Chcieć znaczy móc - czyli Zieloni na Maratonie Komandosa w Lublińcu-Kokotku - 28.11.2009.
02 grudnia 2009
Korzystając z martwego sezonu rowerowego pozwoliłem sobie na odrobinę ekstrawagancji i wystartowałem w 6 Maratonie Komandosa w Lublińcu. Nie startowałem tam samotnie, gdyż z Zielonych udział w nim wziął również dziczek, zresztą powtórnie bo w zeszłym roku też próbował tam swych sił.
dyplom dziczka
laurka pita
medal pita

Maraton Komandosa w Lublińcu to klasyczny maraton biegowy na dystansie 42,195 km z tą różnicą, że zawodnicy, tu cytat z regulaminu: „wystartują w pełnym umundurowaniu polowym (mundur z długim rękawem, beret lub czapka polowa, buty krój wojskowy-min. wys. cholewki 8 cali) z plecakiem (min. wymiary 45x30cm) w kolorze odpowiadającym umundurowaniu o wadze 10 kg na całej trasie biegu. Zezwala się na zastosowanie dodatkowych cywilnych przedmiotów tylko jeśli ich kształt i kolor są typu wojskowego. Zezwala się na start w sortach mundurowych wojsk innych państw. O dopuszczeniu decyduje sędzia zawodów.
Ważenie plecaków od godz.07.30 do 08.45 – po zważeniu plecaka, obsługa wagi odstawia go do specjalnej strefy. Zawodnicy pobierają plecaki ze strefy po ogłoszeniu przez sędziego głównego. Odżywki, woda dostępne na półmetku i mecie (na trasie brak punktów). Nie zezwala się na podawanie picia i odżywek przez osoby trzecie na trasie maratonu ( każdy zawodnik musi mieć ze sobą) z wyjątkiem półmetka”


Maraton organizowany jest przez Wojskowy Klub Biegowy META przy współudziale 1 Pułku Specjalnego Komandosów w Lublińcu.
Bieg ten kierowany jest głównie do żołnierzy i funkcjonariuszy innych służb mundurowych, lecz także do cywilów, z reguły maratończyków, chcących dołączyć ten prestiżowy bieg do swej kolekcji startów.

1. Decyzja
Na bieg zdecydowałem się we wrześniu, nazajutrz po przebiegnięciu Gorce Maratonu, podczas XC Decathlon Bike-Cup w Lasku Wolskim, kiedy to po zerwaniu łańcucha na 1 kółku biegłem sobie z rowerkiem ani myśląc dawać za wygraną by wycofywać się bez walki i kończąc na DNF-ie.
strefa plecaków
Nie ukrywam też, że przejadły mi się już trochę rowerowe starty, tym bardziej, że aby powalczyć w klasyfikacji oprócz wytrenowania, techniki liczy się jednak coraz bardziej dobry, lekki i sprawny rowerek na który w obecnej sytuacji nie mogę sobie pozwolić.
Coraz bardziej przekonuję się do biegania, gdzie rywalizacja wydaje się być bardziej wyrównana bo oprócz wytrenowania wystarczą do tego dobre butki.

Sam teraz dziwię się nawet, bo jeszcze kilka lat temu myślałem, że z powodów zdrowotnych (kontuzyjnych) bieganie nie dla mnie, a jednak biegać się da.

Start w Komandosie stanowił dla mnie spore wyzwanie tym bardziej, że w tym roku na wiosnę dopiero zdecydowałem się przebiec pełny maratoński dystans, a tu na domiar trzeba było go pokonać po wojskowemu i z obciążeniem.

2. Cel
Cel niezależnie od imprezy mam zawsze jeden: w miarę możliwości i zdrowia byle do mety, nie zważając na zmęczenie, awarie sprzętu i inne przeciwności.
Systematycznie, czasem bardzo powoli, ale do mety.
Przejechałem już kilka maratonów rowerowych, gdzie różnie bywało. Szczególnie wryły mi się pamięć Danielki’03 w Jabłonce Orawskiej i drugi etap BikeChallenge’05, gdzie z powodu upału i odwodnienia niezdolny byłem przez jakiś czas do jazdy. O ile w maratonach MTB na zjazdach można jeszcze odpocząć trochę siedząc wygodnie na siodełku i bez większego wysiłku w razie kryzysu przejechać sporo kilometrów, o tyle w biegach można jedynie sobie siąść i płakać, ale dystansu przez to się nie umniejszy.

