Maraton z Buta Krynica 07.07.07
Dodał(a): pocio
08 lipca 2007
Dzień jak każdy przed wyjazdowym maratonem rozpocząłem chrupkami z mlekiem około 5,15. Potem na parking i po zabraniu hokeisty dalej na Statoila po resztę załogi.

Około 6,30 byliśmy już w komplecie i pędziliśmy do Krynicy. Tym razem jechali ze mną: Ciaposo; Pit; Kubak: Skrzynia; Marcin i Hokeistamtb oraz rower Axiego.

Około 8,30 załatwiliśmy sprawy w biurze zawodów i zabraliśmy się do przygotowań do startu.
Jakoś dziwnie mnie się nie spieszyło. Postanowiłem stanąć z tyłu bo długi podjazd na poczatku i tak ustawi stawkę, a ja jeszcze odczuwam maraton w Krakowie.

Z dużym zdziwieniem zauważyłem o 10,30 stosunkowo mało osób na starcie. Spokojnie ustawiłem się na końcu, który po chwili stał się środkiem stawki. Przynajmniej na starcie będzie spokojnie. I było. do 2 km jechało mi się dobrze i ku własnemu zdziwieniu gnałem 30km/h pod górę w grupie. Czułem się dobrze i rozpierał mnie nadmiar energii. Niestety po chwili odniosłem wrażenie, że coś nie tak z moim siodełkiem. Dziób dziwnie zaczął mnie przeszkadzać. Zsiadłem z roweru (za co zostałem opiórczony przez Grzegorza) i zauważyłem, że znowu odkręciła się śruba mocująca siodełko do sztycy. No cóż trzeba poprawić. Jak długo trwało znalezienie kluczy w plecaku. W końcu się udało i mogłem jechać dalej.

Niestety poniesiona wtedy strata odbiła się na dalszej mojej jeździe. Wpadłem w grupę słabszych, gdzie podjazdy najczęściej robi się z buta, a to strasznie demobilizuje. Miałem moc i spokojnie dawałem rade wyjechać bez udziału młynka. Nie wiem dlaczego ale w zasadzie wystarcza mi 32/34. Przy młynku za bardzo się męczę a i rower tańczy niemiłosiernie na boki.
Pojawiło się błoto i w owczym pędzie zacząłem slalom między kałużami. Powoli dotarło do mnie, że o wyniku mogę zapomnieć. Techniczne zjazdy obnażyły bezlitośnie następna moja słabość. No cóż zacząłem sobie śpiewać pod nosem: „ Jestem leszczem, to widać”

Rozjazd na mini i tylko stojący na nim sędzia powstrzymuje mnie przed skróceniem mordęgi. „Z takim numerem na mini nie można”.

W końcu po karkołomnym zjeździe Tylicz i trochę asfaltu. Widze po prawej Lesława rozmawiającego z policją i rzucam bluzgami do Grzegorza za trasę po czym pokazuję kciukiem, że wszystko ok.

Teraz moim celem jest 1 bufet. Trochę za późno jak na moje potrzeby na 25 km. Cały czas myślę by się wycofać i wrócić do Krynicy. W końcu jest a kubek Powerade dodaje mi sił, w końcu połowa za mną więc dam radę. Jadę dalej.

Zaczyna się kraina 1001 i jeden strumieni. Pierwszy przejeżdżam z przyjemnością, trochę wyczyści się rower i opony, drugi jeszcze jest fajniej po czwartym z nich mam dość.

Nad jednym z nich spotykam Kasię walcząca z kołem, a konkretnie z dziurawa dętką. Nie chce mojej pomocy (wolała strażaka -:)

Dłuższy czas jadę z Andrzejem Pająkiem z bikeBoard. Teraz wiem, że to on choć na trasie wydawała mi się znajoma twarz, ale nie wiedziałem z kim personalnie rozmawiam.
Niniejszym pozdrawiam redaktora naczelnego nieistniejącego już Entera i autora kilku świetnych artykułów o GPS' ie w turystyce rowerowej.

W końcu jest kulminacyjny punkt programu. Podejście na Ostry Wierch.
Jest to punk programu z cyklu „Tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć i zobaczyć”
W oddali majaczy mi sylwetka Eweliny. Myślę sobie jest dobrze zaraz ja dojdę. Rzucam się twardo pod górę i prawa strona wymijam parę osób. Po kolejnym kroku zjeżdżam parę metrów w dół. Po następnych kilku mam dość. Do dalszego wysiłku mobilizuje mnie widok w dół. Po chwili już cala grupa porusza się w rytmie piosenki „kroczek do przodu, dwa kroki w tył...” Koniec? nie to tylko zakręt. Do góry pcha mnie nadzieja, że w górach bywa na ogół tak, że po podejściu jest zjazd.

