Moje pierwsze mega i debiut w zielonych
Dodał(a): ośka
21 kwietnia 2009
W niedzielę 19 kwietnia odbył się pierwszy maraton z cyklu Powerade MTB Maraton w Murowanej Goślinie. Na starcie nie mogło oczywiście zabraknąć zielonych, których reprezentowali na dystansie giga: Maciu, Lesław, Spinoza, Pocio, Kubak, Neeq, Luki, natomiast na dystansie mega: Andy, Axi i ja.

Do Murowanej wyruszamy w sobotnie popołudnie, spragnieni maratonów w pełni sił i determinacji, by sprawdzić się w rozpoczynającym się sezonie startowym.

Po długiej podróży tuż przez zmrokiem docieramy do biura zawodów. Odbieramy numerki startowe i pamiątkowe fajowskie skarpetki :). Następnie udajemy się do kwater na zasłużony odpoczynek. Nie musze chyba dodawać, że nasze lokum wypełnione było na maxa kolarzami i wypasionymi rowerami. A właściciel.. co tu dużo mówić pozytywnie zakręcony koleś.

Niedziela rano. Tuż przed godziną 10:00 wyruszamy z kwater z Andym i Pirxem, by jeszcze zdążyć na start naszych chłopaków z dystansu giga. Chłodne powietrze nie zachęca do szybkiej jazdy, wręcz przeciwnie do kręcenia w miejscu w celu rozgrzania się. Dla wielu wielkim problemem było, co na siebie włożyć, a myślałam, że tylko kobiety mają takie problemy :).

Na starcie podjeżdżamy do naszych zmarzniętych chłopaków. Odliczanie i ruszyli. Uczestnicy dystansu giga mieli przed sobą 106 km, z przewyższeniem około 796 m.

Po chwili zajmujemy dobre miejsca w sektorze III i spokojnie czekamy na swój start. Robi się coraz ciaśniej. Na naszym dystansie stanęło koło 700 zawodników. Trasa do pokonania miała długość 74 km, z przewyższeniem 717 m. Razem z nami wystartował dystans mini. Ostatnie minuty, a ja zauważam, że nie mam pompki. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko zaśmiać się ze swojej sklerozy, będzie dobrze i tego się trzymam.

….3, 2, 1 start! Zawodnicy ruszyli w trasę.
To, co mnie od razu przeraziło to mocne tempo na samym początku. Nigdy nie umiałam dobrze i mocno wystartować. Chyba pora to zmienić, bo miałam wrażenie, że wyprzedzili mnie praktycznie wszyscy, a ja jadę na szarym końcu. Problemy zaczynają się na pierwszym piachu. Myślałam, że ja kiepsko pokonuję takie odcinki, a widząc, co robią ludzie przede mną stwierdziłam, że chyba jestem za bardzo krytyczna dla samej siebie. Straciłam tu sporo czasu, którego później nie będę już w stanie odzyskać. Trasa jest zbyt płaska, a tempo nie do utrzymania. Szybko zapominam o przeszywającym porannym chłodzie, a słońce zaczyna coraz mocniej grzać. Początek mocno się dłuży, kilometry przybywają bardzo wolno. Cały czas staram się trzymać grupy, by nie dopuścić do sytuacji, żebym jechała sama. Pierwsza część trasy jest dosyć nudna. Ciągle płasko, prosto i piach. Odliczam tylko czas do pierwszego bufetu, a o zmęczeniu po długiej podróży i nie do końca dobrze przespanej nocy staram się nawet nie myśleć. Czas w końcu zaczyna szybciej biec, a trasy ubywać. Nawet nie zauważyłam, kiedy za krętą leśną dróżką pojawia się nagle punkt kontrolny, a zaraz za nim bufet. Na samą myśl o bananie świeciły mi oczka, jeszcze chipsy bananowe… miodzio. Zobaczyłam jednak konkurentki przy bufecie i stwierdziłam, że to dobry moment, by wyprzedzić je i uciec. I tak też zrobiłam, ale banana nie mogłam sobie odmówić. Ruszyłam szybko do przody i moim kolejnym celem było nie dać się wyprzedzić. Nie oglądając się za siebie jechałam ile sił, ale tak by nie zabrakło mi ich do końca trasy.

