MTB Trophy 2011 czyli cztery dni stanu podgorączkowego
Dodał(a): Andrzej Łopata Andy
03 lipca 2011
Wyjazd na MTB Trophy był dla mnie wyzwaniem zaplanowanym na ten rok. Wyzwaniem dlatego, że na samą myśl o stracie w tych zawodach, się stresowałem. Decyzję podejmowałem w zimie i długi okres pomiędzy decyzją, a startem należało dobrze wykorzystać. Co innego jednodniowe zawody, które jeśli się chce, można ukończyć nawet idąc. Po drugie najczęściej startuję na dystansie mega i jestem zazwyczaj mocno zmęczony, a w tym przypadku każdego dnia czekało nas trasa giga. Cztery dni ścigania to próba charakteru i sprzętu, nawet przy dobrym przygotowaniu. Nie miałem jakiegoś szczególnego planu przygotowań, po prostu starałem się regularniej jeździć niż w poprzednich latach. Stan moich przygotowań kontrolował Marcin, kolega z „Rowerowania”, który ciągle mówił, że za mało trenuję:). Ale im bliżej do startu czułem, że lepiej mi się jeździ . Niestety trzy tygodnie przed startem mocno pokiereszowałem się w Zawoi. Ogólnie tylko mocne stłuczenia, ale rany długo się zabliźniały, a ja nie mogłem nabrać zaufania na zjazdach, szczególnie jeśli trzeba było jechać szybciej. Sprzęt też średnio przygotowany, musiałem wrócić do swoich starych ciężkich kół, poza tym hamulce i napęd jeszcze reanimowałem w ostatnim tygodniu.
Przyszedł dzień wyjazdu i ruszyliśmy wspólnie z Maciem i Pepe. Maciu to młody wirażka, dla którego czym trudniej tym lepiej, z drugiej strony matura nie pozwoliła mu się przygotować na 100%. W dodatku na trzy dni przed startem „rozkwasił” kolano i nie wyglądało to najlepiej. Pepe, doświadczony , siła spokoju, poza tym tereny MTB Trophy zna jak własną kieszeń. Ukończył wszystkie poprzednie edycje tych zawodów, więc nic nie powinno go zaskoczyć. Wspólne przebywanie w takiej obstawie dodawało mi pewności siebie.

Pierwszy dzień. Na rozgrzewkę etap o długości o 65 km. M.in. Stożek, Czantoria, Orłowa, o przewyższeniu ok. 2400 metrów. Poniżej tego przyzwoitego „poziomu” nie schodziliśmy każdego dnia, ale też nie przekroczyliśmy magicznej cyfry 3000 m. przewyższeń, przynajmniej oficjalnie, bo urządzeń pomiarowych, które by to potwierdziły nie miałem ze sobą. Dojazd z domku, z naszej bazy na start to ok. 2 km. W połowie drogi, kilkanaście minut przed startem, Maciu traci płyn w tylnym kole. Szybka decyzja i powrót z Pepe na wymianę koła. Ja powoli jadę na start, bo chyba więcej mógłbym przeszkodzić niż pomóc przy tej operacji. Tam kilka znajomych twarzy, zamieniam z nimi kilka słów i ustawiam się na końcu stawki. Na kilka minut przed startem dojeżdża Pepe, a Maciu ma być za chwilę bo jeszcze pozostało mu dopompować koło.
