Maraton w Bardzie
Dodał(a): pocio
12 maja 2008
mycie rowerów
Jaki stary taki …. ?

Chyba ze mną jest coś nie tak. W wieku 43 lat wstaję niczym nastolatek o 3:30 jak bym miał jeździć jako motorniczy w MPK. Następnie niczym taksówkarz zwiedzam Kraków by około 5:55 zameldować się na bramkach autostrady.
Ale musi coś w tym być bo nie jestem sam. U mnie w samochodzie jeszcze są trzy osoby, a tych samochodów z Krakowa pojechało kilka.
Co jest w tych maratonach, że chce się tak męczyć?

Do startu w Bardzie podchodziłem bardzo poważnie i z olbrzymim respektem. Nie znam tej trasy. Znam krążące legendy i ciągle w pamięci mam wypadek Lesława z Karpacza. Jestem pozytywnie nastawiony do startu ale mam obawy, czy aby nie za ostro w czwartek pojeździłem. Co tam w końcu to ciągle okres przygotowawczy, a start to kolejny trening.

Po dotarciu na miejsce zawodów i odbiciu numeru celem zapisania się do wyścigu zacząłem naukową dyskusję jak się ubrać. Na horyzoncie majaczyła góra Kurzynie pod którą w czasie maratonu będziemy się wspinać. Ale wysoko. Niestety podjąłem złą decyzję i ubrałem się dwuwarstwowo w dodatku pierwsza warstwa z długim rękawkiem. Jestem jakiś przymulony, senny. Wsiadłem na rower i zaczynam kręcić się po okolicy. Jest 15 minut do startu i zaczynają się pojawiać pierwsze osoby w sektorze. To jest pełna kultura. Nie ma pseudo ścigantów stojących ponad godzinę tylko po to by na pierwszym podjeździe zablokować przejazd bo już się zmęczyli i całą szerokością pchają rowery.

Znając swoje miejsce ustawiam się na samym końcu i spokojnie startuję. Jedzie mi się dziwnie jestem zmęczony i organizm sprawia wrażenie, że śpi. Powoli łapię swój rytm i wyprzedzam Staszka, a chwilę potem Darka. Jest dobrze. Zaczyna się tasowanie z grupą zawodników, które będzie trwać już do końca. Kiedy nareszcie udaje mi się od nich odskoczyć wydarza się pierwsza wpadka. Na skręcie w okolicach 6 km skracając trasę nie mieszczę się w drodze i staram się przejechać po trawie. W ostatniej chwili zauważam rów i ląduję w nim z rowerem. Nie speszony szybko się zbieram i na zjeździe zauważam brak licznika. Znowu. We Wrocławiu tez spadł mi przy upadku. Zatrzymuję się i wracam poszukać go do miejsca upadku. Po drodze mija mnie Darek, a potem Staszek. Oczywiście licznika nie znajduję i wracam na trasę. Szkoda czasu i jak teraz jechać? Zostaje pulsometr i wyobraźnia. Wściekły, zarzekający się, że kończę z maratonami zaczynam jechać pod górę.

Cała motywacja ze mnie uszła.

Widok Staszka przywrócił mi chęć dalszego ścigania. Znowu go mijam i powoli zaczynam łapać rytm. Widoki z trasy są cudowne, ale brakuje czasu na ich kontemplację. Wyciągam batona i wsuwam go z mozołem. Przy drugiej połowie wypada mi ząb. No to mam już całkiem dość na dzisiaj. Więcej strat nie przeboleję. Na szczęście udaje mi się odnaleźć go i schować do kieszonki. Jak dobrze, że go nie połknąłem.

Zjedzony baton dodał mi wyraźnie sił a mijany bufet i Powerdare przywróciły wiarę w sens dalszego ścigania. Tym bardziej, że nastąpiły zjazdy.

Co to za poezja sunąć w dół szutrowymi dróżkami z dużą szybkością. Co jakiś czas świadomość jazdy po trawersie powoduje mocniejsze naciśnięcie klamek. Jakoś odsuwam od siebie obraz który dyktuje wyobraźnia. Ta stromizna zaraz za drogą, w dół jakoś nie pozwala na pełne szaleństwo. No ale zjazd ma to do siebie, że na ogół jest po nim podjazd. Na tym drugim długim podjeździe dojeżdżam Darka i po raz kolejny go wyprzedzam.. Zaczyna się mozolna wspinaczka i chciwe poszukiwanie drugiego bufetu.

