Majówkowy zawrót głowy czyli MTB Marathon w Karpaczu
Dodał(a): Andrzej Łopata Andy
06 maja 2009
Spinoza nie ma nic do ukrycia
Maraton pierwszego maja w Karpaczu to już tradycja. W moim przypadku to już trzecia wizyta w Karkonoszach, a wszystko po to aby po raz kolejny zmierzyć się z trasą, która jak najbardziej oddaje charakter dyscypliny jaką uprawiamy czyli kolarstwo górskie. Po tym wyścigu nie będę musiał tłumaczyć „niewtajemniczonym”, dlaczego startując w zawodach MTB jeździłem po płaskim terenie.

Ci, którzy nie szukają tutaj doznań sportowych mogą delektować się pięknymi widokami w scenerii zimowo-wiosennej, gdzie zielone drzewa kontrastują z białymi ośnieżonymi szczytami Karkonoszy. Jednak, aby móc skorzystać z zalet tego miejsca trzeba odbyć kilkugodzinną drogę z Krakowa, w którą wyruszamy w przeddzień zawodów. Towarzystwo do podróżowania znakomite, więc czas upływa szybko. Tym razem kapitanem drużyny jest Spinoza pełniący rolę kierowcy, mnie przypadła rola pilota pokładowego, a wspierają nas doświadczony w bojach Kubak oraz Mjn, dla którego ten start jest debiutem w tym roku.

Ok. godz. 22 docieramy na miejsce, które jest dla nas baza noclegową. Podstawową jego zaletą jest usytuowanie niemal w samym środku „miasteczka” zawodów, co jest dużym ułatwieniem zarówno przed zawodami, jak i po zawodach, np. dla tych, którzy stając na podium chcą wyglądać czysto i świeżo. Praktycznie nie ruszając się z miejsca można wziąć prysznic, przebrać się w bardziej „cywilne” ubranie.

Późny wieczór dzień przed, to ważny czas, podczas którego można wiele zepsuć, ale również dobrze wykorzystać słuchając cennych wskazówek kolegów z teamu, a nawet konkurencji. My spędzamy go wspólnie z pozostałymi koleżankami i kolegami z „Rowerowania”, którzy wybrali się do Karpacza oraz gościmy też kilka osób z zaprzyjaźnionych drużyn. Jest miło, zabawnie, gdyby tak jeszcze na chwilę można było zapomnieć, że już następnego ranka zacznie się wielkie ściąganie.

Godzina ósma rano, przebudzenie, nie trzeba daleko wychylać się przez okno, żeby zobaczyć że jest wspaniała pogoda - słonecznie z delikatnym orzeźwiającym wiaterkiem. Po porannym „dopieszczeniu” sprzętu można wybrać się na start zawodów. Trzeba pooglądać tych, którzy będę ścigać się na koronnym dystansie „giga”. Ze względu na opóźnienia jednak decyduję się na rozgrzewkę przedstartową z kolegą Pirxem, który w ciągu ostatnich dwóch lat zrobił duży postęp i wciąż uparcie dąży do poprawy swoich wyników. Kiedy wracamy, „gigowców” już nie ma - niestety pojechali sobie stwierdzam ze smutkiem. Ustawiam się, więc w sektorze i po krótkiej pogawędce z Bikeholikiem Dawidem przychodzi pora na nasz start. Ten start to odpowiedź jak sobie poradzę w górach na początku sezonu, nie mając za sobą długiego okresu treningowego lub nazwijmy to dokładniej dużej ilości km w nogach, bo w moim przypadku o treningu trudno mówić. Drugą niewiadomą jest sprzęt, który przed zawodami udało mi się zmodernizować: wymiana przerzutki powinna poprawić płynność w jeździe, a nowy amortyzator pewność na zjazdach.
Pierwsza część trasy to tradycyjnie podjazd do górnego Karpacza, podczas którego mijamy m.in. świątynię Wang, ewangelicki kościół przeniesiony do Karpacza w XIX wieku z norweskiej miejscowości Vang.

Podjazd jest wystarczająco długi, aby się zmęczyć i aby potem znów odzyskać siły. Tak jest w moim przypadku, na początku jadę spokojnie, więc jestem wyprzedzany przez kolejnych zawodniów, ale pod koniec podjazdu łapię drugi oddech i już cieszę się na myśl o szybkim zjeździe. Po kilkuset metrach wiem, że amortyzator wykonuje dobrą robotę, więc nie zamierzam hamować. Jednak nie wszystko ode mnie zależy, na wąskiej, kamienistej trasie nie sposób wyprzedzić tych, którzy na zjazdach mocno zaciskają klamki hamulca. W trakcie tego pierwszego zjazdu ratując się przed wjazdem w dwóch konkurentów, którym nie udało się opanować roweru, sam doznaję otarcia ramienia, nogi. Na szczęście ten incydent nie przyniósł mi więcej szkód i okazał się prawie bezbolesny.