Start. Z Pepe ustalamy, że w pierwszym etapie każdy jedzie swoim tempie. Jeśli nasze tempo będzie podobne, wtedy w kolejnych dniach będziemy jechać bliżej siebie. Na starcie nie widzę Macia i nie wiem czy w końcu wystartował. Bolące kolano, problemy z kołem, „za pięć dwunasta” to wystarczające powody, żeby nie wystartować. Start, ale to sygnał dla tych z przodu. A my z tyłu; mija kilka chwil zanim przejeżdżamy linię startu, więc na początek trochę mocniejszego kręcenia żeby wyprzedzić wycieczkowiczów. Jednak na bardzo ostry start się nie nastawiałem, bo w głowie miałem rady Kuby, dwukrotnego finishera MTB Trophy: startuj powoli i dużo jedz na bufetach. Wydaje mi się więc, że jadę poniżej swoich możliwości, ale i tak cały czas kogoś wyprzedzam. Czuję się dobrze i fajnie się jedzie. Przed Kiczorami pierwsza zsiadka z roweru. Większa stromizna, trochę większych kamieni i zawodnicy przede mną tamują ruch. Jadę ile mogę, ale i tak na chwilę muszę podchodzić, a właściwe to podbiegać. Później podjazd pod Stożek i szybki zjazd. Nic trudnego, ale jadę asekuracyjnie, dużo hamuję. Nie boję się stromizny, kamieni, ale szybkiej jazdy po takiej nawierzchni. Inni mnie wyprzedzają. Coś się zmieniło! We wcześniejszych maratonach na zjazdach albo to ja wyprzedzałem albo utrzymywałem swoją pozycję. Powody mogą być dwa: albo ostatni wypadek usztywnił mnie albo poziom zjeżdżających na MTB Trophy jest wyższy niż na dystansie mega, golonkowych maratonach. Taki stan rzeczy trochę mnie martwi, bo co miało dawać mi ulgę przez te cztery dni, to szybkie zjazdy. No cóż, trzeba przełamywać swoje ograniczenia, jechać i zobaczyć co będzie dalej. A dalej Czantoria. Nadeszła tak szybko, że musiałem dopytywać turystów czy to naprawdę już. Podjazd kamienisty, ale już więcej miejsca więc tym razem udało się wdrapać bez schodzenia z roweru. Zjazd z Czantorii szybki i długi, więc kolejnych kilka miejsc spadłem niżej. Niektórych zawodników wyprzedzałem trochę wcześniej, bo na podjazdach jedzie mi się dosyć dobrze i zaczynam lubić te odcinki trasy. Właściwie nigdy nie pomyślałbym, że będę wolał podjeżdżać niż zjeżdżać.
Bufet znajduje się mniej więcej w połowie trasy, a tam trochę nerwowo porusza się Szary z Kellys Team. Jego rowerem zajął się serwis więc musi się teraz czekać na ponowne uruchomienie sprzętu. Z dalszej części trasy pamiętam jeszcze podjazd na Orłową, podejście po płytach oraz błotną końcówkę etapu. Całe MTB Trophy pamiętam fragmentarycznie, co jakiś czas przypominam sobie kolejne momenty, ale bardzo dokładne odtworzenie jest trudne. Wracając do tego co pamiętam; na Orłową dało się wyjechać, ale mnie zmęczyła. W połowie podjazdu po płytach, zacząłem podprowadzać rower jak inni zawodnicy. Dopingował nas starszy siwy Pan i pocieszał;), że trudniejszy odcinek przed nami. Później okazało się , że ten Pan będzie z nami na każdym etapie. Podczas kolejnych etapów zawsze cieszył mnie jego widok i gdybym nie miał zajętych rąk klaskałbym mu za to, że Nam towarzyszy. Wracając do pierwszego etapu, kiedy wydawało mi się, że pozostał już tylko szybki zjazd do mety okazało się, że czeka nas błotna przeprawa, która nie chciała się skończyć. Na metę wjeżdżam 151 open, tuż przed zawodnikiem teamu OSOZ, który mówi że jedna czwarta za nami. Widzę Macia, więc jest dobrze bo udało się ukończyć pierwszy etap pomimo wcześniejszych przeciwności losu . Trochę posiłku i na koniec mycie obowiązkowe mycie roweru. Pojawia się Pepe czyli komplet zielonych ma mecie.

Potem wracamy do domu, gdzie odbywa się nasz codzienny rytuał powyścigowy. Najpierw prysznic, potem leżakowanie, obiadokolacja, leżakowanie, serwis rowerów i powrót do leżakowania. Do tego dochodzą inne drobne czynności, ale ramowy plan działania nie zostaje zaburzony, nawet wtedy kiedy przyjeżdżają chłopaki z zielonej grupy wsparcia: drugiego dnia MisQ, a trzeciego Kuba i Versus. Z kolei nasza taktyka na poranek to jak najdłużej pozostać w łóżku, a kiedy już jest bardzo późno, wyjeżdżamy na start. W międzyczasie napychanie się na śniadaniu, w trakcie którego spieramy się czy moc drzemie w dżemie ( opinia Pepe) czy siła jest w miodzie z lipy ( zdanie moje):).

