Mazovia 24h Maraton 1–2 lipiec 2006 Nowe Miasto koło Warszawy.
Dodał(a): Łukasz Hubka Luki
03 lipca 2007
Mazovia 24h Maraton 1–2 lipiec 2006 Nowe Miasto koło Warszawy
O dwóch takich, co nie wiedzieli co kradną


/Minął już rok od tego wydarzenia. Dwudziestocztero godzinny maraton MTB w Nowym Mieście. Coś nietypowego, niekonwencjonalnego i innego. Wyryp na inny sposób. W Polce pierwszy raz organizowany maraton, wiec trzeba było wystartować. Startowałem z Dominikiem /neeq/.

Kiedyś już zamieszałem tą relacje na naszym starym forum rowerowanie.pl, ale była ona bardzo luźna. Teraz przedstawiam wersje ostateczną. A w piątek jedziemy na powtórkę (6-7 lipiec 2007 Polana Jakuszycka koło Szklarskiej Poręby)./

Wróciliśmy dziś w nocy, było jak zawsze rekreacyjnie, nawet bardzo. W paru słowach maraton ten to: piach, wiatr, rezonans, wilgoć, ciemność i wszystko co się z tym może wiązać. Dobrze, że nie padało i nie biło piorunami.

Wyjechaliśmy pociągiem z Krakowa w piątek rano około 8:00. Po przyjeździe dojazdówka 20km z Nasielska do Nowego Miasta z niewygodnymi bagażami (brak sakw). 18:00 stawiamy obozik (malutki namiot, przy wielkich obozowiskach znanych grup kolarskich typu Leniwce, Cycliści, Schenker Team, Twomark Sram Giant Team). Jak zwykle wszystko niezaplanowane, do ostatniej chwili. Maszyny nie tykane od poprzedniego maratonu, brak wody i pożywek. 20:00 Lecimy do sklepu po zakupy. 22:00 wyjazd na rekonesans z lampkami. 23:30 zjazd z trasy. 24:00 kolacja i debaty taktyczne. Byliśmy lekko przestraszeni nocną wersją jazdy samemu i możliwością zmiany dętki. 1:00 spanie. 9:20 pobudka w postaci wybuchu dętki w Dominika rowerze. 10:00 Przygotowania.

Trasa liczyła 22km, to znaczy jedna pętla. Liczyło się, kto pokona więcej pełnych okrążeń w ciągu 24h. Potem uwzględniało się czas w jakim wszystkie okrążenia były pokonane. Prowadzone były trzy kategorie. Solo (samobójcy) – jechali sami, Duo (np. my) – raz jeden, raz drugi, obojętne ile okrążeń i Quatro (śpiochy) – tak samo jak Duo tylko czterech się zmieniało. Były też osobne kategorie dla zespołów mieszanych i kobiecych oraz prowadzono klasyfikacje najszybszego okrążenia (oczywiście skusiliśmy się powalczyć, ale brakło nam ze 2 min). Maty były na mecie i w połowie trasy w lesie (ale i tak oszukiwali, widziałem ślady na piasku jak gdzieś zjeżdżali w nocy). Większość była tutejsza z okolic Warszawy. Czterech z Lublina i my z Kraka. Za metą 100m, była strefa zmiany. Tam zawodnicy z Solo schodzili i wchodzili, a z Duo lub z Quatro schodzili lub wymieniali się, tak jak ja z Dominikiem, co jedno lub dwa okrążenia. Tyle techniki 24h maratonu.

No to 12:00, Sobota 1 Lipiec. Start zaczyna się 100m biegiem do maszyn jak w wyścigu Le Mans. Kocioł jak zawsze w takich sytuacjach. Po starcie oczywiście grząski piach, raczej trzeba prowadzić rower (150m). Dalej trasa ma być łatwa. Lecimy tempem spacerowym. 3km asfaltu drogą wiejską, dodam, że pod wiatr, ale wszyscy lecą tam 30km/h. Ja muszę włączyć ETE i trzymać się korony widelca, by dotrzymywać tempa najlepszym. Lekkie wzniesienie, prędkość nie siada. Wszyscy tną równo. Przecież to 24h maraton, a nie XC! Skręt w lewo na przeklęty odcinek drogi szutrowo piaszczystej zwanej dalej k… tarką. Jeździły tędy chyba czołgi, spychacze gąsienicowe i wyrzeźbiły „miłą” nawierzchnie. Pękały uchwyty od bidonów, strzelały od rezonansu opony i obręcze, ramy przy zacisku sztycy, luzowało się wszystko, nie wspomnę o ujeżdżających. A jak zwykle nikt się nie przemęczał i tempo było „rekreacyjne” na tym odcinku.