3. Sprzęt
Na alledrogo skompletowałem mundur polowy z demobilu, a także butki wojskowe tzw. skoczki

4. Trening
Nie biegam dużo - w zasadzie to w tym roku same starty - 11 startów biegowych razem 180 km plus 2 biegi na tydzień przed maratonem po 5 km w pełnym rynsztunku, mające na celu jedynie dobór skarpet i odpowiedniego rozłożenia środka ciężkości w plecaku, lecz bez obtarć na maratonie i tak się nie obeszło.



5. Balast
Są różne szkoły: niektórzy plecaki obciążają mokrym piaskiem, podobno sześciopak półtoralitrowej wody mineralnej też się sprawdza. W jakimś wywiadzie doczytałem, że np. gen. Polko biega w ramach treningu 10 km do pracy z płytą chodnikową w plecaku. Ja zdecydowałem się na dwie hantle zawinięte w koc, do tego trochę ciuchów i rezerwowego picia. Turystyczny plecak okryłem bluzą wojskową - tak by zachować regulaminowe kolory.

6. Bieg
Bieg, a właściwie marszobieg, rozpocząłem w założonym przez siebie tempie 4 minuty biegu i minuta szybkiego marszu. W takim tempie przetrwałem mniej więcej jedno okrążenie. Na 15 kilometrze pojawiły się pierwsze obtarcia pięt i odciski, tak więc już przestało być tak miło. Na drugim kółku zaczęły się schody – nie wiedzieć czemu na 24 kilometrze plecak znienacka zaczął niemiłosiernie ciążyć, a odbite stopy truchtać też już nie chciały.

Nogi już nie były tak żwawe i nie podnosiły się już tak wysoko jak na pierwszym okrążeniu. Trucht przetykany marszem zmienił się teraz w marsz z rzadka zmieniany na półtrucht . Do tego doszedł kryzys energetyczny, bo na bufecie (w połowie dystansu) zapomniałem sobie zostawić prowiant i odnowiłem tam jedynie zapasy płynów. Tak więc na 2 okrążeniu pozostało mi jedynie pół batona, żel i bułka z szynką.
Z założonego wcześniej planu pozostały nici. Minęło mnie wtedy kilku zawodników - oczywiście mundurowych!
Szczególnie jeden mi utkwił w pamięci – półtruchtający, szurający butami zawodnik w mundurze Bundeswery, który minął mnie rzucając słowa otuchy, że meta już niedaleko (tylko 13 km).
Na 34 kilometrze doszła mnie ostatnia z pań – jedenasta- zawodniczka z Drużyny Szpiku (rocznik 48! :) ). Skonfrontowaliśmy zegarki i na odchodnym stwierdziła, że robimy kilometr w 10 minut, po czym potruchtała dalej, a ja nie byłem w stanie podążyć za nią (dołożyła mi w sumie 4 minuty). Do marszobiegu powróciłem na 5 km przed końcem, gdzie było już słychać odgłosy z mety. Finisz rozpocząłem 2 kilometry przed metą, na grobli przy jeziorze Kokotek (dziczek jest świadkiem!!), gdzie doszedłem jednego z zawodników. Tam stało się jasne: by zmieścić się w limicie trzeba tą drogę pokonać biegiem (czego nie omieszkałem uczynić). Po drodze wyprzedziłem jeszcze jednego żołnierza. Potem jeszcze ostatnie dwa podbiegi. Dodatkowym dopingiem dla mnie były krzyki z mety, że jeszcze trzy minuty pozostało do limitu, że jeszcze minuta. Założony limit 7 godzin oczywiście był limitem symbolicznym, bo tych kilku osób
dobiegających po jego przekroczeniu nikt nie zamierzał przecież dyskwalifikować.
Bieg ukończyło 264 osób, w tym 11 kobiet i biegnący na sportowo, poza konkurencją, kontuzjowany gen. dyw. rez. Roman Polko oraz 1 polski żołnierz biegnący równocześnie w Afganistanie.

W klasyfikacji drużynowej nie powalczyliśmy, bo brakło trzeciego zawodnika. Trochę szkoda, bo dziczek był wysoko: na 42 miejscu (czas 4:44:15), ja byłem w ogonie na 259 pozycji (czas 6:58:36), ale i tak godnie reprezentowaliśmy B&K Herbapol rowerowanie.pl

7. Podsumowanie.
To był piękny bieg, świetna organizacja i atmosfera. Przepiękna, leśna trasa. Było ciepło, może nawet zbyt ciepło.
Każdy z kończących dostał pamiątkową koszulkę z biegu z napisem "Ukończyłem Maraton Komandosa" - coś a'la "Finisher" z MTB Trophy, zielonego Wojaka na mecie (by ugasić pragnienie), potem pyszny obiadek, deser i krówkę komandosa.
Do tego uroczysta dekoracja i rozdanie dyplomów dla wszystkich uczestników oraz żeliwnych medali z wizerunkiem biegnącego komandosa o wymiarach 25x16 (3,2kg). Na koniec tombola - po prostu full wypas.

