Maraton w Boguszowie Gorce 17 maja 2008.
Dodał(a): pocio
19 maja 2008
roza na dekoracji
Po co ja tam jadę. Trzeba wstać o 3 rano i gnać co najmniej 4 godziny by wystartować w wyścigu na trasie, która będzie łatwa ?
Może jednak warto wystartować w cyklu BikeMaraton?

„Już czwarta nad ranem ...” z tymi słowami na ustach wyruszam z pod domu po kolejnych zapaleńców, którzy będą towarzyszyć mi w drodze na maraton. Tym razem jada ze mną Neeq; roza i Lukas. Bramki autostrady mijamy o 5,14 i dalej dość szybko nam idzie. Z całej drogi pamiętam tylko przejazd przez Wałbrzych jako coś koszmarnego. Dobrze, że mieliśmy zapas czasu.

Do Boguszowa docieramy przed 9,00.
Natychmiast udajemy się na stadion do biura zawodów. Jako, że jestem tam pierwszy raz z dużym respektem podchodzę do nachylenia podjazdu pod stadion. Ciężko podejść na butach, a co dopiero podjechać?

Jestem zjeżony ale trudno. Jak się jest w malej miejscowości i w dodatku górskiej to trudno się dziwić. Dobrze że z miejsca postoju nie mam tak daleko.

Po ubraniu się w piżamkę (tak syn mojego kumpla nazywa stroje kolarskie) udaję się na start. Nauczony doświadczeniem z Bardo przejeżdżam ostatnie metry trasy. Niestety lenistwo nie pozwala sprawdzić jak długi jest ten ostatni podjazd. A może to i lepiej?

Wracam na start i powoli ustawiam się w swoim sektorze. Szukam cienia bo słoneczko ostro przypieka.
Start idzie w miarę sprawnie i udaje mi się wyjechać bezproblemowo ze stadionu.
Potem mija mnie ciapek zdziwiony, że aż tak rekreacyjnie jadę. Oglądając profil trasy założyłem, że dopiero po pierwszym bufecie zacznie się ściganie i podjazdy. Teraz należy tylko przetrwać bez defektu i upadku do tego czasu.
Pierwsze kilometry pokazują, że miałem rację. Pobocza wyścielone są osobami zmieniającymi dętki. W końcu mijam Olę z Mixa. Skończyła już wyścig i spokojnie rozmawia przez komórkę. Nawet nie miałem czasu zapytać co się stało.

Na podjazdach czuję się dobrze i mozolnie wyprzedzam. Na zjazdach ci sami ludzie wyprzedzają mnie. Może pora zacząć trenować zjazdy?

W końcu nadchodzi podjazd prawdy 10 km. Kiedy mijam po raz kolejny tych samych zawodników rzucam „ maratony wygrywa się na podjazdach” by po chwili dorzucić „ a przegrywa na zjazdach”
Jeden nawet potakuje.
Na całe szczęście wielu bikerów wyprzedzam już po raz ostatni.
Na bufetach staję bo albo nie ma kto mi podać kubka z Gatorade albo nie ma gdzie go za bufetem wypić.

Na drugim długim podjeździe mijam Maćka Grabka i gratuluje mu udanej trasy maratonu.
Faktycznie jest to w mojej ocenie najlepsza trasa jaką jechałem w tym cyklu maratonów.
Brak korków, dobre oznakowanie (poza jedna strzałką nakazująca skręt za nią, a był przed nią)
Mało asfaltu. Ale jak dla mnie za dużo. Na jednym takim odcinku przejazdowo wypoczynkowym o mało nie ląduję w rowie. To efekt chwilowej dekoncentracji.

Jak jest podjazd to musi tez być zjazd. Te w Boguszowie były szybkie szerokie i nie zbyt trudne technicznie ale wymagające dużej koncentracji. Błoto będące skutkiem nawałnicy, która dzień wcześniej przeszła nad Wałbrzychem mocno utrudniało zjeżdżanie. Na podjazdach i prostych zabierało siły. Niby jest równo, a coś wysysa z Ciebie energię.
Mimo trudnej trasy jedzie mi się dobrze i ambitnie podjeżdżam pod każde wzniesienie. Poza jednym ale tam wielu z rozsądku podchodziło.

W końcu wypadam z lasu i przez moment majaczy mi śliczny widok przed oczami. To już chyba meta niedaleko.
Mijane dzieci mówią, że zostało do niej 6 km. Pamiętam, że ma być jeszcze pod górę ale na razie staram się o tym nie myśleć. Czuję trudy pokonanej trasy. Ale damy radę.

Zbliżam się do Boguszowa i zaczynam słyszeć dźwięki ze stadionu.

I tu przypomina mi się żeglarska klątwa „szanty powrotnej”, albo znane powiedzenie „ już był już witał się z gąską”

Wjeżdżam do parku i już wiem że jeden podjazd i będę na mecie. Nie wiem tylko ile ten podjazd ma. Gdzie on się kończy? Kurcze ja już nie mam siły a tu tylu fotografów stoi. Przed sama metą mieć zdjęcie jako turysta z pchanym rowerem?
Nie na taka wpadkę pozwolić sobie nie mogę. O dziwo widzę, że inni już nie maja sił by jechać a mnie się jeszcze udaje. Na cale szczęście każdy podjazd kiedyś się kończy i można odpocząć na niewielkim zjeździe na stadion. Trzeba tylko uważać by zmieścić się w bramie.
UFF!!! udało się. Nie mam już siły by finiszować ale nie ma w pobliżu nikogo z mojej kategorii więc spokojnie mijam linie mety.
Mój czas to 3,29
Liczyłem na lepszy ale obiektywie był to mój najlepszy górski maraton (nie dotyczy wyścigów płaskich typu Wrocław)

Jechałem na bordowym rowerze Kellysie Magnusie z numerem 345 w zielonej koszulce teamu B&K Herbapol rowerowanie.pl

pozdrawiam

pocio
Mariusz Potok


p.s.

Podobało mi się:
ilość uczestników
kultura w tej części peletonu w której jechałem
sektory startowe
trasa maratonu
oznakowanie
pomiar czasu i szybkość podania wyników


nie podobało mi się:
mycie ..

twardy ryż
źle zorganizowane stanowisko do mycia rowerów
umiejscowienie parkingu i miejsca startu.
nie dostałem sms'a z moim wynikiem


p.s. 2

No i najważniejsza rzecz z wyjazdu na maraton to kawa wypita do obiadokolacji w Wojkowicach. Wtajemniczeni wiedzą o czym piszę. To jest miejsce, którego brakuje mi zdecydowanie po wielu maratonach.


Ocena: (2)
0 komentarzy · 2941 czytań ·
Komentarze
20 maja 2008 00:24:09
W Wojkowicach to najlszepsze są Flaczki!

A zamiast ryżu potem był makaron. Ja jak zwykle zjadłem 4x.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.