Puchar Smoka w Foluszu - 24.06.2007
Dodał(a): Piotr Furmański furman
26 czerwca 2007
Popołudnie w Błażkowej upływało spokojnie aż do czasu gdy zza Liwocza wypłynęła szarobura chmura i mrucząc zaczęła siać niepokój w okolicy. Porywiste podmuchy wiatru unosiły w powietrze przeróżne rzeczy, a szum drzew zagłuszał wszelkie inne odgłosy. Wystarczyło kilkanaście minut aby piękna słoneczna pogoda zamieniła się w piekło. Błyskawice, grzmoty, ściana wody i przenikliwe zimno wypędziło wszystkich do domów. Nawałnica trwała dobrych kilkadziesiąt minut i powoli odeszła na południe aby tam zadomowić się na dobre.

Nad górami Beskidy Niskiego do nocy błyskało się i grzmiało, a ciemna warstwa chmur jakoś nie miała ochoty się stamtąd wynieść. A już za kilkanaście godzin właśnie tam, w Foluszu, u stóp Magury Wątkowskiej miała odbyć się II Edycja Pucharu Smoka MTB. I odbyła się.

Z racji opisanych zjawisk pogodowych kwestia doboru opon nie była trudna. Dojazd na miejsce zawodów zajął nam około 50 minut. Zapowiadało się kameralnie, mało ludzi, już błękitne niebo i przyjemna temperatura. Objazd trasy i spore zaskoczenie gdyż warunki iście bojowe, nie będzie tu lekko, mokro, a co za tym idzie bardzo ślisko, koleiny, kałuże, strumyki, uskoki terenowe, strome zjazdy i nachylone trawersy zapowiadały spore atrakcje. Ale na początek mała inauguracja – swój pierwszy start miał zaliczyć mój 8- letni syn Kuba.

Dla nas to zabawa ale chłopaki poważnie podeszli do sprawy stoczyli zaciętą walkę ..i na końcu zostali pokonani przez dziewczynkę. Nie zmienia to faktu, że Kuba uplasował się w pierwszej 10 co jak na pierwszy raz i kompletny brak doświadczenia jest niezłym wynikiem.

Po tym epizodzie zacząłem zgodnie ze swoim zwyczajem badać teren. Jest kilka znajomych twarzy, po których wiem czego można się spodziewać. Niespodzianką jest przybycie Darka Kiełtyki i Jurka Mroza z Krakowa. Są też nowe osoby stanowiące wielką niewiadomą. Taktyka na wyścig prosta i ustalona od dawna. Początek spokojny aby nie było powtórki z ostatnich zawodów w Tarnowie gdzie bardzo mocno zacząłem i po chwili umierałem na 1 okrążeniu. Tym razem zamierzam trzymać się czuba ale delikatnie z tyłu i tylko kontrolować aby nie odskoczył zbyt daleko. Co dalej to się zobaczy.

Sygnał startu i poszli. Kiełek i Raku wypruli mocno do przodu. Zgodnie z założeniami siadam im na kole i zajmuję 3 pozycję. Nie szarpię, równym tempem lecimy jakieś 500-600 metrów po asfalcie. Potem wjeżdżamy w las na mokrą ścieżkę i tam musimy zmierzyć się z bardzo stromym podejściem. Jest trochę ślisko i trzeba się trochę postarać aby dostać się na górę. Cały czas trzymam się prowadzącej dwójki. Po podejściu bardzo nieprzyjemny i niebezpieczny zjazd po zrytej koleinami drodze. Stromo i ślisko, rzuca na wszystkie strony, rywale odskakują kilka metrów lecz niżej na wygodnej już szutrówce niweluję przewagę i jadę kilka metrów za nimi.

Przelatujemy przez kilka rzeczek, a następnie pokonujemy stromy ale przejezdny podjazd. Kawałek kamienistą drogą i ciekawy trawers po wyślizganej ścieżce. Znów rzeczka i już przelatujemy przez linię mety. Do prowadzących tracę kilka metrów i na asfaltowym fragmencie podkręcam trochę tempa. Dochodzę Kiełka, narzeka , że słaby , dokręcam jeszcze mocniej kilka razy i już siedzę na kole Rakowi. Na podejściu bardzo mocny doping. Jeden z kibicówgorąco mnie dopinguje, macha rękami, krzyczy, wręcz popycha mnie swoją energią. Nie jestem w stanie się opanować i atakuję pozycję lidera, z dobrym skutkiem zresztą bo na górze jestem z kilkusekundową przewagą. Zjazd pokonuję dosyć ryzykownie i na dole rywale już sporo tracą.

