Kiedy w sierpniu 2005 roku po raz pierwszy stawałem na starcie Krakowskiego Maratonu Rowerowego miałem wszystko zaplanowane. Niestety życie boleśnie zweryfikowało te założenia już na Błoniach.
W niedzielę stając na starcie dystansu giga tez wszystko było w głowie poukładane. Tym razem założenia udało się zrealizować. Jak mówi Furman „głowa jedzie”
Już od dłuższego czasu koledzy z rowerowania.pl zachęcali mnie do startu na dystansie giga. Broniłem się. W końcu dojrzałem i postanowiłem spróbować. Naturalnym wydawał się do tego celu maraton w Krakowie. Kiedy zauważyłem wzrost formy stwierdziłem, że nadszedł już czas. Przygotowania w ostatnim okresie utwierdzały mnie w przekonaniu, że jestem już gotowy do startu na tym królewskim dystansie. Objazd trasy potwierdził słuszność wyboru.
Założenie było jedno – dojechać. Dalej kołatało w głowie, że fajnie by było zmieścić się w 7 godzinach.
Z lekkim niepokojem stanąłem na starcie obok Kuby. Pogoda dopisywała, humory też. Przy okazji spotkałem kolegę, który też jechał z Edgem 705. Jest to nowy produkt Garmina dla rowerzystów, tzw. mapowy. Możliwości jakie daje znacznie ułatwiają trening, a jednocześnie pozwalają żonie na kontrolę gdzie byłem.
Start odbył się z lekkim poślizgiem. Na Błoniach zgodnie z założeniami jechałem spokojnie by się nie wytrzepać za bardzo. Po wjeździe w ulicę Mydlnicką trochę przyspieszyłem by wyprzedzić tych co przeszarżowali na Błoniach. Powoli rozgrzewałem mięśnie by były gotowe pod ZOO. Na podjeździe wyszło moje z nim objeżdżenie. Mijałem kolejnych zawodników. Na szczycie doszedłem pita (mój cel w dniu dzisiejszym), ale na zjeździe zniknął w oddali.
Noga podaje i spokojnie przejeżdżam pierwsze kilometry. Po godzinie jazdy mam ich 21 na liczniku czyli jest dobrze. Samopoczucie rewelacyjne tylko świadomość, że do mety zostało jeszcze 80 trochę budzi niepokój.
Na rozjeździe mega – giga żartuję z Grzegorzem (orgiem), że jeszcze mogę się namyślić i skręcić na mega, ale ten skutecznie wybija mi to z głowy.
Podjazd noga podaje, ale na końcówce staję, bo ktoś przede mną zszedł z roweru. Korzystam z okazji i przelewam Powerade do bidonu.
Na podjeździe asfaltowym wyprzedzony zawodnik siada mi na koło. Nie wiedząc o tym staję, by poprawić ocierający czujnik od kadencji. Ten wjeżdża we mnie. No całe szczęście bez konsekwencji.
Na drugim bufecie łykam Shlehe i zjadam dwa kawałki banana. Oczywiście uzupełniam izotonik w bidonie.
Rudno i zamek oraz przepychanie się między wyjeżdżającymi z parkingu samochodami.
Zjazd za zamkiem z buta dla bezpieczeństwa.
Jest dobrze połowa dystansu i 2,5 godziny od startu. Czyżby była szansa na 6 godzin?
No, ale jeszcze nie było kryzysu kiedy się pojawi?
W oddali pojawia się zielona koszulka. Jest cel. Po chwili identyfikuje go to pit. Chyba ma kryzys bo wyraźnie męczy się pod każde wzniesienie. W końcu go dochodzę. Odjeżdżam mu, ale za chwile na zjeździe z Czerwieńca mnie mija. Dość długo go znowu gonię, by w końcu wyprzedzić. Tym razem skutecznie. Bufet w Nielepicach kolejne uzupełnienie izo i w górę. Kryzysu dalej nie widać.
W Kleszczowie skręcam za wcześnie o jedną drogę. Na całe szczęście miejscowi szybko mnie zatrzymują.
