Ten weekend jako kolejny już w tym roku obfitował w imprezy gdzie można było zobaczyć zielone koszulki. Niestety w Krośnie pojawiła się tylko jedna, chociaż jeszcze niedawno wydawało się, że będzie ich więcej . Jednak splot przeróżnych wypadków „dosłownie” sprawił, że pojawiłem się tam tylko ja co nie znaczy, że czułem się samotny. Bardzo dużo znajomych twarzy, miło pogadać można i wspólnie się pośmiać. Takie lokalne zawody rządzą się własnymi prawami, a obok rasowych wycinaków można zobaczyć całkiem przypadkowych ludzi, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę ze ściganiem lub wręcz traktują takie zawody jako zabawę. Sam mam już kilkuletnie doświadczenie i tym razem, właśnie tutaj była okazja żeby z niego skorzystać. Czy się udało – sami ocenicie.
Początek to wybór długości trasy. Tutaj w moim przypadku nie ma alternatyw. Od początku jeżdżę długie dystanse i teraz nie mogło być inaczej. Druga sprawa to przegląd trasy i dobór odpowiednich opon. Trasy nie jechałem wcześniej ale miałem przegląd terenu ze startu w roku ubiegłym więc wiedziałem czego mogę się spodziewać. Większość trasy biegnie szosą oraz po szutrówkach. Odcinki terenowe są wprawdzie błotniste i grząskie ale stosunkowo łatwe technicznie i krótkie. Wybór był oczywisty – ten maraton będzie rozgrywał się przy dużych prędkościach i należy dążyć do tego aby ułatwić sobie to zadanie. Wybór padł na Pythony i teraz już po zawodach mogę powiedzieć, że był to strzał w dziesiątkę. Kolejna sprawa to położenie bufetów i symulacja przybliżonego czasu przejazdu. Wyszło około 3 godzin. Obejdzie się bez korzystania z bufetowego jedzenia. Trzeba będzie zatankować ale za to nie ma potrzeby brania dwóch bidonów i wożenia zbędnego ciężaru.
To tyle co mogłem zrobić przed startem, teraz pozostawała już tylko jazda. Start honorowy wcale nie był honorowy i od razu zamienił się w ostre ściganie. Karambol zaraz po wyjechaniu ze stadionu , a potem już jazda na blacie i pilnowanie żeby czub peletonu nie odjechał za bardzo.
Jak jechać gdy obok przelatuje 12 latek w adidasach deptając na stojaka ?
Jak jechać gdy jadąc ponad 40 km/h widzisz plecy poprzednika oddalające się w tempie kilku km na godzinę ?
Jak jechać gdy widzisz znajomych daleko z przodu jadących tuż za liderem ?
Jak jechać gdy na pierwszym podjeździe zostajesz z tyłu i obserwujesz szarżujących konkurentów ?
To właśnie ten moment, który może decydować o całym wyścigu. Nie sztuka przecież pojechać na maxa te kilka kilometrów. Nie sztuką jest dać porwać się w szaleńczy wyścig i „umrzeć” po 20 minutach jazdy. Jest siła i ochota jednak tym razem postanowiłem trzymać się opracowanej taktyki. Jak to jednak zrobić aby nie stracić za dużo na pierwszych kilometrach, a jednocześnie zachować siły na dalszą część dystansu. Nie pytajcie jak to zrobiłem. Nie odpowiem bo…bo sam tego nie wiem. Po prostu jechałem tak aby się nie zarżnąć, a jednocześnie tak aby trzymać dobre tempo. Pomógł mi w tym Gryszu ( Jakub Gryzło), który jeździ na podobnym poziomie i jego obecność obok dawała znać o mojej obecnej dyspozycji.
Tak mijają pierwsze kilometry. W miarę pokonywanie kolejnych podjazdów peleton się rozciąga, dzieli i urywa na grupki. Gdy wjeżdżam na pierwsze szutrówki już luźno i można jechać swoim tempem wybierając najwygodniejszy tor jazdy. Szutry szybko się kończą i zaczynamy brodzić w błocie. Jak wyglądają leśne drogi służące do zwózki drewna po kilkudniowych i intensywnych opadach deszczu nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. Opony moment zaklejają się błotem i zaczynają tańczyć na boki lecz trasa nie jest arcytrudna technicznie i udaje się zapanować nad rowerem. Sporo chodzenia, omijania kałuż, kolein, zwalonych drzew itp. Kilka stromych podjazdów i bodajże ze dwa zjazdy wymagające skupienia. Tutaj pomimo słabych opon udaje mi się odskoczyć od kilkuosobowej grupy pościgowej siedzącej mi na plecach. Nie zjeżdżam jakoś rewelacyjnie jednak na tyle dobrze aby udało się wypracować kilkaset metrów przewagi.
Gryszu już odskoczył ale po chwili pojawia się na kole. Pobłądził - na szczęście szybko wrócił na trasę i teraz znów pomału odjeżdża. Mija już godzina jazdy i wchodzę na odpowiedni rytm. Teraz trzeba jechać swoim tempem gdyż do mety jeszcze daleko. Zaraz, zaraz – po godzinie warto coś wrzucić na ruszt ! Picie to wiadomo, popijało się co chwila gdy tylko warunki terenowe pozwoliły na oderwanie ręki od kierownicy. Nie chce mi się jeść, a na myśl o słodkim batonie już mnie mdli. Trzeba jednak jakiegoś paliwka zatankować więc z trudem wcinam połówkę batona.
