciu nie pomaga. Trauma, nirwana, otępienie – jak nazwać stan który wielu z nas osiągnęło w tym miejscu. Już widać pierwszych przegranych, nisko zwieszona głowa, bezwładne ręce na kierownicy, ciężki oddech i zero kontaktu. Stoją na boku, stoją na środku drogi, powłóczą nogami. To takie Waterloo, po którym widmo klęski zagląda do oczu, bo chociaż podnoszą się i walczą dalej to rany zostają w ich ciele i pustoszą organizm. Góry triumfują!

Stożek już za nami lecz dalszą trasę znaczą ślady rannych. I mi jest ciężko ale mam już swój sposób na góry i teraz korzystam z niego jak mogę. Po chwilowym kryzysie czuję już bliskość mety i zaczynam mocno finiszować. Doganiam jakiegoś rywala, a ten widząc mnie doznaje nagle przypływu energii. Już Istebna , sporo kibiców, a my w dwóch wyraźnie walczymy ze sobą. Najpierw ja mykam go na podjeździe, potem on mnie na zjeździe. Po chwili znów go dochodzę. Jedziemy już bardzo szybko w dół kamienistą drogą położoną w wąwozie. Po drodze łykamy kilku gości i zaczynamy poważnie się ciąć. Jest kilka merów przedemną , atakuję po lewej, mocno dokręcam i zbliżam się do niego gdy wtem lewym rogiem zahaczam o wystający ze skarpy korzeń.

Mocne szarpnięcie kierownicą i lecą na drugi brzeg, odbijam się od niego i ląduję z powrotem na lewej stronie. Zero panowania nad rowerem, zasuwam po kamolach, trzęsie niemiłosiernie, przez myśl przebiega wypadek Pita sprzed roku. Czy ja muszę tak samo skończyć? Ścisk w gardle i łomot serca gdy ręce w panice usiłują zapanować nad oszalałą kierownicą. Trwa to wszystko może 2-3 sekundy, które jednak stanowiły całkiem osobny epizod na tym etapie. Udało się z tego wykaraskać chyba tylko dzięki szczęściu. Rywal zniknął z przodu, już nie gonię, spokojnie jadę na metę. Wpadam tam jako 100 zawodnik. I znów długie dochodzenie do siebie. Mnie się udało, ale wielu przegrało tę rundę. Góry nie tolerują słabości i dają dzisiaj temu dowód eliminując z tej gry kilkadziesiąt osób. Jest już Pit, dzisiaj regeneracja idzie dużo gorzej. Stękanie, syczenie, grymasy na twarzy świadczą dobitnie o naszym stanie. Zresztą nie tylko naszym, po każdym ze startujących widać jak wiele kosztowała dzisiejsza walka z górami. A jak będzie jutro? My jesteśmy coraz słabsi, góry coraz mocniejsze i coraz śmielej atakują. Kto wyjdzie zwycięsko z tej gry?

Ostatni etap miał być najtrudniejszy, wszyscy tak mówili, tak również wynikało z mapy i profilu. Żadnych kompromisów. Prawdziwie górska trasa z kulminacyjnym wjazdem na szczyt Wielkiej Raczy. Na początek zafundowano nam podjazd na szczyt Ochodzitej. Znane miejsce z maratonów w Istebnej, które dla niejednych już samo w sobie może stanowić cel wycieczki. My jednak w dzikim pędzie, dysząc i mozolnie kręcąc przemykamy tam szybko i ciekawym zjazdem spadamy do Zwardonia. A tam zaczyna się dzisiejsza Golgota. Zaczyna się podjazd na Wielką Raczę. Najpierw normalnie, szutrowymi drogami pnącymi się bezustannie do góry. Noga nawet podaje i dosyć sprawnie idzie mi dzisiaj jazda. I właśnie wtedy gdy wszystko zdawało się przebiegać tak jak powinno zaczyna się dziać coś niepokojącego.

Odległe grzmoty słyszane od kilku minut stają się coraz bliższe i wyraźniejsze. Również błyskawice znaczą swoją drogę po niebie. Nie trzeba długo czekać gdy nieśmiały na początku deszczyk przybiera na sile i zamienia się w konkretną ulewę. Trudny podjazd zamienia się w ścianę płaczu, stromizna w połączeniu ze śliskimi kamieniami i korzeniami czyha tylko na błąd. Wolno i z trudem walczymy o każdy metr wysokości. Gdzieś w tym czasie czuję, że coś dzieje się z moim siodełkiem. Patrzę i widzę, że jakoś nienaturalnie sterczy. Zatrzymuję się i oglądam co się dzieje. Nie jest wesoło, coś tam pękło i nie za bardzo jest z tym co zrobić. Robi się nieprzyjemnie, szybko stygnę i zaczynają mną targać dreszcze. Ulewa na całego, góry nadal grzmią i wściekają się na całego. Stoję bezradnie na skraju ścieżki i trzymając siodełko w dłoni obserwuję mijających mnie tłumnie innych roweromaniaków, Czyżby to był już koniec tej tak dobrze zaczętej przygody? Targają mną sprzeczne myśli. Co robić? Jeśli się mam wycofać to tylko teraz bo już kawałek dalej może być za późno. A może jechać – tylko jak robić to bez siodełka. Od biedy kilka km. możny by się pomęczyć ale przecież do mety pozostało dobre 50 km. Podjazd na Skrzyczne, zjazd agrafkami, podejście na Stożek – to wszystko przelatuje mi w pamięci i tworzy ogromny ciężar jaki teraz przygniata mnie swą masą. Wszystko na marne!

