Maraton niedokończony - Zawoja 14.07.2007
Dodał(a): Piotr Furmański furman
17 lipca 2007
Czy wierzycie w przeczucie ? Może coś w tym jest ? W każdym razie ja po maratonie w Zawoji zaczynam wierzyć. Nie chciało mi się tam jechać. Start opłacony, piękna trasa, sportowe emocje i rywalizacja – wszystko przemawiało za, a jednak niechętnie wsiadałem do samochodu i wyjeżdżałem w stronę gór. Nawet piękna pogoda nie poprawiła mego nastawienia i jadąc myślałem tylko czy lecieć na mega czy może tylko odbębnić pańszczyznę i zrobić mini. Czułem się znużony i słaby, całą drogą walczyłem z ogarniajacą mnie sennością. Bez entuzjazmu załatwiłem formalności w biurze zawodów i pomału zacząłem przygotowywać się do startu.

Na starcie obok mnie Ciaposo również bez entuzjazmu podchodzi do tego startu. Gdy jednak peleton ruszył nie pozostało nic innego niż rwać razem z nim do przodu. Szybko zaczynają się podjazdy, z przodu Ciaposo systematycznie zdobywa kolejne pozycje. Staram się nie tracić go z oczu. Muszę przyznać, że wyjątkowo lekko mi się jedzie. Sztywne podjazdy robię bokami mijając cały czas kolejnych bikerów. Dopiero wąska droga pokryta błotem i kamieniami zatrzymuje mnie w tworzącym się korku. Niecierpliwi biegają gdzieś bokami lecz ja postanawiam spokojnie pokonać ten odcinek i nie tracić już na początku sił. Dalej zaczynają się już szutrówki i można mocniej przycisnąć, mija mnie Robert Baś i staje się teraz zającem, którego będę gonił.

Czuję się coraz lepiej, już rozgrzany, noga nawet podaje, serducho nie szaleje, a i płuca nadążają ze swą robotą. Robert trochę uciekł lecz gdy zaczyna się szeroka droga pokryta żwirem podkręcam tempo i systematycznie odrabiam metry. Jeden nieprzyjemny zjazd gdzie moje Pythony poddają się pokonuję obok roweru i już można lecieć w dół po kamienistej drodze. Trochę straciłem na tym zjeździe i teraz daję ostrzej do pieca. Naprawdę jestem zaskoczony dyspozycją i coraz częsciej myślę o GIGA. W zasadzie to już zdecydowane – nie mogę zmarnować takiej okazji. Szybko lecę w dół po kamieniach, wypadam na asfalt gdzie zaraz skręcamy w lewo na podjazd. Tutaj dopada mnie jakiś biker ( teraz wiem że to Emem ) i krzyczy, że zgubiłem kluczyki od samochodu będące w torebce podsiodłowej.

No faktycznie – nie jest wesoło. Zamek odsunięty do połowy. Nie ma kluczyków, nie ma również dokumentów od samochodu. Jak to mogło się stać ? To niemożliwe żeby solidny zamek sam się odsunął. Dużo do myślenie lecz teraz nie pora na to. Czuję się trochę oszołomiony. Co teraz robić ? Jak wrócić do domu ? Co z samochodem ? Co z planami na dalszą część weekendu ?
Wracam z rowerem i lukam po trasie szukając czegokolwiek. Podobno stało się to jakieś 3 km temu na zjeździe. Ładna perspektywa. Czy wogóle jest sens szukać ? Setki bikerów przemyka obok mnie z dużą prędkością zagrażając mi co kilka sekund. Nawet jeśli papiery wypadły na drogę to pewnie już dawno zdmuchnięte do rowu – a tam to mogę sobie do zimy szukać. Nie ma się co oszukiwać – czuję się fatalnie. Bez nadzieji prowadzę rower i staram się omiatać wzrokiem jak najdokładniej całą drogę. I wtedy staje się cud , mija już 20 minut gdy tak sobie spaceruję gdy wzrok pada na jakiś kształt. To dowód rejestracyjny, huk kamienia spadającego mi z serca wstrząsa całymi górami. Kilka metrów dalej ubezpieczenie i prawo jazdy. Prawie podskakuję z radości. Czy fortuna będzie mi tak sprzyjać, że i kluczyki od auta gdzieś się napatoczą ? Zatrzymuję się w tym miejscu i szukam dokładniej, idę w górę, potem wracam jeszcze raz. Niestety tym razem bez efektów. Już mija prawie godzina kiedy tak łażę bez skutku.

Szybkie podsumowanie sytuacji. Najpierw tzreba dotrzeć na metę. Wracam do rozjazdu na Mini i zjeżdżam do Zawoji. Akurat w tym samym czasie szosą w dół leci Ciaposo i Sławek Łabuziński. Macham ręką żeby jechali dalej, a sam dojeżdżam na miejsce startu. Tutaj kilka chwil na zastanowienie się. Nadal nie jest wesoło. Mam rower + dokumenty na samochód + narzędzia do roweru. Nie mam telefonu, nie mam kasy, nie mam kluczy od domu, że o karcie do bankomatu nawet nie wspomnę. Mało tego, nie pamiętam nawet numerów do osób które mogły by mi pomóc w tej sutuacji. Zresztą co by to dało, nawet jeśli ktoś zaoferuje się z przywiezieniem zapasowych kluczy z domu to żona w pracy jest. Czekać na resztę zielonej ekipy ? Nawet jeśli awaryjnie wezmą mnie do auta to przecież nie wyjadą wcześniej jak koło 17-18. Zegarek wskazuje 13.30