W końcu jestem na szczycie i doszedłem grupę z którą jechałem przed zawróceniem po licznik. Teraz już tylko zjazd.
Ale on się ciągnie i co chwilę skręt to o 90 to o 180 stopni.

Poezja Mtb.
To po to człowiek się wspina pod górę by mógł teraz rozkoszować się zjazdem. Trzeba uważać bo zdarzają się kałuże, strumienie i kamienie ale jest miło. Grupa przede mną na jednym z zakrętów jedzie prosto zamiast w prawo. Nie mam siły by krzyknąć, że źle jadą. Długi czas jadę sam i zaczynam mieć wątpliwości, czy na pewno jadę po trasie. Na szczęście widzę kolejną strzałkę.
Na dole spotykam grupkę szukającą trasy idącą pod prąd. Zawracam ich i jadę razem.
Nie wiem czy im zazdrościć czy współczuć. Ominęli najniebezpieczniejszy jak dotąd odcinek trasy, zjazd po błocie i kałużach.

Na drugim bufecie daję dętkę potrzebującemu zawodnikowi i rzucam się w ostatni wysiłek do mety. Jest blisko jakieś 6 km najpierw pod górę, a potem drogą krzyżową w dół.
Na zjeździe mam pecha tłum turystów w który wpadam z okrzykiem Uwaga!!!.

Niestety ale oni idą tą częścią szlaku, którą się lepiej by zjeżdżało. Mijam Renię i wypadam na asfalt. To już blisko meta więc ile fabryka dała.

Ale w tym cyklu maratonów nie jest tak prosto dotrzeć do mety. Tuż przed stadionem fragment przejazdu przez park, który przy tym zmęczeniu jest traumatycznym przeżyciem.

W końcu zjazd na boisko i pasjonujący finisz i walka z Agnieszką Sobczak, który przegrywam o grubość opony przez zbyt twarde przełożenie w ostatnim momencie. O jeden ząbek za dużo.
Jestem cały żyję a tego co zobaczyłem i przeżyłem nie da się opisać.
Człowiek to jednak zmienna bestia. Przeszło mi już i planuję następny start.
Znowu zadaję sobie pytanie co jest w tych maratonach, że dorosły człowiek spędza 7 i więcej godzin w samochodzie by móc pokatować się przez około 3 godziny?


Jechałem za numerem 4147 na bordowym Kellysie Magnusie w zielonej koszulce teamu B&K Herbapol rowerowanie.pl
Oprócz mnie w maratonie „zielonych” reprezentowali: AndyLo; cross, Kubak, Roza i Darek oraz na giga: ciaposo; Lukas i neeq.
Gratulacje dla Rozy za pudło oraz ciaposa i Kasi za 4 miejsca.

pozdrawiam
pocio
Mariusz Potok

Ocena: (2)
0 komentarzy · 3753 czytań ·
Komentarze
12 maja 2008 14:09:37
Na skręcie w okolicach 6 km skracając trasę nie mieszczę się w drodze..
No nieźle pocio :D Nie dość, że skracasz trasę to jeszcze się do tego publicznie przyznajesz !!:D
12 maja 2008 14:16:08
Wyciągam batona i wsuwam go z mozołem. Przy drugiej połowie wypada mi ząb.

cóż, to tylko potwierdza, że żele są lepszym wyborem na maraton ;)
12 maja 2008 14:23:30
kurcze jeszcze człowiek nie zdąży zobaczyć co napisał, a tu komentują ;);(
12 maja 2008 16:11:25
ta wpadka do rowu i historia z zębem to kara za skracanie trasy:)
12 maja 2008 19:05:57
... wypada mi ząb. Na szczęście udaje mi się odnaleźć go i schować do kieszonki. Jak dobrze, że go nie połknąłem.

i może to był błąd. Teraz mógłbyś powiedzieć że na MTB to już zęby zjadłeś. :)
12 maja 2008 21:06:11
Na szczęście udaje mi się odnaleźć go i schować do kieszonki

Kolekcjonujesz zęby ? :D
13 maja 2008 09:32:49
..od dawien dawna wiadomo że słodycze rujnują zęby ...:)
14 maja 2008 00:11:30
Jak widać winna jest druga połówka batonu. Trzeba więc je łykać w całosci.tak
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.