Dolsk – płasko, szybko i mocno.
Dodał(a): lukcio
18 kwietnia 2011
Maraton w Dolsku wzbudzał we mnie mieszane odczucia. Zgłoszenia dokonałem dawno, dawno kiedy znudzony zimą nie mogłem doczekać się pierwszych startów i byłem gotów zgodzić się nawet na wyścig na torze. Nadeszła Murowana Goślina, gdzie dobry wynik zapewnił sektor i punkty dla drużyny. Niespełna tydzień później jednak pojawiła się perspektywa kolejnej nużącej i długiej podróży, kosztów i jeszcze nudniejszej trasy....

Trzeba było się wziąć w garść i grzecznie spakować na wyjazd. Ekipa MMM (Maciu, Miki, MiśQ) gwarantowała ciekawą podróż już od samego startu. Pakując nasze sprzęty do Alehandro nie wierzyłem, że będą nadawały się do ponownego użytku. Maciu uspokajał "spoko, spoko, zmieści się", trzasnął w końcu drzwiami bagażnika i ruszył z chytrym planem wykiwać bramki... Po około godzinie gdy byliśmy na autostradzie, jadąc w kierunku Krakowa, doszliśmy do wniosku, że to jednak bramki wykiwały nas i zgodnie z zasadami demokracji, przegłosowaliśmy agresywnego kierowcę, że lecimy dalej autostradą. Podróż minęła dość szybko, bo w międzyczasie poruszaliśmy tak istotne tematy jak np. "zgubny wpływ koksów na psychikę kolarzy", "wygląd a resocjalizacja" i wiele, wiele innych...

No dobra, po tym przydługim wstępie mogę w końcu przystąpić do opisu samego maratonu. Na usprawiedliwienie dodam tylko, że musiałem o czymś pościemniać na początku, bo jak zaczynałem pisać tą relację, nie wiedziałem jak można napisać cokolwiek więcej o tak nudnym maratonie jaki był w Dolsku ;)

Na starcie stanąłem z podobnym planem jak tydzień wcześniej w Murowanej, choć bogatszy o jakieś tam doświadczenie, a także pierwszy sektor - muszę tutaj przyznać, że start z pierwszej lini to niesamowita frajda. Tak więc założenia były takie by ruszyć mocno i utrzymać tempo przez cały wyścig, w czym miały mi pomóc tradycyjnie tworzące się na tego typu trasach pociągi.

Start poszedł dość mocno, ale bez przesady. Pierwsze wzniesienie po asfalcie i pierwsze kilometry w piasku. Trzeba być bardzo skoncentrowanym, rower lubi w takich warunkach zachować się nieobliczalnie, do tego trzeba uważać na innych (niektórych nerwowych) zawodników. Peleton jest ogromny, miałem wrażenie że całe giga jedzie razem. Staram się trzymać z przodu, choć miałem lekkie obawy czy oby to jest na pewno moje miejsce, z którego szybko mnie prędzej czy później odetnie. Jadą jednak wszyscy, więc trzymam się i ja. Skręcamy w końcu w jakieś leśne ścieżki, kilka zakrętów i grupa powoli zaczyna się rozciągać. Pojawia się jakiś mikro zjeździk, za którym robi się wąsko, do tego leży jakaś kłoda na trasie. Jedni omijają po lewej, reszta, razem ze mną przechodzi pod spodem. Tutaj zdaje się nastąpiły pierwsze podziały. Przed sobą widzę pojedynczych zawodników, za mną też jakby mała przerwa. Wjeżdżamy na asfalt, gdzie doganiam kilka osób i razem ciśniemy dalej, od czasu do czasu próbując współpracować. Jedzie mi się średnio. Popełniłem podobny błąd jak tydzień wcześniej w Murowanej, zjadając za dużo. Mimo, że przed startem zrobiłem co trzeba, czułem pełny żołądek. Do tego pojawiły się oznaki lekkiej kolki, której próbowałem się pozbyć małymi wygibasami w trakcie jazdy. Mija mnie Hinol i kilka osób ucieka do przodu. Wjeżdżamy w teren, mała hopka i jest pierwszy punkt pomiarowy.
Dalej jest jak rollercoaster, wszystko zlewa się w całość, a świat szybko zmienia się dookoła. Momentami przyspieszam i łykam kilka osób, a potem znowu chwilowo odpadam. Wracamy na asfalt, z przodu ktoś samotnie ucieka, jedziemy w pogoni większą grupą.