Gdy to co najlepsze się skończyło, zaczyna się trasa bardziej MTB, chodź bardziej podobna do znanego rajdu Paryż-Dakar przez pustynie i gdzieniegdzie coś twardego. I nie porównuje tego rajdu do tego maratonu od tak! Momentami trzeba było się podeprzeć nogą, ale z biegiem okrążeń człowiek się uczył nawierzchni i po 4h już leciało się tędy 15km/h, a po 10h już 30km/h i dodam, że nocą. Noc i piach to zupełnie inna jazda na rowerze. A wszystko umilał wspaniały wiatr, najczęściej w twarz. Ogólnie noc była chyba najbardziej ciekawa, a w zasadzie najpiękniej było tuż po zachodzie słońca. Wiem, że zrobiłem wtedy najszybsze okrążenie ze średnią 27km/h.

I już niedziela. Wiele osób odpuściło około godziny 0:00 i poszło spać. Nie my, ponieważ nas tylko dwójka była. Z innego i innych punktu widzenia noc była: ciemna, straszna i ciężka. Głownie chodziło o brak jakiegokolwiek oświetlenia. Nawet księżyca nie było, no może 1,5km asfaltu było oświetlone i przy mecie 100m. W lesie biegały dziesiątki oczków miłych zwierzątek, w około czekały chmary komarzyc, które czyhały tylko, aż ktoś złapie gumę, co by z nim wymienić płyny. Dominik wyją dwie pineski, ale na szczęście w obozowisku, które było „zalane muchozolem” chroniącym nas skutecznie od różnych owadów. Istniało też niebezpieczeństwo zaliczenia drzewa, czy kamienia ów innych leśnych maratońskich niespodzianek. Trasa niby łatwa, jednak w nocy przy prędkościach 30-40km/h leśnymi ścieżkami po wycieńczających godzinach w upale, dla mnie była bardzo trudna. Oczy łzawiły z wysiłku, a trasa kręta, nierówna z korzeniami, wysoką trawą i piaskiem, Ciężko się wyprzedzało. Około godziny drugiej u mnie nastąpił kryzys. Miałem już wszystkie ubrania mokre. Duża wilgotność, zbiornik wodny przy obozie, wysiłek umilał nabywanie wody w odzież. Postanowiłem jechać w stroju cywilnym, co okazało się gwoździem do trumny. Chyba moje najwolniejsze okrążenie coś ponad 1h i średni poniżej 22km/h.

Na mecie w strefie zmiany 15-20 minut mijało mi na uzupełnianiu płynów, jedzeniu i zbijaniu tętna, które nie spadało niżej niż 120, a na trasie nie chciało się za bardzo bujać wyżej niż 135. Isostara i ciastek miałem już dość o 2:00. Marzyłem o herbacie, którą można było kupić, ale budżet nie pozwalał. Były dwa pseudo ciepłe posiłki na całe 24h. Makaron z sosem. Mnie udało się wytargować trzeci bez bloczka. Ogólnie bufety niesmaczne. Następne 10-15 minut to szybka toaleta. No i zostało jakieś 20 minut na leżenie, czy tam siedzenie w mokrych ciuchach i czekanie, aż Dominik przyjedzie. Zmienialiśmy się co jedno okrążenie, oprócz czterech pierwszych razów gdzie każdy z nas zrobił po dwie rundy z rzędu. Taki był wymóg, do klasyfikacji najszybszego okrążenia, gdyż liczyło się to drugie. Potem już zmienialiśmy się co jedną rundę. Dla nas to była chyba najlepsza taktyka.

Gdy raz czekałem w strefie zmian na 5 min przed przyjazdem Dominika, wystrzeliła mi dętka. Okazało się, że opona puściła od k.. tarki. Dobrze, że byłem w koszulce Krossa. Podbiegłem do ich stajni, kupiłem najtańszą Kendę za 20 zł i mi w 4 minuty wymienili. Podbiegłem do strefy wymiany i właśnie Dominik czekał.

Końcówka nocki była bardzo monotonna, pokryzysowa, mokra i zimna. Moje najgorsze godziny w życiu na rowerze. Widać wszyscy mieli wtedy kryzys, bo mało co wyprzedzałem i mało mnie wyprzedzało. Jak już ktoś wyprzedzał to głownie z Quatro – świeżaki. W nocy miałem kilka dzwonów, ale głównie chodziło o minięcie skrętu, a co za tym idzie glebę w krzaki. Zaspałem i przegapiłem jeden jadąc tą k…tarką, która wprowadziła mnie w stan hipnozy i nadrobiłem 1km. Olśniło mnie jak wjechałem na przyjemny równy asfalt, którego tam nie miało być i wtedy zawróciłem. Dodam też, że bardzo łatwo było zaspać i usnąć na ławce, czy w namiocie czekając na zmianę. Szczególnie, że mało spaliśmy przez ostatnie trzy noce.