Kochanów tradycyjnie zbiegam początek, resztę zjeżdżam. Te duże głazy w środku rynny są niebezpieczne. W zeszłym roku na mega tu dopadł mnie kryzys. W tym noga podaje i spokojnie podjeżdżam po kolei górki. Asfaltowy do Burowa mija bez wysiłku. Dalej przejazd przez wysypisko i szybki zjazd wąwozem do Aleksandrowic. Trochę przeszarżowałem, ale na szczęście bez konsekwencji.
Morawica i zasuwam szybko po płaskim. Ostatni bufet pod lotniskiem. Młodzież goni się niczym w śmigus dyngus i polewa Kroplą Beskidu. Jeden o mało nie wpada mi pod koło.
Następna Shleha, uzupełnienie izo, banan i do lasku. Na Zakamyczu o mało nie zderzam się czołowo z Porche Cayenne.
Za chwilę pierwszy (na powrocie w lasku) podjazd szutrówką. Na tyłach ZOO chwila wytchnienia i zjazd do wąwozu na mostek. Końcówkę zbiegam i od mostku ruszam pod górę. O dziwo noga podaje. Dopinguje innych by nie stanęli nagle przede mną. Teraz mijam już końcówkę mega i dużo osób atakuje z buta niebieskim rowerowym.
Kolejne zdziwienie udaje się wyjechać. Jest dobrze. Rzucam się żółtym w dół. Mijanemu zawodnikowi mówię, że wycieczka się skończyła i teraz zaczyna się wyścig. On z wyrzutem stwierdza, że jest jeszcze jeden podjazd. Wiem odpowiadam. Biała Droga.
To była moja maratonowa zmora. W zeszłym roku co prawda udało się wjechać, ale czy tym razem? Noga jednak podaje i bez większego wysiłku udaje się podjechać po drodze przeganiając spacerowiczów. Odkąd położyli na niej czerwone płyty chyba jest łatwiej.
Został mi tylko Sikornik. Te strome zjazdy i single tracki na końcówce wymagają dużej uwagi. Udaje się przejechać bez upadku i kiedy wypadam na Conrada staje się jasne, że mogę przyjechać na metę w czasie poniżej 6 godzin. Deptam mocno na pedały, przelatuję przez Piastowską i ciągnącymi się w nieskończoność Błoniami dojeżdżam do mety.
Udało się. Jestem na mecie w całości. Czas 5,59,40. Pierwsze giga zaliczone.
Do końca nie dociera do mnie co się stało. Jestem w szoku.
To jest ta chwila w życiu kiedy dorosły człowiek cieszy się jak dziecko. Warto było pracować przez zimę. Chodzić na siłownię i kręcić na trenażerze. Teraz zaprocentowało to wszystko razem.
No i trochę szczęścia tez miałem. Po maratonie okazało się, że złamałem pręt od siodełka, a na drugi dzień wystrzeliła mi dętka w przednim kole.
Ale w końcu to był mój dzień. Dzień Leszcza.
Jechałem na bordowym Kellysie Magnusie w zielonym stroju B&K Herbapol rowerowanie.pl. Napędu dodawały mi batony i żele Enervita, oraz utajniony tygodniowy cykl przygotowań. Zdradzę tylko tyle, że izotonik zastąpiłem w nim soczkami Herbapolu.
Pozdrawiam wszystkich, z którymi udało mi się na trasie zamienić parę słów i którzy mnie rozpoznawali i pozdrawiali.
Tak po 3 latach udało mnie przerodzić się w giganta i zrealizować założenia przed startowe. Teraz wiem, że ciężką pracą można wypracować sobie kondycję i być obiektem podziwu dla męczących się na podjazdach. Warto ciężko i systematycznie pracować nad sobą.
Jednocześnie chciałbym podziękować Grzegorzowi Golonce za osobisty doping na trasie maratonu.
Teraz już wiem dlaczego Europa jeździ giga. Trasy, które wytyczasz Grzegorzu, pozwalają takim przeciętnym ludziom jak ja, poczuć się chociaż przez chwilę wielkimi kolarzem i dają paliwo do codziennej ciężkiej pracy zawodowej.
pozdrawiam
pocio
p.s.
kryzys dopadł mnie w poniedziałek, ale wtedy to już nie miało znaczenia.




pozdrawiam