Atak na Skrzyczne (nocą)
Dodał(a): Piotr PePe
09 października 2009
Michnik i MisQ w drodze na szczyt
Pięciu śmiałków wykonało nocny atak na Skrzyczne. Bez zakładania obozów; bez butli tlenowych uderzyli nocą. Jak było, o tym opowiada relacja Pepe:
W końcu się udało, planowana od początku sierpnia nocna wyprawa w góry szczęśliwie odbyła się. Początkowo pomysł podchwyciło mało osób, dodatkowo był problem z takim terminem, aby pasował przynajmniej 4 osobom (jest to niezbędne minimum, gdyby wydarzył się jakiś wypadek to ktoś musi zostać przy poszkodowanym, a drugi ktoś dymać po pomoc, w nocy zaś po górach we dwójkę raźniej :). Pogoda też powinna być pewna, włóczenie się w nocy po górach w ulewnym deszczu z pewnością nie należy do zabawnych, a to była podstawa wyjazdu - zabawa. Do końcowego zdobywania góry zgłosiło się ostatecznie 5 osób: MisQ, Maciu, Jelitek, Michnik oraz organizator całego szaleństwa czyli ja.

Lampa błyskowa odkrywa tajemnice nocy
Cel był bardzo szczytny – zdobycie szczytu Skrzyczego trawersując Baranią Górę. Start z okolic Milówki. Trasa łatwa (jeśli nie liczyć że to góry), ok. 70km, przewyższeń coś ponad 2000m, dużo szutrów i szerokich dróg, parę technicznych zjazdów, szacowany czas przejazdu to ok. 6h. Oczywiście start po zapadnięciu zmroku i powrót raczej też (noc już długa raczej niż krótka), niemniej zamówiona pełnia i brak chmur w prognozach wyglądały pozytywnie. Tak wyglądał plan, a co z tego wyszło, to po kolei.

Godz. 22.10, temperatura 8 stopni

Obóz rozbijamy „na dole”, przy Sole, oznacza to, że będziemy musieli się na początek nieźle wspiąć, aby zdobyć wysokość, ale da nam to za to niezły zjazd powrotny. Wyruszamy o godzinie 22.10, jest ciemno, w zasadzie jest bardzo ciemno, zapowiadanej pełni nie widać, chmury zasłaniają. Nie pada (w Krakowie podczas ładowania rowerów mżyło, co nie zapowiadało się dobrze), nie jest też ciepło 8 stopni – ale na to byliśmy przygotowani. Pierwszy krok to zdobywanie wysokości mamy jakieś 500m w pionie i 10km, na całe szczęście asfalt i do twego wieś nawet oświetlona. Jedzie się dobrze, aż do morderczego kawałka asfaltu. Trzeba walczyć, aby przednie koło nie odrywało się od drogi, ten kawałek znany jest niektórym z Pętli Beskidzkiej. Pojawiają się pierwsze wątpliwości uczestników i pomysły na jakże ciekawsze zagospodarowanie dobrze rozpoczętej nocy niż tułanie się po górach. Na całe szczęście pomysł został zgaszony w zarodku, trochę pomógł też brak nocnych sklepów w okolicy.
W końcu teren, trzeba jednak zapalić lampki, światła wsi już nie świecą, wprawdzie wyszedł z za chmur księżyc i zrobiło się widno, jednak teren nie należy do łatwych. Obieramy właściwy kierunek i powoli kręcimy. Robi się bajecznie, nie widać już świateł wsi, księżyc ładnie oświetla okolicę, cisza do tego piękna ścieżka w lesie. Wyłączamy wszystkie światła i jest jeszcze bajeczniej. Dla tej chwili warto było taszczyć się z Krakowa i pocić na podjeździe. Postój na kontemplację chwili. Podobnych momentów będzie jeszcze kilka…

Nie sami na szlaku

Wyprawa odpoczywa
Zatrzymujemy się z jakiegoś technicznego małego problemu zdaje się że Jelitka. Coś jest nie tak, ktoś przed nami na szlaku rozmawia. Inni jak widać też cierpią na bezsenność. Piesi turyści również w nocy gdzieś zmierzają. Wypłaszcza się i szybko ich mijamy. Za chwilę pierwszy zjazd i pierwszy problem. Błoto, olbrzymie błoto, bo to droga którą biegnie zrywka wraz ze strumykiem. Tereny są mi dobrze znane i tu zawsze jest mokro i nieprzyjemnie, ale tak jeszcze nie było nigdy (w nocy postrzeganie rzeczywistości jest inne, to pewnie dlatego takie odczucia). Droga jest w dół, ale z powodu błota bez kręcenia na młynku nie można się posuwać do przodu. Mocno uwalani w błocie lądujemy na końcu asfaltu którym można z Wisły Czarne podjechać prawie pod Przysłop pod Baranią Górą. Nasza droga nie biegnie jednak koło schroniska molochu i odbijamy w las. Szeroki szuter chwilowo lekko pod górę. Pojawia się drugi problem, jest mokro. Latem na tych szutrach można było rozwijać kosmiczne prędkości (zarówno w dół jak i w górę), teraz ziemia pod kamieniami mocno klei się do opon i mocno nas zwalnia. Bardzo szybkie zjazdy w dzień okazują się nie takie szybkie w nocy, widoczność tylko na kilka metrów, do tego mokro i grząsko. Przez moment miga oświetlony maszt z nadajnikiem na naszym celu, daleko. Miejscami znów wyłączmy oświetlenie, księżyc w zupełności wystarcza.

