Z wielkim niepokojem obudziłem się o 5:00 rano. Jaka będzie pogoda. Czy będzie zimno. Czy da się jechać? Same pytania. W pamięci majaczył zeszłoroczny błotny maraton.
Wstałem zapakowałem auto i jazda po furmana, potem pita i AndyLo. W między czasie dowiedziałem się, że nawet w sobotę o godzinie 6:40 w Krakowie są korki w okolicach mostu Dębnickiego. Reszta podróży przebiegała już sprawnie.
Około 8:30 po zajęciu miejsca na parkingu przed pływalnią udaliśmy się do biura zawodów.
Ku naszemu zdziwieniu zza chmur przebijało się słońce. Zaczęło robić się coraz cieplej.
Grzesiek żartował by nie zapomnieć zabrać ze sobą wody do polewania by nie kurzyło się na trasie. Potem okazało się, że miał rację.
10:00 a na starcie nie ma nikogo. W końcu koło 10:30 było już za kim stanąć. Na starcie równie sympatycznie jak w Krynicy nie ma tłumów. Atmosfera pełnego pikniku a zarazem niepokoju. Co będzie na trasie?
Nie ma co prawda historycznej kałuży na wyjeździe ze stadionu ale ...
W końcu ruszamy i od razu po ostrym zakręcie w lewo cała naprzód. Ja tam zaczynam powoli by nie zagotować na pierwszych 9 km bo i tak pierwszy podjazd będzie z buta, a siły trzeba zachować na resztę trasy. Nieustannie mijają mnie usiłujący wyprzedzić czołówkę bikerzy i nagle zaczyna tworzyć się między mną a poprzedzającymi przerwa. Ale nie daję się podpuścić i wytrwale utrzymuje swoje tempo. Ku mojemu zdumieniu wyprzedzam MiśQ. Chyba mnie podpuszcza. A może to jednak mam jakieś wizje. Już teraz na 3 km?
Za chwile sytuacja wraca do równowagi tzn MiśQ zajmuje miejsce przede mną w stawce i znika w tle.
Po zjeździe z asfaltu i slalomie na szutrze między kałużami wjeżdżamy w las. Teraz zaczyna się wyścig.
Pierwszy podjazd zgodnie z przewidywaniem. Starym sprawdzonym sposobem na butach bokiem wymijam idących. O jeździe można oczywiście zapomnieć. Chwila jazdy i znowu podjazd. Tym razem znowu mam zwidy, że mijam Kasię. Za chwilę mijam Miśka po raz drugi. To chyba jednak nie halucynacje. Przynajmniej tu mam więcej siły. Teraz tylko uciekać i nie dać się złapać.
Zaczynam łapać rytm jazdy i teraz to ja wyprzedzam.
Podjazd pod stok narciarski. W tym roku jadę. Nie jest źle nie ma tłoku i noga podaje. Wyjadę nie wyjadę? Nie wyjechałem tuz przed pierwszym szczytem jadąca przede mną dziewczyna poddała się. Z uśmiechem mijam ją na butach i jazda w dół. Na tym zjeździe pierwszy raz mylę drogę. To wina stojących rowerzystów, naprawiających koło.
Potem zejście pod most i przejście koło płynącej rzeki na druga stronę jezdni,
Bufet i kubek Powerade i jazda dalej.
Chwilę potem dość trudny zjazd oznaczony trzema wykrzyknikami. Odpuściłem go oceniając swoje umiejętności tylko na podstawie oznakowania. Potem będę żałował bo byłem go w stanie zjechać. Chociaż to tu miał miejsce zabawny przypadek, ktoś wezwał karetkę do złamanej ramy Booblighta. Jakkolwiek dla zainteresowanego to i tak nie jest pocieszenie ale przynajmniej obsługa medyczna czuwała.
Długi odcinek w miarę po równym. Było parę chopek ale bardziej utkwiła mi jazda po werdepach. Było to również miejsce gdzie dwukrotnie się zajechałem myląc drogę. I tym samym tracąc mozolnie wypracowane pozycje.
Drugi bufet i tankowanie do bidonu.
Jedzie mi się dobrze i moc jest cały czas ze mną. Ciągle jadę w jakieś grupie i ciągle udaje mi się od niej oderwać i dojeżdżać do następnej przede mną.
Na 37 kilometrze zaliczam dość spektakularną glebę. Po zjeździe na zakręcie w lewo przednie koło odjeżdża w bok a ja ląduję na lewej stronie. Prawa noga tkwi wpięta. Próbuje ja wyszarpnąć z pedału, ale w końcu rezygnuję staję z rowerem i jadę dalej. Sądząc po reakcji jadącego za mną rowerzysty musiało to wyglądać nie najciekawiej.
Kiedy już zaczynam myśleć o mecie znowu zaczyna się seria podjazdów. To tak na dobicie już zmęczonych. Na zjazdach porobione skocznie które trzeba omijać. Kilka kałuż przez które bez większych problemów przejeżdżam. Jeszcze tylko kawałek na butach pod górę rozjazd Giga Mega.
A może jednak pojechać Giga bo otwarte?
Nie tym razem. Skręcam spokojnie do mety. Przejazd przez podwórko i asfalt w dół. Tak się ucieszyłem, że zapomniałem o jeszcze jednej przeszkodzie jaką jest pokonanie dwupasmówki na Kielce. Na zjeździe pod wiadukt wyprzedziło mnie dwóch bikerów. W tym miejscu ?
No jeszcze powalczę ale oni też już czuja bliskość mety i nie chcą odpuścić. Mają farta bo znowu zapominam o miejscu skrętu na stadion. Na chodniczku do mety już jest za mało miejsca by powalczyć.
Na mecie Grzegorz zamiast gratulować wita mnie miłym
co ty tu robisz? Nie za wcześnie?
No cóż jechało mi się nieźle, zgona nie zaliczyłem a tylko te kilka pomyłek na trasie zaważyło na wyniku. Trasa wybitnie układana dla mnie. Może to śmieszne ale odpoczywałem na podjazdach by na płaskim i zjazdach ciężko pracować. Uzyskany wynik (miejsce i czas) uważam za najlepsze w tym sezonie. Warto było harować w zimie i w ciągu roku.
Jechałem na bordowym Kellysie Magnusie w zielonym stroju B&K Laguna rowerowanie.pl z numerem 4030.
pozdrawiam
pocio
Relacja z maratonu w Nowinach w dniu 8 września 2007 roku.
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.