Drugiego dnia, w efekcie naszego porannego lenistwa spóźniliśmy się na tzw. start honorowy w Istebnej . Ten właściwy zaczynał się po czeskiej stronie kilka kilometrów dalej. Wracając jeszcze do poranków, każdego dnia czułem pewien rodzaj pobudzenia, a z drugiej strony obawy jak to dzisiaj będzie. Lekarz nazwałby to stanem przedgorączkowym. A drugiego dnia można było się bać, bo czekał nas najdłuższy etap, nazwany przez organizatora Biały Krzyż, a dla mnie to po prostu czeski etap. Do przejechania ok.85 km, a doliczając dojazd z Istebnej na start po czeskiej stronie tam i powrotem można było dobić do setki. Przed tym etapem czułem się nie najgorzej, ale oczywiście największe obawy budził we mnie długi dystans. Rzadko takie pokonuję, a tym bardziej na górskich maratonach.
Pierwsza część trasy nie robi na mnie większego wrażenia i do pierwszego bufetu dojeżdżam w dobrym nastroju. Pamiętając jednak słowa Kuby, żeby dużo jeść, wrzucam w siebie duże ilości kawałków grejpfruta, arbuza, a na koniec przegryzam ciasteczkami. Kilka osób które wyprzedziłem albo nie zatrzymywało się albo zaliczyli tzw. bufet ekspres. Nie przejmuje się, bo mam teraz więcej energii. Na efekty nie trzeba długo czekać. Ponownie wyprzedzam tych nierozsądnych, którzy zapomnieli że jeszcze czeka nas długa jazda. Duża część trasy po pierwszym bufecie to korzenno-błotne sekcje bez dużych przewyższeń, ale na których jazda przebiega rwanym tempem. Czasami trzeba zejść, bo kładka, innym razem błoto i korzenie. Można powiedzieć, że nieprzyjemny odcinek trasy, ale akurat ja takie lubię. Potem długi zjazd, po którym przyszła pora na długie podjazdy. Miały być trzy solidne podjazdy, a potem drugi bufet. Wszystko to gdzieś w okolicach Białego Krzyża, wokół którego kręciliśmy się jak obłąkani. Ten odcinek był nieznośny, bo po pierwsze nie mogłem namierzyć miejsca w którym jestem, a korzystałem z profilu trasy, które codziennie w formie naklejki rozdawał Organizator. Po drugi wg licznika powinien być drugi bufet, a nie było. Był też w międzyczasie jeden jedyny zjazd, którego nie zjechałem w ciągu całego Trophy. To stroma sekcja z korzeniami. Był do zjechania, ale szybciej mi się zbiegało, więc nie ryzykowałem. Kiedy w końcu przyszedł drugi bufet ok. 50 km, miła obsługa poinformowała mnie że jeszcze do przejechania tyle samo. Pomyślałem sobie to i tamto o GG, że znów przestrzelił z trasą, ale pojadłem, popiłem i pojechałem. Przestałem myśleć o trasie tylko jechać. Na początku wyprzedziłem dwie, trzy osoby, a potem samotna jazda aż do trzeciego bufetu. Bardzo szybki odcinek trasy, bez trudnych podjazdów i zjazdów, na dużej wysokości, chyba najprzyjemniejszy jak dla mnie z całego Trophy. W ogóle druga część trasy tego etapu jechała się bardzo dobrze. Trzeci bufet był krótki, bo tam już pomagał MisQ, który zdążył dojechać, aby nas wspierać mentalnie oraz jako serwis. Krótka odprawa i jazda dalej. Do mety było ok. 15 km, ale miałem jeszcze siły żeby mocno kręcić. Szczególnie było to widać na podjazdach, gdzie z każdym obrotem korby zyskiwałem nad przeciwnikami. Pod koniec udało się wyprzedzić jeszcze Estończyka, ale Łotysza już nie. Właściwie i tego drugiego miałem na widelcu, ale przed ostatnim zjazdem po stoku narciarskim była wąska ścieżka, w wysokiej trawie. Nie chciałem już robić nowej, a zjazd pojechałem spokojnie nie ryzykując. Na mecie okazało się że długość trasy odpowiadało temu co zapowiadał Grzesiek Golonko, a więc musiałem go w myślach przeprosić, za wcześniejsze słowa niewypowiedziane, ale pomyślane:). Od mety do bazy zawodów w Istebnej wracałem z chłopakami z teamu TTC Toruń Jade. Podjazdy podobno ćwiczą na jednej górce, którą mają w
Toruniu. Podjeżdżają wiele razy i tak budują formę na MTB Trophy ;) W ogóle to startują przede wszystkim w cyklu Mazovia.
Drugi etap ukończyła cała nasza trójka, ja tym razem na 138 Open. Zyskaliśmy dodatkowo MiśQ’a, nieocenionego przed, w trakcie i po wyścigu.