Godz. 1:00, odwrót

Powoli robimy się coraz bardziej zmęczeni i senni, kilometry niby ubywają, ale przed nami największa wyrypa. Koniec szutru i trzeba mocno zapodać w górę. Chwila odpoczynku, czekamy na dojechanie wszystkich uczestników i MisQ-u (chyba?) zadaje pytanie, które wszystkim kołatało się po głowie – czy damy radę? Moment do podjęcia decyzji w zasadzie ostatni, od tego miejsca zaczyna się zjazd do Wisły w drodze powrotnej. Szybka kalkulacja i wychodzi, że jak pognamy na Skrzyczne to wrócimy w miejsce gdzie stoimy najwczezśniej za trzy godziny, pod warunkiem, że utrzymamy prędkość. Nie wygląda dobrze, bo już 1:00. Zapada decyzja - odwrót. Skrzyczne musi poczekać, góra zwyciężyła. Kierunek - zapora w Wiśle Czarne. Cały czas w dół. Już raz na tym zjeździe zliczyłem niezły lot, dlatego teraz uważam. Nic to nie daje, jakiś pieniek i barkiem sprawdzam jakość błota. Na całe szczęście nic się nie stało. Szczęście miałem jednak tylko ja, Maciu z efektownym zaśpiewem w stylu Jopa!, Jopa! robi podobno jeszcze bardziej efektowne OTB. Jak się okaże, na dole, rozwalił nogę oraz skręcił palec, jest jednak twardy i w drodze powrotnej uskarża się tylko na napęd i hamulec. Problem ze sprzętem zgłasza również Jelitek. Jego tylny hamulec nie ma już 100% sprawności. Po dotarciu do zalewu jedyne, co nam pozostaje to ponowne wspięcie się na grań, aby zjechać do Milówki. To jednak góry i nie ma płaskich odcinków. Decyzja o odwrocie jak najbardziej słuszna. Sił coraz mniej, niektórzy wręcz już ich nie mają, brak snu mocno daje się we znaki. Podjazd dłuży się niemiłosiernie. Najpierw asfalt znów w okolice Przysłopu, potem zdobycie Stecówki. To jednak nie koniec podjazdu, kończy się też asfalt. Teraz już w zasadzie wszyscy marzą, aby zaczął się zjazd. W końcu koniec góry, pozostało tylko 10km w dół.

Nocny downhill

Początek zjazdu stromy, dużo kamieni, mokro. Zmęczenie jakieś takie dziwne. Nie bardzo kontroluje co się dzieje i nagle czuję, że zaraz przelecę przez kierownice, Duża stromizna więc zamiast upaść jakimś cudem przeskakuję przez kierownicę i już czuje kolejne zagrożenie. Dotychczas tylko słyszałem o takich przypadkach i całe szczęście, że słyszałem. Dużymi skokami uciekam w dół przed spadającym z góry rowerem. Trafił, na szczęście tylko kołem i tylko w ramię (nawet nie myślę, co by było gdyby to była zębatka). Dalsza droga w dół zostaje lekko zmodyfikowana, tak aby jednak wszyscy przeżyli. Jest trochę dalej, ale bezpieczniej. Do bazy docieramy po 4:00. Przy zdobywaniu Skrzycznego pewnie przed 7:00 byśmy nie dotarli. Trochę dziwne, że podjedliśmy tak racjonalną decyzję. Mycie rowerów, gorąca herbata, jakieś kanapki, próba drzemki – dla kierowcy i Jelitka, …, trzeba wracać do Krakowa.
Pierwsza duża nocna wyprawa nie zrealizowała celu. Zdobycie w nocy Skrzycznego trawersem Baraniej Góry zakończyło się na trawersie. Kilometrów wyszło około 55. Przewyższeń tylko 1700m. Z pewnością przeszkodą była duża wilgotność podłoża, oraz temperatura. Było w okolicach 5 stopni, nie zmarzliśmy (przynajmniej nikt się nie przyznał), ale grube ubranka spowalniają. Wszyscy zadeklarowali chęć powtórzenia, ale już w przyszły roku – jak puszczą mrozy. Ja z pewnością Skrzyczne w nocy musze zdobyć. W kolejce są też inne szczyty, tylko współtowarzysze muszą dopisać.


Ocena: (0)
0 komentarzy · 4475 czytań ·
Komentarze
09 października 2009 23:14:46
Fajna relacja. Pierwszego towarzysza już masz jakby co.
Może ciasteczko ??? :D :D :D
12 października 2009 08:59:51
Nocnej jazdy po górach nie da się opowiedzieć słowami tym bardziej gratulację za tę próbę brawo!.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.