Jeszcze raz zerkam na siodełko, uszkodzenie nie jest duże, w warsztacie dało by się to połatać przy pomocy sznurka lub drutu ale tutaj mogę tylko stać i bezradnie pytać przejeżdżających o takie rzeczy. W ten sposób mija dobre kilka minut, jeszcze myślę żeby czekać na Pita, może on coś pomoże ale pomału i to przestaje wchodzić w grę. Robi mi się naprawdę zimno, nie ma czasu na dalszą bezczynność. Gestem rezygnacji sprawdzam czy mam klucz od kwatery. Leży sobie wygodnie w torebce na smyczy na mojej szyj. RETY - SMYCZ!!! Przecież to prawie jak sznurek. Szybko ściągam torebkę, chowam do kieszeni, a smyczą obwiązuję siodełko. Trzyma się! Jadę, po kilku minutach znów się rozlatuje, tym razem mocno ściskam węzły i wygląda to wszystko dosyć stabilnie.

Zjazd z Wielkiej Raczy to chyba najtrudniejszy fragment trasy na całym Trophy. Mokra i rozjeżdżona przez setki kół nawierzchnia nie zapewnia żadnej przyczepności. Hamowanie jest niebezpieczne, jazda bez hamowania z racji dużej stromizny również nie wchodzi w rachubę. Rower tańczy niczym Cichopek w Tańcu z Gwiazdami. Pierwsza gleba nawet łagodna, druga zakończona podpórką, ale już trzecia bardzo efektowna gdy niczym zestrzelony Meserszmit przelatuję nad kierownicą i spadam w krzaki borowin. Jest ostro, nie uważałem się do tej pory za mięczaka ale teraz zaczynam się bać o siebie. Hamulce jakoś tak osłabły a piskliwe dźwięki nie dają złudzeń co do stanu klocków.

Ten zjazd jest długi i niebezpieczny, niżej pojawiają się kamienie, które choć zapewniają jako taką przyczepność to ewentualna wywrotka może skończyć się dużo gorzej. Docieram do bufetu gdzie zatrzymuje się na chwilę i po raz kolejny już poprawiam moje mocowanie siodełka. Przyjeżdża również Łuki, po chwili Santa. Tutaj na dole zaczynam wierzyć, że szala zwycięstwa przechyla się na moją stronę. Góry już chyba pogodzone z przegraną ale nie wściekłe, zaczynają mnie w końcu traktować jak równego sobie.. Grzmoty zginęły gdzieś w oddali, zza chmur coraz śmielej wygląda słońce, a w miarę pokonywania kolejnych kilometrów nawierzchnia robi się sucha i przyjemna.

Jadę teraz za Łukim, coś tam gawędzimy trochę. Na podjazdach odskakuję, na zjazdach to Łuki odjeżdża na swoim fullu. Mijają kolejne kilometry, zjeżdżamy już do Zwardonia, szosa wije się ostro. Łuki trochę odjechał, próbuję go złapać, dokręcam dosyć mocno na zjeździe. W zakręt wchodzę mocno pochylony, tylnie koło trochę zarzuca, kontruję przednim ale i ono zaczyna tańczyć na wysypanym żwirkiem poboczu. Szybko odzyskuję kontrolę nad rowerem ale już jest za późno bo wpadam na skarpę po lewej stonie drogi. Nic poważnego się nie stało ale po uderzeniu siodełko jest w fatalnym stanie. Pręty już popękały prawie w całości i cała ta misterna konstrukcja związana smyczą zaczyna się rozpadać. Coraz częściej oszczędzam sprzęt i jak najwięcej staram się jechać na stojąco. Na którymś z podjazdów gdy próbuję usiąść czuję że... nie mam na czym. Rower w krzaki i wracam się jakieś 200 metrów - leży sobie na scieżce. Już całkiem połamane, nie da się z tym nic zrobić. Nawet 10 smyczy już by nie poradziło. Pozostaje mi już tylko sztyca :)
Do mety około 20 km. To chyba najdłuższe kilometry w moim życiu. Dużo mnie to kosztowało ale dotarłem tam w końcu.