I tak było i tym razem. Niestety ale szybciej i bezpieczniej było z niego zbiec. Potem kilka razy w górę i w dół. Na Około 35 km wyprzedza mnie Marek Galiński a po chwili Andrzej Kaizer. Widok jego twarzy mówi dobitnie o trudności trasy. Szkoda, że nie dało się tego sfotografować bo było to zdjęcie na okładkę.
Teraz w zasadzie poddałem się grupie z która jadę. Atmosfera pełnej przyjaźni. To nie są już rywale ale współtowarzysze niedoli. W zasadzie przestaje myśleć i jak widzę, że zsiadają na podjeździe to tez zsiadam. Cały czas noga podaje i tylko zawodzą umiejętności w błocie. na którymś z podjazdów mija mnie Paweł Urbańczyk dopingując. Dzięki. Rzucam w jego stronę, że jest 6 i dalej walczę z własnym organizmem.

Na zjeździe po łące katem oka widze pędzącego daleko po prawej M. Bieniasza. Czyżbym pomylił trasę? Nie są znaki. Tym razem to on skracał zjazd. Teraz nie dziwię się, że na początku zabłądził na zjeździe.

Dojeżdżają mnie dwie młode zawodniczki z numerami 1761 i 1137. Ambitnie walczą na każdym podjeździe z młynka. Utrzymuje się z nimi mimo, że częściowo biorę z buta podjazdy.
Na jednym z nich tragikomiczna sytuacja: jadąca z tyłu zawodniczka wywraca się i nie może wstać. Zatrzymuje się pomagam jej wstać podtrzymuje rower i wtedy udaje się jej wypiąć lewa nogę.

Nareszcie można trochę odpocząć. Fantastyczny zjazd nowo budowaną drogą w dół do Mochnaczki. Pędzę z prędkością światła tym bardziej, że mam szansę dojechać majacząca na horyzoncie Kasię.

Do mety coraz bliżej jest 50 km jazdy a ja nawet nie jestem na Górze Parkowej. Pytam ratowników ile do mety, a Ci odpowiadają, że 2 km. Następni, że 4 a jest 52km. Pocieszają mnie, że już jest płasko i z górki. Po chwili znowu podjazd. Na szczęście jeden z ostatnich.

Wjeżdżam na drogę na Górę Parkową i o mało nie mam czołowego zderzenia z Jeepem na krakowskich numerach. Kurcze nawet na polnych drogach te blachosmrody. Jest górna stacja kolejki i całoroczny tor saneczkowy. Przede mną trudna decyzja. Łatwa czy trudna trasa? Rozum podpowiada łatwą i potulnie go słucham. Po paru zakrętach jestem nad pijalnią o mało przed chwila nie rozjechawszy szkolnej wycieczki a potem dwóch patrolujących policjantów. Teraz tylko zjazd oczywiście ścieżka a nie po schodach i sprint po bruku do mety. Jest!!! dojechałem ! żyję! cały.

Mila rozmowa z Woodym, który zbiera chipy. Strasznie opornie idzie mi odpinanie go od nogi.
Potem już tylko parę rozmów z Grzegorzem i innymi z teamu, którzy ukończyli. No i muszę zaczekać na dekorację bo Hokeista ma pudło.
Niniejszym gratuluje Kasi 4 miejsca w kategorii.

Pakowanie rowerów i powrót do Krakowa.

Było tragicznie ciężko ale dałem radę. Za rok ja tu jeszcze wrócę i pokażę na co mnie stać. Takich maratonów się nie zapomina, o takich opowiada się dzieciom i kumplom przy piwie.

jechałem z numerem 4030 w zielonej koszulce teamu B@K Laguna rowerowanie.pl na bordowym Kells'ie Magnusie. Mój czas to 5 godzin 57 minut i 24 sekundy. Zająłem 387 miejsce w open i 47 w M4. Góry mnie zabijają, ale ja im jeszcze pokażę.

pozdrawiam

pocio

Ocena: (0)
0 komentarzy · 4229 czytań ·
Komentarze
08 lipca 2007 17:12:08
"Do góry pcha mnie nadzieja, że w górach bywa na ogół tak, że po podejściu jest zjazd.

I tak było i tym razem. Niestety ale szybciej i bezpieczniej było z niego zbiec."

hmm... akurat ten zjazd był dosyć łatwy... trudniejszy był choćby wcześniej w takiej "rynnie" wypłukanej przez wodę, wypełnioną kamieniami
08 lipca 2007 17:15:22
Nieładnie Pocio! " o takich opowiada się dzieciom i kumplom przy piwie" rozpijasz małoletnich?? :o
08 lipca 2007 22:27:20
Hej, z opisu i czasu widzę, że jechaliśmy gdzieś kolo siebie. Mój czas to 6:00:04 wiec widać, że dość słabo ale co zrobić jak w nogach już nie było. To mój pierwszy maraton w tym roku, a drugi w życiu, dlatego jakoś sobie to wybaczam ;). Pozdrawiam gorąco i ostrzegam, że w Głuszycy postaram się wyprzedzić hehe.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.