Jadąc ubitą, często krętą trasą przecinaną piachem uczepiłam się chłopaka, już nie pamiętam, co miał napisane na spodenkach, chciałam zapamiętać, ale jak widać nie udało się. Starałam się jechać za nim. Tempa nie utrzymywał zabójczego, więc nie musiałam się zbytnio wysilać.

Licznik odmówił mi posłuszeństwa zaraz przy 9 kilometrze, nie wiedziałam, więc ile przejechałam i jak dużo trasy jeszcze mi zostało do pokonania, a tym samym jak rozłożyć siły, bo nie paść gdzieś w połowie. Potem budził się jeszcze kilka razy jednak nie skutecznie, bo udało mu się do końca trasy odliczyć zaledwie 19km.

Gdzieś na trasie dopinguje mnie Maciu, przejeżdża koło mnie jak burza, jakby co najmniej uciekał przed dzikiem.

Przy kolejnym bufecie nie zatrzymuję się. Zabieram tylko Powerada w butelce i jadę przed siebie. W okolicach tego bufetu zaczęło pojawiać się więcej stromych krótkich podjazdów i zjazdów, na których można było zauważyć ludzi kręcących na młynku i podprowadzających rower. Zdziwiona byłam skąd nagle na takim płaskim terenie pojawiły się takie strome „górki”. Chłopak przede mną zaczął uciekać mi na zjazdach Zjeżdżał dobrze i szybko, a ja bardziej uważałam, tym bardziej, że jechałam z aparatem w tylnej kieszeni i nie chciałam go stracić. Ucieka mi jednak nie na długo. Wkrótce go doganiam. Widać już było po nim braki sił lub chęci by jechać dalej, ruszam więc do przodu sama. Nagle słyszę dźwięk telefonu, to sms. Nawet przez chwilę nie pomyślałam, żeby zerknąć na niego. Przecież jestem na wyścigu, tu nic z zewnątrz się nie liczy tylko ja, rower i trasa. Reszta poczeka.

Kiedy zaczęłam powoli tracić siły słyszę znajomy głos. To był Filip, mój sąsiad z samochodu, niestety złapał defekt na trasie i z zniesmaczoną miną pokonywał ostatnie już kilometry trasy. Wyjeżdżając z lasu zauważam policjantów i znajome pierwsze piachy. To już koniec. Szybkim tempem pokonuje ostatnie metry i przejeżdżam linię mety, na której od jakiegoś czasu czeka zniecierpliwiony Luki. Niestety nie ukończył swojego wyścigu. Neeq mimo defektu dojeżdża do mety. Co się okazuje na mecie - Maciu wygrywa w swojej kategorii na dystansie giga, ja zahaczam o zbawienne długie podium i zajmuje 6 miejsce. Lesław również szaleje w swojej kategorii.

Po złapaniu oddechu udajemy się na żarełko, potem do kwatery zmyć z siebie kilogramy pyłu i wracamy na dekorację spakowani już i gotowi do wyjazdu. Po zrobieniu ostatnich fotek, żegnamy Murowaną Goślinę i ruszamy w długa drogę do domu.
Na pewno wrócimy tu za rok!

Był to mój pierwszy taki duży maraton, który przejechałam na dystansie większym niż mini. Trasa jak i okolica bardzo mi się podobała, mimo że tempo mnie trochę przerosło. Widać braki w treningach w okresie zimowym i wczesno wiosennym. Trasa w większości prowadziła dobrze ubitymi leśnymi drogami i szutrami. Nie brakowało również asfaltu, dzikiej łąki i kałuży, do której oczywiście musiałam wjechać. Wielkim utrudnieniem i atrakcją dla wielu był piach, którego nie brakowało na całej trasie. Kręte singletracki również robiły wrażenie zwłaszcza na zjazdach, a krótkie podjazdy nie jednego zawodnika zmusiły do podprowadzania roweru. Puszcza Zielonka zrobiła na mnie ogromne wrażenie, jak się okazuje nie tylko góry mogą być piękne i urokliwe. Pogoda dopisała, a wyścig przy niej i to urokliwe miejsce przypominało niedzielną przejażdżkę przy trochę większym tempie.

Zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z Murowanej
Wszystkie zdjęcia w mojej galerii

Ocena: (8)
0 komentarzy · 2936 czytań ·
Komentarze
22 kwietnia 2009 11:51:36
Witamy nową autorkę. Fajna relacja.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.