Niepokoi mnie tylko zachowanie napędu. Łańcuch zaczyna się kleszczyć na środkowej tarczy i wybija mnie kilka razy z rytmu. Na trawersie niemiła przygoda gdy przednie koło ujeżdża mi gwałtownie i wpada w jakieś zagłębienie terenu. Tył wędruje do góry, a ja lecę ponad kierownicą. Długi lot, co gorsze widzę iż lądowanie wypada dokładnie na sporym kamieniu. Na szczęście było dosyć czasu aby podeprzeć się jedną ręką i uratować przed katastrofą. Szybko zbieram się, oglądam za siebie, nadal prowadzę i na takim miejscu zaczynam 3 okrążenie. Słyszę jednak, że Raku chyba mocno mnie naciska bo prowadzący wydziera się na całego.

Znów podejście, staram się nie szarpać i zachować mocne ale równe tempo. Po zjeździe problemy z napędem nasilają się i mam coraz większe kłopoty z doborem odpowiednich przełożeń. Tracę rytm i zwalniam znacznie co powoduje, że Raku siada mi na kole. Coś tam gadamy i razem atakujemy podjazd. Tutaj błąd techniczny przy najeździe na przeszkodę i muszę awaryjnie wypinać się z roweru, podpórka i kilka sekund straty powoduje, że spadam na 2 miejsce.

Po wjeździe na 4 okrążenie mam kilka sekund straty ale niweluję to na asfalcie i na podejściu znów jesteśmy w bezpośrednim kontakcie. Raku daje mocno. Muszę przyznać, że ciągnie ostro w górę i sporo kosztuje mnie utrzymanie tego tempa. W głowie już układa się plan gdzie i jak zaatakować. To już ostatnia runda i trzeba rozstrzygnąć to na najbliższych metrach. I znów ten ryzykowny zjazd. Już go trochę znam i pozwalam sobie na więcej co po chwili dosłownie sprowadza mnie na ziemię. Wpadam nagle w koleinę, zero czasu na reakcję i znów frunę wraz z rowerem w krzaki. Nie mogę się wyplątać, rogi, kierownica poowijane jakimiś gałęziami i tracę cenne sekundy na szarpanie się z zielskiem. Gdy w końcu wsiadam na rower czuję się jakiś rozbity i słaby, a rywal zniknął w oddali. Jeszcze liczę, że przynajmniej nawiążę kontakt wzrokowy na szutrówce ale tam też już go nie widać.

Już pogodzony z porażką zmuszam się do jako takiej jazdy aby przynajmniej zachować drugą pozycję. Jeszcze jedna gleba, chyba bardzo efektowna gdyż jadący za mną junior aż zatrzymał się z wrażenia i pyta czy wszystko ok. Na metę wpadam jako 2 i dziękuję fortunie, że w takich okolicznościach udało się zająć dobrą lokatę.
Podsumowując przegrałem sam ze sobą. Rywal miał dzisiaj bardzo dobrą dyspozycję ale był do pokonania. Dotarło do mnie, że nie radzę sobie na mokrej nawierzchni. Może być stromo, mogą być kamienie, uskoki, ścianki ale jak tylko pojawia się wilgoć coś zaczyna się dziać niedobrego.

To nie przypadek, że dwa błotniste wyścigi w tym roku pojechałem fatalnie. Na Family Cup nie trafiłem z oponami to jest pewne usprawiedliwienie. Tym razem opony raczej dobre, dyspozycja też dobra ale przegrałem z własną techniką. Cały czas analizuję ten wyścig i szukam gdzie popełniłem błędy. Bo przecież do tej pory nie bałem się trudnych warunków. Przejechałem wiele maratonów w jeszcze cięższych okolicznościach i radziłem sobie - to co stało się dzisiaj ? Pech, przypadek, brak skupienia ? A może zbyty mocno napompowałem opony ? Czy 60 PSI to nie za dużo jak na IRC Mythos 1,95 ?
W sumie nie jest źle, zachowałem 1 miejsce w klasyfikacji generalnej. Cieszy to, że forma nie uleciała i trzyma się na przyzwoitym poziomie.

Piotr Furmański

Link do galerii na naszej stronie
Link do obszernej galerii na stronie patrona medialnego imprezy
Link do wyników

Ocena: (2)
0 komentarzy · 3944 czytań ·
Komentarze
27 czerwca 2007 13:27:39
Trzymaj generalke Furman! Glowa jedzie. Cieszą Twoje sukcesy! A moze jednak trzeba nieco zejsc z cisnieniem o pol bara mniej? Ja zawsze jezdzilem na 3,5 ale bede powili schodzil na 3 - 3,2.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.