Beznadzieja. Ale będzie lepiej!
Dodał(a): Andy
24 czerwca 2008
Beznadzieja. Takie słowa „rzuciłem" Jelitkowi z Bikeholików na zakończenie maratonu w Wierchomli. I nie mam na myśli atrakcyjności oraz organizacji samego wyścigu; chodzi wyłącznie o moją postawę. Pierwszy raz w tym sezonie muszę powiedzieć, że nie postarałem się, nie dałem z siebie ile mogłem i powinienem. Przede wszystkim w zamyśle były dwie pętle, a zakończyło się na jednej czyli nie wykonałem podstawowego założenia jakim było „potrenować" w górach na dłuższym dystansie podjazdy. Jak się to stało? Zapomniałem włączyć na początek „pozytywne" myślenie.

Od początku wyścigu ruszyłem, jak zwykle dla siebie zbyt żwawym tempem, kiedy to przed nami był kilku kilkukilometrowy podjazd. Tak więc po kilkuset metrach wyprzedzania stało się dla mnie jasne, że teraz ja będę wyprzedzany. W tym momencie złapałem „doła" psychicznego i pojawiały się pytania - po co jadę skoro zaraz większość i tak mnie wyprzedzi?. „Oliwy do ognia dolało", że przed wyścigiem zmieniłem tylną oponę i podczas podjazdu zacząłem odnosić wrażenie, że teraz tylne koło nie jedzie, a jest ciągnięte przeze mnie. Zatrzymywać się nie chciałem, bo uznałem że to wina tylnego hamulca tarczowego, a nic nie jestem w stanie poprawić na szybko. Po pierwszym podjeździe na Bacówkę było trochę wypłaszczenia, gdzie wcale łatwiej mi nie było. Skoro nie pod górę, skoro nie na płaskim, to z góry będzie przyjemniej, bo zjazdy to dla mnie frajda. Wcale tym razem miło nie było, trochę luźnych kamieni, głębokich kolein, poprzecznych dziur sprawiło, że coraz więcej myślałem o zakończeniu wyścigu na jednym kółku. Dodatkowo przed początkiem zjazdu nie wyprzedziłem wolniejszych od siebie na zjazdach, co skutkowało brakiem optymalnego toru jazdy oraz rwaniem tempa. Tym razem brakło mi także odwagi, żeby wyprzedzać. Później drugi podjazd i jazda razem z własnym odbiciem, bo naprawdę na tym etapie nie było się z kim ścigać. Szybsi z przodu, maruderzy z tyłu. Właściwie wiary w siebie zacząłem nabierać pod koniec tego podjazdu, gdzie dociskając na pedały wyprzedziłem kilka osób. Potem już tylko bardzo szybki zjazd i kolejne dwie osoby zostawione z tyłu. Jeszcze szybkie poszukiwanie jakiegoś „motywatora", żeby skierować koła na drugą pętlę. Nic z tego, już wcześniej w głowie wymyśliłem sobie rezygnację z walki, nawet nie z przeciwnikami ale z samym sobą. Dojazd do mety i te słowa wypowiedziane na koniec „beznadzieja".
Jedyne z czego się cieszyłem, to z pierwszego miejsca Radara, z którym miałem okazję pojechać w Beskid Sądecki.

Jeśli chodzi o sam maraton była to kameralna impreza, której bazą było najbliższe otoczenie Hotelu Wierchomla Ski & Spa Resort wykorzystywany przez uczestników jako zaplecze sanitarne. Na plus zależy zaliczyć rewelacyjne jedzenie po zakończeniu wyścigu oraz całkiem bogatą loterię fantową. Mały minus za niedostatki na bufatach dla niektórych -akurat mnie to bardzo nie interesowało i stosunkowo długi czas oczekiwania na dekorację, ale to już chyba tradycja maratonów MTB. Na koniec jedno krótkie zdanie o profilu trasy, którą można by porównać do wielbłąda dwugarbnego czyli dwa podjazdy i dwa zjazdy :)

AndyLo
Andrzej Łopata

Ocena: (0)
0 komentarzy · 2759 czytań ·
Komentarze
24 czerwca 2008 23:15:29
Nie przejmu się! Jeszcze będą góry i sobie odbijesz! :D
25 czerwca 2008 11:13:09
Co Cię nie zabije, to Cię wzmocni... Zafundowałeś sobie lekcję i widać, że masz już wnioski. Będzie procentować :)
29 czerwca 2008 03:32:54
Fajna relacja :-) ja dzisiaj na maratonie szosowym w Istebnej miałem identyczną załamkę jak opisałeś. Jedyne wyjscie to zregenerować się i szybko porpawic trening :)
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.