Rozpoczynając kolejny podjazd podbiegam kilkadziesiąt metrów do góry. Luźne kamienie i stromy podjazd determinują taki sposób pokonywania tego odcinka. Jeszcze jeden trudny zjazd w okolicach Sosnówki i od 14 kilometra zaczyna się dłuższa część trasy o charakterze bardziej interwałowym, na której po wymagających podjazdach następują krótkie zjazdy. W trakcie jazdy nie mam większych kryzysów i właściwie gdyby nie zgubienie jednego bidonu nie musiałbym korzystać z bufetów. W sumie krótki postój, głębszy oddech nie powoduje dużego spadku w klasyfikacji, ponieważ niektórzy konkurenci zamierzają chyba spróbować całego serwowanego jedzenia bufetowego. Już po trzydziestym kilometrze zaczyna się asfalt i krótka jazda w dół, ale przyjemność nie trwa długo. Pora zacząć trzykilometrową wspinaczkę Drogą Chomontową, o której przed startem można było usłyszeć wiele ciepłych słów, ale głównie od tych którzy preferują uphill. Ja nie zamierzam w tym momencie szarżować, wolę równą jazdę, ale tak aby za wiele nie stracić.

Później czeka właściwie tylko zjazd do mety, ale testowanie swoich maksymalnych możliwości na długim podjeździe nie byłoby dobrym pomysłem. Będąc już na górze zmieniam manetką na najcięższe przełożenia i próbuję jeszcze zyskać kilka pozycji podczas zjazdu. Podczas ostatnich kilometrów udaje mi się wyprzedzić dwie osoby i kiedy wjeżdżając na stadion widzę kolejną swoją „ofiarę”, dostaję kurczy prawej łydki. No cóż, tym razem nie będzie mocnego finiszu, mijam linię mety z pewnym uczuciem zapasu sił. Czasami po maratonie tak mam, ale nigdy nie wiem czy mógłbym pojechać szybciej nawet o dwie, trzy minuty.
Po tych zawodach najbardziej cieszę się bezawaryjnie działającego roweru, z niezłego startu, biorąc pod uwagę moje przygotowania oraz z perspektywy wzrostu formy w następnych wyścigach. Po tych zawodach martwię się…hmm, chyba nie ma takiej rzeczy. Tym razem więcej było pozytywów i po czterech dniach pamiętam wielką przyjemność i radość z jazdy.

Dla uzupełnienia kilka liczb: 45 km przejechanych, ok. 100 metrów przebytych pieszo, czas 2 godz.55 minut, miejsce 164 open, na 531 osób, które ukończyło dystans mega.

Do zobaczenia na kolejnych zawodach z cyklu MTB Marathon, mam nadzieję, że będzie to już Międzygórzu.

Ocena: (0)
0 komentarzy · 3244 czytań ·
Komentarze
06 maja 2009 12:11:49
Miło się czytało :) Następnym razem Andy pewnie będzie cichutko :p
06 maja 2009 12:16:58
Ale Roza coś w shoutboxie domagała się... :D
06 maja 2009 13:00:54
...nie mam w zwyczaju cicho siedzieć, chyba że mam taki nastrój :)
06 maja 2009 14:17:49
no to z nastepnego maratonu tez napiszesz? :D
06 maja 2009 15:11:35
możemy zrobic zakład , jedziemy na "mega" kto przegrywa ten pisze:)
06 maja 2009 17:00:30
Krótko i treściwie :)
Tak trzymać !
06 maja 2009 17:11:32
To ja sie scigam na mega z Toba Andy ok? :D
06 maja 2009 17:35:07
oki :)
06 maja 2009 20:59:21
NIE - Luki jedziesz giga! tak
06 maja 2009 22:28:42
Nie możemy dopuścic do tego, żeby Luki znowu jechał mega :p
06 maja 2009 22:50:22
ech... właśnie myślałem, że znalazłem wymówkę :p jesteście okropni...
06 maja 2009 23:45:39
Jak zawsze Panie selekcjoner :D
08 maja 2009 21:43:49
Luki zamiast ciebie to ja mogę jechać Mega. Mam doświadczenie.:)
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.