Na którymś z for biegowych przeczytałem, że bieg ten to „rzeź dla organizmu” i wystartować raz w nim można, ale nie wiedzieć czemu mówią to ludzie którzy tam wciąż wracają.
Mam nadzieję, że za rok też tam wrócę.

Artykuł ów dedykuję maratonowym rowerowym ścigantom, którzy nierzadko z racji drobnych defektów sprzętu typu: przebita dętka, zerwany łańcuch, utrata klocków hamulcowych, a także z powodów pogodowych, terenowych, utraty morale lub też z powodów ambicjonalnych mają czasem problem z dotarciem do mety.
Życzę im w tym miejscu więcej samozaparcia i ducha walki.

Komu jeszcze mało to polecam ten link
Trasa i profil taka sama jak rok temu


0 komentarzy · 3660 czytań ·
Komentarze
02 grudnia 2009 15:02:28
Bieg czy rower - trudno dyskutować, można by pisać wiele co jest potrzebne aby odnieść sukces w którejś z tych dyscyplin. Lekki rower to tylko początek sukcesu, aby wygrać biegnąc potrzeba siły i wytrzymałości. Na rowerze dochodzą jeszcze kwestie techniczne. Dobry rower = sprawny rower. To jeden z elementów gry, bardzo ważny ale nie zawsze brany poważnie pod uwagę. Jazda na rowerze wymaga pewnych umiejętności, nie koniecznie na trudnych zjazdach, nawet po płaskim ważne jest przewidywanie, wybór odpowiedniego toru jazdy, na podjazdach nie tylko siła jest ważne, rower z jeźdźcem musi idealnie współgrać. O zjazdach nie wspomnę nawet. Można zyskać kilka minut wspinając się pół godziny do góry i utracić ten czas podczas kilkuminutowego zjazdu. Dobrze piszesz, na rowerze jest szansa odpocząć, aby to zrobić na zawodach biegowych trzeba zwolnić ( nadal biegniesz) lub wręcz się zatrzymać. Wydaje mi się, że jednak bieg jest bardziej wymierny. Jak ktoś jest mocny to wygra. Na rowerze jest więcej zmiennych, teoretycznie szybszy zawodnik niekoniecznie musi wygrać. To właśnie lubię w rowerze, wyścigi rowerowe dają większą szansę na sukces.
Natomiast ukończenia tego biegu gratuluję. Tez lubię przekraczać granice. Ty to właśnie zrobiłeś.
brawo!brawo!brawo!brawo!brawo!
02 grudnia 2009 20:43:39
Szacunek Piotrze.
Że jesteś twardy to wiedziałem już od pamiętnego Turbacza.
Gratuluję i zazdroszczę silnej woli.
02 grudnia 2009 22:52:08
Szacunek Kuzynie, chylę czoła brawo!
02 grudnia 2009 23:24:35
Gratuluję ukończenia i samozadowolenia, ale nie rozumiem odnośnika do maratonowych ścigantów. Gdyby moje kolana mogły biegać pewnie bym z wami wystartował, gdyż ten rodzaj sportu /bieganie/ kiedyś uwielbiałem.
A tak pozostaje mi tylko czytać złośliwe komentarze.:|
03 grudnia 2009 21:13:32
JA powiem tylko jedno :) Wiem jakim wyzwaniem komandos jest dla mojego męża cyborga - chylę czoła Pit, że zdecydowałeś się podjąć wyzwanie i udowodniłeś że takie byle 42 km z ciężkim plecakiem , w topornych buciorach, Cię nie złamie :) Tak jak napisał Furman, komandos to przekraczanie własnych granic, olbrzymie gratulacje ukończego tego chyba najtrudniejszego maratonu w Polsce :) Dla męża zresztą też !
03 grudnia 2009 21:17:01
Lesław - Pitowi nie chodziło chyba o to by ściganci zaczęli biegać komandosa, ale ze w sporcie trzeba być twardym :) Co swoim wyczynem udowodnił, najważniejsza jest w końcu głowa :)
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.