Bywało i tak!


Trzeci etap został już wcześniej ochrzczony mianem królewskiego. Czułem respekt i nie wiedziałem jak mój organizm zniesie kolejny trzeci dzień jazdy w tempie wyścigowym. Ponieważ, zapowiadało się pogorszenie pogody w trakcie wyścigu, etap został zatwierdzony w wersji short, 72 zamiast 81 kilometrów. Dotychczas pogoda nas rozpieszczała, nie było za gorąco, a jeśli podało to wieczorem, w nocy lub rano, ale przed wyścigiem.
Na początek etapu podjazdy zwieńczone odcinkiem po płytach na Ochodzitą. Już minęła pierwsza gorączka przedstartowa, już się rozkręcałem, aż tu trach i poczułem lekkość kręcąc korbą. Zerwany łańcuch. Ale jak to, przecież ja nigdy nie zerwałem łańcucha, zawsze uważałem że to zasługa mojego stylu jeżdżenia. Pierwsza myśl, może się wycofać, ale szybko ją odrzuciłem. Przejeżdżają inni żartując, że za dużo mocy w nogach :). Spinki nie wziąłem, bo po co, ale mam skuwacz. Myślę sobie, nadjedzie Pepe, to mi pomoże. Nadjeżdża, więc mówię „Pepe pomożesz?”. Ok, widząc błaganie w oczach. Pepe wyznaję zasadę „nie zasiejesz, nie zbierzesz”, więc nadzorował prace i pomagał, ale skuwanie pozostawił dla mnie. Jedziemy dalej. Ruszam ostrożnie, żeby na nowo nie urwać łańcucha, dojeżdżam do Karczmy pod Ochodzitą i zaczynam podjazd po płytach. MiśQ zaopatruje mnie w spinkę i kręcę mocniej żeby poradzić sobie ze stromym podjazdem. Znów luz, znów zerwany łańcuch. Wołam MisQa, szybka pomoc, spinka założona, na koniec rada od kolegi „jedź ostrożnie” i jadę dalej. Spadłem na koniec stawki, więc teraz szybko wyprzedzam. Zapominam o początkowych kłopotach i napędzam się myślą, że ciągle ktoś do wyprzedzenia. Z taką myślą, jechałem do końca etapu, bo wiedziałem, że przede mną jadą słabsi. Pierwszy bufet szybko, dalej wyprzedzam, po drodze kilka zjazdów, które tradycyjnie pokonuję z dużym respektem i drugi bufet. Jest tam już MisQ, pomaga i motywuje do dalszej jazdy. Podjazd pod Wielką Raczę jadę równym tempem, spokojnie wyprzedzając tych, którzy szybciej nie mogą. Bardzo przyjemny fragment, bo organizm wchodzi w pewien rytm, droga jest dosyć szeroka, więc nie trzeba niepotrzebnie tracić energii na jazdę „szarpaną”. Zjazd z Raczy miejscami jest trudny, w kilku miejscach jest ślisko, są koleiny, spadam kilka miejsc niżej, bo zjeżdżam spokojnie. Dalej jadę wg schematu mocno, równo na podjazdach i płaskich, spokojnie, ale bez odpuszczania na zjazdach. Jazda przynosi efekty, bo przesuwam się do przodu w stawce. Na przedostatnim podjeździe wyprzedzam Kasię G., a to pozwoliło mi określić mniej więcej miejsce w stawce. Wiedziałem, że na koniec etapu stracę do tych z którymi się ścigałem w poprzednich dniach, ale wiedziałem ile udało się odrobić straty z początku etapu. Od ostatniego, w sumie niepotrzebnego bufetu, ścigam się z zawodnikiem teamu Knorr Gorący Kubek. Na zjazdach pozwalam się mu wyszaleć, ale na ostatnim podjeździe przypuszczam atak, wiedząc że się nie obroni. Na koniec znana z pierwszego etapu błotna przeprawa i kąpiel w błotnej kałuży.
Etap miał być królewski, ale chyba taki nie był. Przez awarię przejechałem go niewiele myśląc międzyczasie. W efekcie 168 miejsce open. Drużyna na mecie znów w komplecie. Przed wyścigiem miałem obawy związane z kolanem Macia, które dawało mu się we znaki każdego dnia, ale znalazł na niego sposób.