Gdy wyszło rano słoneczko myślałem, że rzucimy się do odrabiania strat z nocy. Jednak nie było to takie łatwe jak się wydaje. Niby łatwiej, bo jasno, bez lampek i jakoś cieplej się robiło, ale jednak w nogach kilkanaście godzin w tych warunkach nie zostawiło takiej rezerwy. Ja postanowiłem postawić na jak największą płynność w jeździe, co przyniosło efekt. Co okrążenie podnosiłem średnią z 22, 22,5, 23, 23,5, 24, 25km/h. potem jednak już ostatnie dwa okrążenia, to walka z białym światełkiem w tunelu i utrzymaniem średniej 22km/h. Wyniki podawane były orientacyjnie co 3h od 18:00 więc każdy się bał o tyły. Z Dominikiem trochę zmyliliśmy przeciwników gdyż jechaliśmy pod nazwą CentrumRowerowe.pl w strojach Kross Racing Team, czasem innych, czasem po cywilu. Ale w końcu nas rozpoznali po numerze i zaczęli uciekać.

Co do wyników, od ogłoszenia pierwszych mieliśmy drugą pozycje w Duo. Nie było klasyfikacji Open gdyż jest ona bezsensowna. Straty do 1 miejsca, dodam, ze to Twomark Sram Giant Team I mieliśmy 23 minuty. Raczej nie mieliśmy ochoty ani sił na atak. Przecz to wycinaki dojeżdżające w 50 OPEN na maratonach. My zaś pierwsza 200 OPEN. Gorsze, że za nami było 6 drużyn ze stratą do nas 9, 10, 12… 16 minut. Najgroźniejsi byli: Leniwce (kilka drużyn), Posnet Polska, Schenker Team i takie tam inne wycinaki. No i zaczęła się gonitwa od 18:00 – 1:00. Po tej gonitwie mieliśmy ku naszemu zaskoczeniu 12 min straty do TWOMARK Sram Giant team I i odjechaliśmy pozostałym do 22 minuty. Ale co to jest 22 minuty… to jedna guma w ciemnym lesie i już jesteśmy na trzecim, czy czwartym miejscu, a pierwsze pudlo w życiu kusiło niesamowicie. Niestety potem właśnie nadszedł kryzys i wielki strach, ze się nie uda, że nas dogonią. Po 3:00 bardzo odjechał nam przestraszony Twomark i zrobił przewagę 44 minuty. My zaś nad pozostałymi mieliśmy jakieś 27 minut przewagi. Trochę goniących nas się wykruszyło. I głównie groził nam atak Leniwców. Od 6:00 do 12:00 to były najgorsze okrążenia do zrealizowania, ale nie najgorsze czasowo. I udało się dojechać na 2 pozycji. Giantowcy wsadzili nam kółko, a my za to Leniwcom też kółko!

Co do osiągów to przejechaliśmy razem 572 km czyli 26 okrążeń, po 13 każdy z nas. Jechaliśmy 24h bez 25min, gdyż nie było możliwe zrobić okrążenia w tym czasie. Średnie wahały się od 22km/h do 27km/h. Tu warto porównać sobie wyniki w poszczególnych kategoriach tutaj wyniki 2006, gdyby ktoś za rok chciał startować. A całe archiwum z 2006 roku z super galeriami tutaj

A co do tego czy za rok wystartujemy, to na pewno nie pojadę w Duo. Chętnie pojechałbym w Quatro, bo przynajmniej jest czas do wyspania i wyschnięcia. Myślę, że spokojnie moglibyśmy stworzyć bardzo mocną czwórkę i powalczyć o pierwszą trójkę, chodź może być więcej teamów i może być trudniej.

/A jednak się myliłem. Nigdy nie mów na pewno! Jedziemy znów razem w Duo z Dominikiem, tym razem z naszymi przyjaciółmi, którzy będą wsparciem technicznym i psychicznym./

Co do zawodów. Bardzo dobrze zorganizowane jak na pierwszy raz. Trasa mogła być bardziej MTB, ale niestety tam są tylko piaski. Bufety mogły być pożywniejsze. No i nagrody pozostawiają wiele do życzenia. Dwudziesto kilogramowy rower trekingowy Krossa za góra 400zł, za pierwsze miejsce w Duo plus to co za drugie. A za drugie tylko rowerzysta z metalu pospawany z miejscem wygrawerowanym i abstrakcyjna rzeźba rowerzysty z drewna. Chociaż oponę, bidon mogli dać, ale liczy się satysfakcja i pudło pierwsze w życiu. Miała być też loteria, a nie było. Miało być mycie rowerów, ale nie było. Lecz ogólnie była miła atmosfera. Gorąco zapraszam za rok.

Galeria

Zapraszam do obejrzenia naprawdę boskich galerii na stronie organizatora:
Galeria pierwsza
Galeria druga
Galeria trzecia

/I zapraszam 4-5 sierpnia 2007 na drugą edycje w tym roku do Nowego Miasta./

Łukasz Hubka

Wtedy:
Wspierani przez CentrumRowerowe.pl
Towarzysko zawsze z www.rowerowanie.pl
Dla siebie jako Different Stylee MTB Team

Ocena: (1)
0 komentarzy · 3899 czytań ·
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.