Górskie szczyty nadal wznoszą się wysoko i mogę na nie teraz spojrzeć jako wygrany. Było wszystko, były kamieniste podejeścia, były extremalnie strome podjazdy, były szybkie zjazdy gdy licznik wariował, były ścianki pokonywane z łomoczącym sercem i gulą w gardle. Było palące słońce i krople potu spływające po nosie, był zimny deszcz i dreszcz wyziębienia wstrząsający całym ciałem. Była radość i euforia, ale było też zwątpienie i bezradność. Udało się – przejechałem, przejechał również Pit, przejechało dużo znajomych, Łuki, obaj Mariusze z Lajkoników, Santa i wielu, wielu innych. A i góry mogą czuć się wygrane bo podyktowane warunki przerosły możliwości wielu osób. Z około 400 którzy wyjechali na I etap ostatni ukończyło zaledwie 273 osób co znaczy, że ponad setka została na polu walki.

Jednych zawiódł sprzęt, inni przeliczyli się z siłami, innym padła psycha lub dosięgła ich kontuzja, a jeszcze innym pewnie już się nie chciało tak masakrować. Teraz pozostaje tylko myśleć co będzie za rok. Czy znów brać udział w tej rzeźni?

Piotr Furmański

Ocena: (8)
0 komentarzy · 4570 czytań ·
Komentarze
18 czerwca 2007 20:10:51
fajna relacja. I jeszcze raz respekt za jazdę bez siodełka. Gratulacje z powodu ukończenia wieloetapówki.
18 czerwca 2007 21:26:16
O jakiej rzeźni piszesz? - to przecież była czysta przyjemność :D A tak poza tym to niedługo chyba przerośniesz Sienkiewicza!
18 czerwca 2007 23:02:12
Widzę, że bym tam chyba długo nie powojował. Nie lubie takich warunków. Gratulacje za ukończenie i niezłe pozycje.
19 czerwca 2007 12:40:57
Ale czad! Znakomicie napisane!

Furman to prawdziwy twardziel. Widzę, że mocno go wytargalo po glebie. Upadki są niestety wkalkulowane w taki wyścig. Dobrze, gdy można wstać o własnych siłach i jechać dalej na rowerze, a nie w karetce. Tylko pojawia się pytanie, ile razy jeszcze się uda ?!? (odpukać!)

A to miejsce, gdzie Furman zaczepił kierownicą na zjeździe, to chyba nawet kojarzę. Leciało się w dół parowem, a na jego koronie, dokładnie na wysokości kierownicy, po lewej stronie, rosły krzaki jagód(?). Gdy się jechało tuż przy bandzie, to można było spoko zaczepić. Jeżeli to tam, to ja też zaczepiłem o nie kierownicą, ale delikatnie. Włosy mi stanęły dęba na myśl, co by było, gdybym zahaczył mocniej, bo prędkość była konkretna.

Pozdrawiam!

Łuki, <cyklotyk@poczta.onet.pl>
19 czerwca 2007 13:02:25
Gratulacje Furman, jazda bez siodełka, ja dziękuję. Chociaż w zasadzie ja i tak rower głównie pchałem... Miałeś trochę szczęścia w tym parowie, było tam takie jedno miejsce, gdzie woda wyrwała głęboką na pół roweru dziurę, wpadnięcie tam to dopiero byłaby katastrofa.
19 czerwca 2007 21:53:44
Wiedziałem Furman ze łeb to Ty masz nie od parady i pisać potrafisz, ale tą relacją zaskoczyłeś mnie na maxa. Gratki za wyścig, gratki za opis!!!
20 czerwca 2007 11:13:23
...relacja czaaad ... ciekawi mnie jak to jest dostać w plecy własnym łaćuchem :)
20 czerwca 2007 11:18:21
Zapiera dech w piersiach jak się to czyta!:D
20 czerwca 2007 16:45:15
super relacja, pełna emocji -wyiera z niej sportowa walka, zmęczenie, zwątpienie, pokora przed majestatem gór i satysfakcja z wygranej .. Masz naprawdę niezłe pióro, z wielką przyjemnością czytam Twoje teksty Furman :)
I oczywiście - Wielkie Gratki dla Was obu za wrócenie z MTB Trophy ' z tarczą' !
22 czerwca 2007 10:15:37
...myślę że to nie kwestia pióra tylko klawiatury ;)...
22 czerwca 2007 10:17:16
Gratuluję zwycięstwa w pojedynku góry vs Furman. Kompromisy Ci nie leżą. Gratuluję także twardości charakteru, siły woli i lekkości pióra. Dużo treści w Twojej relacji, doskonałe metafory. Miejscami się ubawiłam opisem, choć sytuacje zupełnie nie były do śmiechu.
Czytam trzecią relację z tego wyścigu i co mnie zaskakuje, w każdej z nich pojawiają się Ci sami bohaterowie. Poza górami oczywiście.
Do kompletu przydałaby się jeszcze relacja Czecha, który poratował Ciebie spinką. Może się odezwie? Oj Twardziele z Was, jakich mało. Czy za rok będziecie brać udział w tej rzeźni? Jeśli obiektywne okoliczności nie zawiodą, będziecie tam wszyscy na bank! Góry też.
Pozdrawiam
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.