No dobra, jak dla mnie w 2 i 3 dniu było cholernie ciężko!!
Ale od początku.
Już w środę jadąc do Istebnej kończył padać deszcz. Gdy przyjechaliśmy na miejsce był zmierzch i właśnie zaczęło działać biuro zawodów. W 15 min uwinęliśmy się z odbiorem numerów startowych i można było jechać szukać domu, w którym mieliśmy zarezerwowany dzień wcześniej nocleg. W „Wilcze” okazało się, że mamy całkiem dobre warunki. W domu było ciepło, kuchnia była do naszej dyspozycji, łazienka z wanną i co najważniejsze z pralką, a w pokojach tylko trochę za krótkie, mało wygodne wersalki. Po zjedzeniu kolacji i zaliczeniu pierwszej butelki wina poszliśmy spać.
W czwartek przyjechaliśmy na stadion 15 min przed startem i zajęliśmy honorowe miejsca w końcu stawki, tak z resztą było codziennie. Ruszyliśmy spokojnym tempem i zaraz poczuliśmy smak błota. Bardzo było mi przykro, że nowy napęd tak mocno i szybko się niszczy w błotnej mazi po której jechaliśmy. Wiele z tamtego dnia nie pamiętam, ale wiem, że miałem sporo sił i dużo pod górę podjeżdżałem. Wszyscy ZIELONI jechali cały czas razem. Niestety 16 km przed metą przy podjeździe widziałem jak Kubak robi rewolucję w swoim biku i tylna przerzutka znalazła się nad ośką a łańcuch udawał serpentynę
Pomyślałem, że cholernie głupio odpaść od razu pierwszego dnia. Dobrze, że Kuba był na tyle przytomny i zaczął demontować przerzutkę wraz z linką. Kasia dostała od nas "zielone światło" i pognała na metę. Ja z Kubą jakoś się turlikaliśmy. Na szczęście do końca trasy zostały już głównie zjazdy i tylko niedługie podejścia. Do mety dotarliśmy i już myśleliśmy, który z dwóch rezerwowych rowerów uruchomić. Kuba postawił na Authora Kasi
. W ciągu niepełnych 2h Kuba miał gotowy rower do dalszych zmagań. Do ramy, korby, przerzutek i manetek Kasi Authora wszczepił swoje hample, koła, kierę, sztycę z siodełkiem, łańcuch oraz amor. No, i wreszcie można było dokończyć butelkę Merlot'a
.Dzień drugi na starcie zaczęliśmy jak zwykle… z końca stawki, żeby nie przeszkadzać wycinakom. Z przecieków wiedzieliśmy, że ten dzień będzie najcięższym ze wszystkich, z powodu błota i dużych przewyższeń. Organizator podał rano informację, że na drugim bufecie obowiązuje limit czasowy i trzeba dojechać do godz. 15tej, żeby nie "dostać" DNF. Podjazd asfaltem pod Ochodzitą zajął mi ok. 30 min. Był już totalny luz, nikt nie krzyczał "lewa wolna" ponieważ "krzykacze" byli daleko przede mną. Oczywiście jechaliśmy nadal całą trójką razem. Przed Zwardoniem poznałem trzech kolegów z Wolnej Kompani z którymi mieliśmy jechać ten etap. Niestety tak wyszło, że przy 1szym bufecie zamiast szybko zjeść i wlać w siebie Karotkę, chłopcy zajęli się myciem napędów w swoich rumakach. Nie bardzo zastanawiając się nad sytuacją Zieloni ruszyli w dalszą drogę. Czas bardzo szybko płynął i zaczęliśmy się licytować ile min. przed limitem wjedziemy na drugi bufet. Większość drogi pod Wielką Raczę udało mi się podjechać i byłem z tego dumny. Niestety gdy byliśmy już u góry okazało się, że mamy 1h do bufetu. 12km w 1h było po za naszym zasięgiem i już wiedzieliśmy, że dyskwalifikacja nas czeka. Trudno, walczyliśmy dzielnie jak na nasze możliwości i marne obycie w takich etapówkach. Po dojechaniu do upragnionego bufetu o godz. 16:10 spytałem obecnych Bilerów (ok. 12 osób), kto jedzie trasę dalej aby tylko ją dla własnej satysfakcji przejechać. Ku mojemu zaskoczeniu podniosła się aż jedna ręka chętna do jazdy w stronę mety. Nie bardzo wiedząc co robimy dalej opuściliśmy z Kubą bufet. Nagle dojeżdża do nas Kasia i mówi, że limit przesunięty do 17tej i że nadal jesteśmy w "grze". Oczywiście dostaliśmy przydział energii aby tylko dojechać do mety nie wiedząc czy limit mety też będzie przesunięty! Do końca trasy walczyliśmy z samymi sobą, oraz z innymi niedobitkami i z kolejnymi pionowymi podjazdami. I jak by nie było nam mało to do mety był jeszcze jeden ostatni podjazd, znowu pod Ochodzitą. Kubie spadło tętno do 90 uderzeń a Kasia ciągnęła dzielnie pod szczyt. Ok. 19:30 wszyscy równo wjechaliśmy na upragnioną metę a „Sportograf” zrobił nam pamiątkowe zdjęcie. Oczywiście okazało się, że następnego dnia będziemy znowu startować