Siła drużyny


Przed czwartym etapem kolejne wsparcie teamowe czyli przyjazd Kuba i Versus. Ostatni etap podobno kończy się nawet na pieszo, ale jednak do przejechania było znów ok. 70 km i 2500 przewyższeń. Etap na północ od Istebnej, z punktem kulminacyjnym na Klimczoku. Od startu tego dnia nie czułem mocy, nie mogłem się rozkręcić. Chyba dlatego w pierwszej fazie wyścigu kilka krótkich podjazdów z korzeniami i kamieniami podchodziłem. Opony często się ślizgały, a ja nie miałem siły dokręcić dwa, trzy razy korbą, żeby nie schodzić. Z pierwszej części pamiętam jeszcze zjazd do drugiego bufetu, który udało się zjechać w całości, łącznie z krótką ścianką, na bufecie określaną jako „nie do zjechania”. Początek długiego podjazdu pod Klimczok, podprowadzam, a potem podjeżdżam żółwim tempem. Wyprzedzają mnie znajome twarze zawodników teamu Jade z Torunia. Mam wrażenie, że zjedli coś wzmacniającego, ale tak naprawdę to chyba ja dzisiaj jestem słabszy. Dalej już powinno być łatwiej, ale jeszcze bezpiecznie przejechać zjazd do Brennej. Przypomina mi o tym Wojtek z drużyny Sudety MTB Challenge. Zjazd był długi, a najtrudniejsze odcinki to te z luźnymi kamieniami. Jest w końcu asfalt, mogę odetchnąć. Teraz jeszcze trzy większe podjazdy i już prawie meta. Najtrudniejszy był pierwszy z nich, w trakcie którego musiałem podchodzić w najbardziej błotnym odcinku. Na asfaltowym podjeździe w okolicach Kubalonki, co raz trudniej było zmotywować nogi do jazdy na większych obrotach. Starałem się utrzymać jedynie swoją pozycję. Tracę jedno miejsce na końcu podjazdu, ale odzyskuję na szybkim zjeździe. Ścigam się z zawodnikiem w żółtej koszulce BGŻ. Potem mały podjazd, już naprawdę ostatni i znów jestem z tyłu i pewnie tak by zostało. Zjazd do lasu, kolega przede mną niefortunnie wjeżdża w koleinę, rower staje w miejscu i zalicza klasyczne OTB. Pytam jak się czuje, odpowiada, że w porządku. No cóż nie ma litości dla rywali, omijam i pędzę do mety. Pędzę to za dużo powiedziane, bo przejeżdżamy przeklętym odcinkiem znanym z końcówki pierwszego i trzeciego etapu. W końcu upragniona meta, ale nie tylko czwartego etapu, ale i całego MTB Trophy. Koszulka finiszera w rękach i dzielę się pierwszymi wrażaniem z Miśkiem, który tego dnia zdecydował się towarzyszyć nam na trasie. Ten etap dla jechało mi się najgorzej ze wszystkich, po prostu nie czułem już mocy. Rezultat tego dnia to 133 miejsce open.

Całe MTB Trophy ukończyłem na 137 miejscu open na 335, którzy ukończyli i blisko 450, którzy wystartowali. Wrażenia bardzo pozytywne, bardzo ciekawe trasy, nawet jeśli nie całe, to fragmentami. Było wszystko, trochę błota, trochę korzeni, luźne kamienie, szybkie szutry, singieltracki. Widoków nie brakowało, chociaż w trakcie jazdy trudno się rozglądać dookoła. Muszę przyznać, że pogoda nas rozpieszczała, bo praktycznie nie spadła na nas kropla deszczu w trakcie trwania wyścigu, a i upał nie dokuczał.
Na koniec dziękuję chłopakom z drużyny, tym co startowali i tym co byli na trasie w innej roli. Mając takie wsparcie zdecydowanie łatwiej się przygotować się do każdego etapu i potem go pokonać.


Ocena: (0)
0 komentarzy · 3088 czytań ·
Komentarze
04 lipca 2011 11:38:00
piekna relacja Andy :) jak czytam takie cos zawsze sobie mowie ze tez wystartuje, a jakos potem zawsze brakuje mi motywacji... szkoda ze nie jest to wyscig parami, bo wtedy moze ktos by mnie chcial zmotywowac :D
08 lipca 2011 11:06:22
Dopiero teraz zmobilizowałem się do przeczytania Twojej obszernej relacji. Gratuluje koszulki finisher i zupełnie fajnego wyniku! Zazdroszczę i mam nadzieję, że kiedyś jeszcze uda mi się zaliczyć tą niemal kultową już imprezę :)
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.