Po mocnej jeździe nagle na horyzoncie pojawia się ekipa, którą bez większego wysiłku udaje się w końcu doścignąć. Moje zdziwienie (i nie tylko moje) było spore, gdy okazało się, że jedziemy razem z czołówką. Mówię do Hinola, żeby przebić się trochę do przodu, tak by w sytuacji gdy wjedziemy w teren być na dobrej pozycji. Ten wziął moje słowa na tyle poważnie, że wysunął się na czołową pozycję w grupie. Niektórzy zawodnicy ze szpicy byli trochę zaskoczeni, pytając się wzajemnie "co to za kolo w zielonej koszulce?" :D

Dłuuugi szoszowy odcinek jedziemy znowu w peletonie ok. 30 osób. W końcu teren i czołówka daje dyla. Grupa rozrywa się i Hinol ucieka mi w jednym z większych pociągów. Próbuję gonić, ale mam lekki kryzys. Kilka razy w myślach stwierdziłem że odpuszczam i czekam na kogoś z tyłu. Jadę jednak w miarę równym tempem i mimo wszystko nie zostaję aż tak bardzo w tyle. W końcu doganiam lokomotywę, jedziemy dalej. Niektóre grupy można porównać do jadącej sprężyny, która jedzie ściśnięta, po to by od czasu do czasu rozciąąągnąć się :) Dobre kilkanaście kilometrów odbijam się na tyłach tej sprężyny, ale w końcu zażegnuję kolkę, kryzysy i zaczyna mi się jechać trochę lepiej. Czuję zmęczenie, ale wyrównuję tempo, dochodzę do większej grupy i trzymam się już dalej.

Pod koniec pierwszej pętli giga, w lasku widzę zieloną koszulkę. Nie mogę skojarzyć kto to, bo przecież nie mijaliśmy ani Mega ani Mini na trasie. W końcu zauważam że to Miki i gdy dojeżdżam bliżej, mówię mu że jest "pipą" bo dał się zdublować. Potem jednak okazało się, że Miki nieświadomie skrócił trasę.

Wjeżdżamy na pętlę mini, jedziemy wraz z Hinolem w kilkuosobowej grupie. Daje się zauważyć nieznaczny wzrost tempa, choć wszyscy jadą dość równo. Jedzie mi się całkiem dobrze i długi piaskowy odcinek z zakrętem pokonuję całkiem sprawnie. Prędkość ciągle nieznacznie wzrasta, a kilometrów do mety ubywa. Na kilka kilometrów przed końcem następuje ostry zryw, który udaje mi się wytrzymać. Tutaj niestety zostaje Hinol, choć przez 70% trasy jadąc za nim myślałem, że mnie w Dolsku "zrobi".

finish
Około 3km przed metą na liczniku prawie 40km/h, nogi wydają się za chwilę wybuchnąć. Jedziemy grupą około 10 osób, z czego 2 odpada w trakcie, a ja zostaję na końcu. Wpadamy w piach, gdzie kilka osób grzęźnie, a mi udaje się przeskoczyć 2 sztuki bokiem. Gdy przed moimi oczami pojawia się tabliczka 1000m do mety, wpadam w amok, mijam wszystkich i wychodzę na prowadzenie. To był niestety duży błąd. Za mało mam doświadczenia w wyścigach szosowych i jak się okazało finiszowałem za wcześnie. Na wyciągnięcie kilku szprych do mety, mija mnie 4 zawodników, którzy w przeciwieństwie do mnie sprytniej rozplanowali siły (między innymi wykorzystując mój wariacki atak :) ). Cisnę jednak do samego końca, za mną przecież chętni na łyknięcie mojego miejsca i tak wpadamy w zawrotnym tempie metę.

deko
Dochodzę chwilę do siebie i idę spojrzeć na właśnie wywieszane wyniki. 7 miejsce w M2 z 2sec straty do 6, czyli przegrałem szerokie pudło na finiszu. Mimo to aż tak bardzo się nie przejmuję, bo cieszy mnie bardzo wysokie (jak na mnie) miejsce Open - 14. Na mecie szybko przybywa zielonych.
Największa niespodzianka czekała przy dekoracji, gdy okazało się że po weryfikacji wyników, udało mi się wskoczyć na 6 miejsce. Fajna sprawa, trzeba to jeszcze kiedyś powtórzyć ;-)

2h44min @ 29.8km/h

Ocena: (3)
0 komentarzy · 3605 czytań ·
Komentarze
18 kwietnia 2011 22:15:49
Szczerze gratuluję - zarówno rewelacyjnego miejsca jak i wyśmienitej relacji :).
18 kwietnia 2011 22:40:59
Uch... ale się czyta, człowieka uda zaczynają boleć w trakcie czytania!!! Świetnie napisane.
19 kwietnia 2011 00:45:52
To była czysta przyjemność zadawać sobie ból, ścigając się na takim poziomie B)
Nie odżałuje tego, że odpadłem od grupy na 2 km przed metą, ale nie można mieć wszystkiego ;) Na następnym maratonie będę pilnował, aby jeść cokolwiek po drodze ;p
19 kwietnia 2011 10:43:06
Brakuje jeszcze pewnej pary, która towarzyszyła w podróży :D Lad Gaga i Wiendlocha :p
19 kwietnia 2011 22:23:23
Super relacja, Lukcio! I gratulacje za - jak to ujął Hinol - ściganie się na takim poziomie! B)
20 kwietnia 2011 07:55:17
Extra, powinszować pierwszego pudła u Golonki. Miejmy nadzieję, że będzie ich więcej w tym sezonie.
Relacja super !
26 kwietnia 2011 22:30:19
Szacun proszę Pana :) brawo!
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.