.Trzeciego dnia miało być luźniej, szybciej, mniej błota - dużo szutru, bardzo szybkie i niebezpieczne zjazdy. I pewnie tak było, ale nie dla mnie! Kubę zostawiłem już na 5tym km za Jego przyzwoleniem, łyknąłem także za chwilę Mariusza A. z Lajkoników, Kasia była daleko przede mną. Do pierwszego bufetu jechałem szybko. Po pierwszym bufecie gdy wjechałem do lasu pod Ostry zacząłem wyraźnie słabnąć. Podjazdy, które Kasia spokojnym tempem jechała ja delektowałem się… spacerkiem. Moje mięśnie lędźwiowe miały już dość "MTB Trophy" i chciały coraz częściej odpoczywać. Od tamtego momentu dołączył się do mnie Grzesiek z Katowic z którym dotarłem potem do mety. Na drugim bufecie zjadłem bułkę z konserwą. Kubę zauważyłem za sobą w okolicy "Komorovskiego Grunia", kiedy to już prawie umierałem. Jakoś dojechaliśmy z Grześkiem do trzeciego bufetu a za chwilę pojawił się Kuba. Próbowałem namówić Kubę na wspólny finisz, ale włączył mu się tryb "zombie" i poinformował, że da radę, ale tylko swoim tempem. Około 8 km przed metą nie wiadomo skąd poczułem trochę energii, którą spożytkowałem na delikatny asfaltowy podjazd tuż przed metą. Na mecie okazało się, że Kasia włożyła mi ok 43 min, a Kuba był tuż za mną. Zmęczyłem się tego dnia tak bardzo, że nie miałem już ochoty patrzeć na rower.
Czwarty dzień zaczął się źle! Pół nocy nie spałem (bezsenność). Rano z łóżka prawie spadłem, nie miałem już siły. Miałem za to myśli samobójcze. Zjadłem połowę niedogotowanego woreczka ryżu z tuńczykiem na śniadanie. Postanowiłem tego jedynego dnia nie brać plecaka, zabrałem tylko dwa batoniki i dwa Gutary. Pogoda wymarzona, było dość ciepło i świeciło słonko. Po ruszeniu jak zwykle z końca przypomniałem sobie założenia z pierwszego dnia, że "w niedzielę nie jedziemy już razem tylko będziemy się ścigać"
Próbowałem zdopingować Kubę, ale odpuścił. No cóż, szkoda, ciągnąłem sam. Ze znajomych mi osób wyprzedziłem Mariusza Lajkonika, Pepe, Bruna, Pirxa i Kasię, którzy we wcześniejszych dniach jechali przede mną. Poczułem moc i postanowiłem, że jadę jak na maratonie czyli walczę o swoje miejsce w stawce. Gdy opuszczałem pierwszy bufet zobaczyłem, że Kasia jest 100m za mną - to dodało mi jeszcze większej motywacji do walki. W tym roku Kasia jest znacznie szybsza na podjazdach jak i na zjazdach. Bałem się, że może mnie łyknąć bo trenowała dzielnie przez cały okres między sezonami 2007/2008 a ja kompletnie nic nie robiłem. Skrzyczne zaliczyłem głównie podjazdami na biku. Bardzo nieprzyjemna była trasa między Skrzycznem a drugim bufetem. Dużo znienawidzonego błota, korzeni, uskoków, kamieni i wąskich ścieżek między drzewami. Podjazd na Przełęczy Szarcula zrobiłem w HR maxie, nawet pod ZOO w Lasku Wolskim tak mocno nigdy nie podjeżdżałem
. Wjazd na metę był dla mnie ogromnym szczęściem. Dostałem upragnioną zieloną koszulkę z napisem FINISHER a Woody przybił mi "piątkę" i pogratulował. Ku mojemu zaskoczeniu Kasia była zaledwie 10 minut za mną!! BRAWO Kasiu! Wiem, że nie jestem szybkim zawodnikiem, ale dotychczasowa różnica czasowa między nami była ok. 20-30min. Myślę, że już teraz będę dostawać zawsze bęcki od Ciebie! 
Podsumowując. W pierwszym i drugim dniu masakryczne dla mnie i Konusi były: błoto na trasie, w oczach i ślinie, maź błotna, duża ilość kamieni, bardzo śliskie korzenie, wilgoć, brak siły w palcach przez hamowanie. W trzecim dniu ogólny brak siły.
Do plusów zaliczam: rodzinną atmosferę między bikerami jadącymi z tyłu stawki, podniesienie umiejętności jazdy na bardzo trudnych zjazdach, oraz umiejętność jazdy po śliskich, poprzecznych korzeniach oraz satysfakcja z wytrwałości w dojechaniu do ostatniej mety.
Na pewno raz w życiu warto wystartować w takiej wielodniowej imprezie, natomiast na dzień dzisiejszy nie wiem czy za rok wystartuję w MTB Trophy.
MiśQ vel Michał Banach.


. Podobało mi się ! Ale nie było kiełbasy to i siły Ci brakowało......