Kończy się terenowa część maratonu. Szybki zjazd po kamiennych płytach i już mogę wsłuchiwać się w szuranie Pythonów, teraz będą moimi sojusznikami. Wiem o tym i staram się korzystać. Nie ma zmiłuj, musi boleć ! Trzeba cisnąć ile fabryka dała. Kilometry mijają równie szybko jak zmieniający się krajobraz i tabliczki z nazwami miejscowości. Prędkość rzadko kiedy spada poniżej 40km/h. Szybko zaczynam wysychać, spierzchnięte usta co chwilę domagają się łyka wody. Kilku sekundowy postój na bufecie i z pełnym bidonem lecę dalej. Jeszcze tylko rzut oka do tyłu i już łańcuch kręci się na blacie. Teraz na przemian odcinki asfaltowe przeplatane szerokimi szutrami. Mija druga godzina jazdy i wcinam drugą połówkę batona. W samą porę gdyż już po kilku minutach zaczyna się ostatni poważny podjazd na trasie. I to nie byle jaki podjazd !
Droga staje dęba i tylko młynek ratuje mnie z opresji.
Po błotnych kąpielach łańcuch ćwierka jak stadko wróbli. Robi się gorąco. Pot zaczyna spływać po skroniach. Obok grupka kibiców zachęca do jazdy.
Jesteś 13 dawaj dawaj !!
Kręć kręć - jeszcze ciężka ściana przed Tobą !!
Tutaj się nie myśli. Rwany oddech i ból w nogach. Zgrzyt latającego po koronkach łańcucha. Kolejna stroma ścianka pojawiająca się za zakrętem. Ożywczy podmuch wiatru dającego orzeźwienie. Spojrzenie do tyłu czy aby nikt nie goni. Dziwne bo mam wrażenie, że to tylko moja słabość. Że innym te podjazdy jakoś łatwiej przychodzą. Metr po metrze toczy się walka ze stromizną . Jeszcze kilka mocnych obrotów i nareszcie mogę turlikać się po opadającej delikatnie szutrówce. Chwilę trwa aż oddech wraca do normy, jeszcze kilka pełnych wdechów i rzut oka na komputer pokładowy. Do mety pozostało około 10km. Za chwilę będzie dobry moment na żelka energetycznego.
Zaczynają się jednak problemy orientacyjne. Zasuwam na przemian po szosie i drogach gruntowych. Prędkość spora, w okolicy aż gęsto od przeróżnych dróg i dróżek. W zasadzie to nie zawsze jestem pewien czy dobrze jadę. Kilka razy zwalniam, zatrzymuję się, rozglądam za jakimiś drogowskazami. Zerwana strzałka, ślady opon na drodze, koniec nosa za przewodnika, to musi mi wystarczyć. Daleko dostrzegam czarno-pomarańczową koszulkę. Czyżby udało się Kubę dorwać ? Jest tylko jeden sposób żeby się przekonać. Zresztą do mety już niewiele i najwyższa pora zacząć finiszować. Czuć już zmęczenie lecz trzeba jeszcze wykrzesać resztkę sił.
Mija 3 godzina jazdy i trudno się zmobilizować ale nawet całkiem całkiem się czuję i szybko zmniejszam dystans do poprzednika. Znów problematyczne skrzyżowanie, obaj mamy tu problem. To jednak nie Gryszu. Razem kombinujemy gdzie jechać i dopiero gdy spotkany tubylec potwierdza, że dobrze jedziemy kręcimy na całego. Czuję się bardzo dobrze i szybko pokonuję podjazd. Odskakuję na bezpieczną odległość , a następnie już na ulicach Krosna systematycznie zwiększam przewagę. Na koniec runda po bieżni wokół stadionu i już meta.
Co by tu teraz powiedzieć o wyniku. Ten sezon jakiś dziwny jest dla mnie. Zaczęło się do nieźle, była siła i forma. Potem przyplątała się choroba i pozostała słabość. Zimę solidnie przepracowałem, ale wiosną obijałem się trochę. Raz, że leń mnie ogarnął i nie zawsze się chciało, a dwa to i czasu brakowało często gęsto. No i w zasadzie to do tej pory nie wiedziałem w jakiej jestem dyspozycji. Teraz mogę powiedzieć - nie jest źle. Pojechałem na swoim poziomie ale zdaję sobie sprawę, że w Krośnie zaprocentowało doświadczenie. Idealnie trafione opony, odpowiednia taktyka, rozłożenie sił, przypilnowane picie i jedzenie, zero problemów ze sprzętem i na koniec chyba jednak dobra dyspozycja dnia. To wszystko dzisiaj zatrybiło. Ale już w Tarnowie może być inaczej. Tam przyjdzie zmierzyć się z doświadczonymi maratończykami, z trudniejszym terenem i dłuższą trasą. Jestem jednak dobrej myśli.
Ślad z GPS
Link do strony organizatora - www.cyklokarpaty.pl
Cyklokarpaty Krosno - 24.05.2008
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
