W sobotę 19 lipca 2008 roku odbył się Bike maraton w Zawoi.
Zielonych reprezentowali
na giga
32 ciaposo 04:54:18 9 (M3)
66 Lukas 05:41:20 25 (M2)
67 neeq 05:50:32 26 (M2)
72 MisQ 06:05:53 20 (M3)
na mega
53 Leslaw 02:23:21 3 (M4)
130 AndyLo 02:41:28 28 (M3)
199 spinoza 02:57:16 80 (M2)
270 Kubak 03:13:08 38 (M4)
289 pocio 03:16:31 65 (M4)
na mini
130 Marcin 01:16:57 23 (M3)
dalej moje subiektywne wrażenia z maratonu
Dojazd na ten maraton to jeden koszmar przebijanie się przez remontowane polskie drogi. Całe szczęście, że dzięki obecności na miejscu Miś Q (winowajcy długiego naszego dojazdu) mieliśmy rejestrację załatwioną i mogliśmy zająć się przygotowaniem do startu.
Tym razem dość wcześnie stanąłem w sektorze. Miałem świadomość błędów popełnionych w zeszłym roku i tym razem postanowiłem zacząć zdecydowanie wolniej.
W powietrzu wisiała burza i zaczynałem coraz bardziej obawiać się błota na trasie.
W końcu ruszyliśmy.
Podział na sektory daje pozytywne objawy: brak tłoku na starcie i większy luz na początku trasy. Wyjeżdżam na asfalt gdzie zaczynam się zastanawiać nad sensem startu z połowy sektora. Wszyscy mnie wyprzedzają. Nie daję się jednak podpuścić i utrzymuję swoje tempo. Przynosi to w końcu efekt bo teraz ja zaczynam wyprzedzać.
Dojeżdża mnie Marcin ale już nie jest w stanie mi odjechać. Na wjeździe w teren (taki skręt o 270 stopni pod górę w prawo) wywijam niezłego hołubca. Na szczęście udaje się utrzymać na nogach.
Dalej udaje się jechać choć „asfaltowe wycinaki” zaczynają blokować podjazd. Noga podaje, a i przełożeń wystarcza. Zaczyna mnie denerwować „tylny przerzucak”, bo nie chciało mi się wyczyścić linki od przerzutki. W zasadzie do pierwszego bufetu trasa jest prosta łatwa i przyjemna. Na bufecie nie staję zgodnie z planem i napieram dalej.
Zaczyna się najtrudniejszy i zarazem dający największą satysfakcję z przejechania odcinek od Przełęczy Kolendówki przez Jaworzynę, Lachówkę do Jałowca.
Mimo dużego błota da się jechać i tylko na niektórych podjazdach trzeba z buta, bo tłum pielgrzymów nie pozwala wyjechać.
Na drugim bufecie wypijam Gato i zaczynam wspinaczkę pod Jałowiec. Wiem, że to już ostatnia góra tego maratonu. Jest stromo, ale daje się jechać. Zaczyna się tasowanie z Kubą. Wygląda, że moje opony lepiej idą pod górę, a i ma butach też szybciej się wspinam. On jest szybszy na zjazdach, ale do Jałowca cały czas idziemy łeb w łeb. Na szczycie zatrzymuję się by dopić resztkę dopalacza z bidonu, a wymijający Kuba rzuca ostrzeżenie o koleinach na zjeździe.
Pamiętam. W zeszłym roku AndyLo zaliczył efektowną glebę na tym odcinku.
Puszczam się w dół za Kubą i po chwili zaczynają się kłopoty. Nie mogą zdecydować się czy jechać lewą koleiną czy środkiem. Rower zaczyna coraz bardziej tańczyć. Próbuję go opanować i ku mojemu zdziwieniu znajduję się za siodełkiem. Dalej wszystko toczy się już błyskawicznie. Tylne koło wyprzedza przednie ja zaczynam efektowny lot przez prawy bark i ląduję na prawym żeberku, rower wylatuje w górę i ląduje obok mnie. Na szczęście następna grupa jedzie dość daleko za mną i zbieram się z drogi na bok.
Boli mnie prawy bok, ale sprawdzam wszystko w całości. Jedyny widoczny efekt to skręcona kierownica. Koło między nogi prostowanie i jazda dalej. Ból powoli przechodzi więc zaczynam jazdę i próbuję odrabiać straty.
Ze zdziwieniem odkrywam, że jest jeszcze jeden podjazd pod Beskidek. Jakoś sobie z nim radzę.
Na kamienistym zjeździe Koło Zakrętów psyha nakazuje zejście z roweru. Na końcówce ponownie wsiadam i przejeżdżam już koło dopingujących dzieciaków.
Dalej na szutrówce zaczynam jechać coraz szybciej i na asfalcie mam już naprawdę dużą prędkość.
Oczywiście trafia się wyjeżdżający z bramy myślący inaczej kierowca czarnego Audi, który na szczęście po usłyszeniu epitetów zjeżdża na pobocze. No cóż sprawdza się tzw partykuła wzmacniająca.
Uff było gorąco, bo nie wziął pod uwagę, że mamy tutaj tak dużą prędkość.
Mijany rozjazd na giga niestety był zamknięty. Czyli jednak jestem leszczem. Na pocieszenie zostaje fakt, że giga jeszcze nie jedzie.
Skręt w lewo na terenową dojazdówkę do stadionu. Psycha siada zupełnie i zaczynam się toczyć, a nie jechać. W końcu dojeżdżam na stadion. Meta
Czas oficjalny na wyświetlaczu około 3,20 na pulsometrze 3,18 więc lepiej niż w zeszłym roku ale.
Znowu nie dałem radę Jałowcowi i podchodziłem zamiast podjeżdżać. 4 zjazdów nie zjechałem tylko zbiegłem. Do tego nieprzyjemny upadek.
Pozytyw to czas oficjalny 3,16 i tylko 289 miejsce w open i 41 w kategorii oraz 321 punktów. Nieźle w tych warunkach poradziły sobie moje opony NC 2,1 na przodzie i Maxiss Monster 2,1 na napędzie. Błoto w Zawoi nie było takie straszne i nie najgorzej sobie na nim radziłem. A może należało pojechać na Pytonach?
Jechałem z numerem 345 w zielonym stroju B&K Herbapol rowerowanie.pl na bordowym Kellysie Magnusie, który po maratonie wyglądał tak
pozdrawiam
pocio
Mariusz Potok
p.s.
no nareszcie poznałem Grzesia w realu
mam nadzieję, że ktoś sfilmował mój upadek
Relacja Zawoja
Komentarze
21 lipca 2008 21:22:30

21 lipca 2008 21:55:53
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.