Wiele myśli i wariantów rozwiązania tej sytuacji przychodzi mi do głowy ale wszytsko jednak wskazuje na to iż najrozsądniej będzie jak najszybciej dotrzeć osobiście do domu. Plan jest następujący. Śmigam do Makowa, tam pakuję się do pociągu. Nie mam kasy na bilet ale przecież konduktor mnie nie wyrzuci. Pomału zjeżdżam do Skawicy. Z daleka widzę przejazd kolejowy z opadającym szlabanem. Dopiero po chwili dociera do mnie ten fakt. Opada szlaban – jedzie pociąg. O ile się orientuję to jeśli jedzie to do Krakowa. Wpinam blat i szybko dojeżdżam do przejazdu. Szlaban zamknięty , obchodzę go bokiem ale na przrejście już za poźno. Wolno toczy się osobowy skład z dużym napisem na białej tablicy - KRAGÓW GŁÓWNY.

Gdy tylko przejeżdża rzucam się w pogoń. To osobówka, ledwo się toczy, wjeżdża na most nad rzeką i widzę go po lewej stronie. Daję ma maxa, droga odbija w prawo i zaczyna się lekko wznosić, w oddali już zabudowania Makowa. Nie zatrzymuje mnie czerwone światło i rozpaczliwie szukam stacji kolejowej. Na pewno jest po lewej, zjeżdżam na chodnik i skręcam w pierwszą przecznicę, jest budynek stacji. Sapiąc głośno dojeżdżam do niego i widzę kilka osób z bagażami idących od strony peronu. ZA PÓŹNO ! Wpadam na peron i tylko odprowdzam wzrokiem znikający za zakrętem skład. Jest godzina 14. 00 na rozkłądzie kolejny pociąg do Krakowa odjeżdża o 16.10 - ponad 2 godziny.

Matematyka jest bezwzględna, mam 2 godziny czasu , do tego kolejne 2 godziny w pociągu. Nie ma sensu czekać, szybciej zajadę na rowerze. Mijam Suchą i w Zembrzycach skręcam na Sułkowice. Droga jest przyjemna nawet, nie ma gór i mogę trzymać dobre tempo. Nie szarżuję za bardzo bo prowiantu mam zero. O ile bez jedzenia wytrzymam to już wiem, że bez picia się nie obejdzie. Starszy pan pracujący w ogródku przy domu z uśmiechem nalewa mi chłodnej wody do bidonu i zagaduje. Do Krakowa mam 40 km. Udziela informacji o ewentualnych opcjach powrotu do Zawoji.

Przed Sułkowicami większy podjazd ale nie zjmuje mi więcej niż kilka minut.
Znów muszę żebrać o wodę, tym razem już w Radziszowie. Gdy jadę już ścieżką do Tyńca dostrzegam dziwne spojrzenia innych rowerzystów. Szybko dociera do mnie co jest grane. Wśród niedzielnych rowerzystów wolno toczących się na swoich makrokeszach wzbudzam małą sensację. Numer startowy na kierownicy, na plecach chip, rower uciorany w błocie, ja również przypominam bardziej ogra niż człowieka. Zgrzany, sapiący nie pasuję do tego towarzystwa. Spotykam Mikołaja Menke, który nie kryje zdumienia moją obecnością w tych okolicznościach.

Szybka opowieść całej historii i już lecę na Kopernika do żony po klucze od domu. W domciu rzucam się na picie i jedzenie. Połykam jakąś zupę zagryzając suchym chlebem i zachłystuję się wodą. Potem rozmowa z sąsiadem i ulga gdy zgadza się na kurs do Zawoji. Żołądek już wypełniony na maxa ale nadal czuję głód oraz ogromne pragnienie. Dziwne to gdy chce się pić ale już nie zmieści się więcej.
W aucie szybko zaczynam odfruwać. Przychodzi odprężenie, oczy zaczynają się kleić..
Gdy dojeżdżamy na miejsce już tylko niedobitki maratończyków robia w sklepach ostatnie zakupy przed powrotem do domu. Ja też kupuję zimnego Red Bulla i sącząc pomału wracam do domu.

Piotr Furmański

Ocena: (1)
0 komentarzy · 3381 czytań ·
Komentarze
17 lipca 2007 22:07:02
moje gratulacje Furman musze powiedzieć, że niezły mialeś maraton z Zawoji do Krakowa. Szkoda tylko, że nie przejechałeś mety bo wtedy były by punkty do klasyfikacji drużynowej.
07 sierpnia 2007 07:00:08
O żesz w mordę... Co za pech, wyrazy współczucia. Dobrze, że żona ze mną jeździ i wszystkiego pilnuje. Z resztą jeżdżę z plecakiem i wszystkie papiery oraz kluczyki wożę w nim, jeśli żony akurat nie ma.
07 sierpnia 2007 13:46:52
ale jaja - dopiero teraz to czytam - no współczuje szczerze i nie zazdroszczę stresu. Ja zawsze kluczyki daje szybszym kolegom :-) - jak cos to im urwę głowę ;-)
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.