Nagroda pocieszenia. Tak traktowałem ten wyjazd. Tegoroczne plany rowerowe wyglądały inaczej, nie wypaliły, a ten wyjazd miał podnieść moje upadłe morale.
Pikuj kusił od dawna, pamiętam jak dziś, dzień gdy stałem na szczycie Tarnicy w wietrzny majowy dzień i opierałem się porywistym podmuchom wiatru. Był koniec lat 80-tych. Po niebie przewalały się ciemne chmury, pod flanelową koszulą i mokrym od potu bawełnianym podkoszulku czułem dreszcze zimna. Stałem wpatrzony na południowy wschód i obserwowałem rysujące się w oddali sylwetki nieznanych góry. Tam była wtedy „terra incognita” Wydawały się tak blisko, a były tak daleko. Połonina Równa, Pikuj, Borżawa. Znalem te nazwy z literatury górskiej ale znaczyły one dla mnie tylko tyle co niewyraźne kształty wznoszące się w oddali. Wstrząsnął mną kolejny dreszcz zimna gdy lodowaty podmuch wiatru przypomniał o swojej obecności. Pierwsze krople deszczu zmusiły mnie od podniesienia plecaka z aluminiowym stelażem. Grymas na twarzy w chwili gdy zimny podkoszulek zetknął się z plecami i ociągając się, oraz kradnąc ostatnie spojrzenia w dal, pomału zacząłem schodzić do Wołosatego.
No dobra, starczy tych wspomnień i nostalgii. Od dłuższego przecież już czasu można bez problemów zwiedzać tę część Karpat. Zrobiłem to, już dawno. Wyposażony w najnowsze zdobycze techniki, wygodne buty, lekki plecak, przeróżnego rodzaju „goretexy” eksplorowałem góry z młodzieńczych marzeń. Ale jakoś tak się złożyło, że te najbliższe, te które obserwowałem wtedy z Tarnicy pozostały niezdobyte. Nadszedł czas by to zmienić. Kto by pomyślał, że zrobię to na rowerze. A tak się właśnie stało.
Wyruszamy z Roztok Górnych koło Cisnej. Jest nas dwóch. Ja, oraz mój kompan o wymownym pseudonimie „Nomad” W założeniu wyjazd ma być terenowo-asfaltowy więc nasze rowery nie są obciążone sakwami. Ekwipunek został ograniczony do minimum, na bagażnikach tylko namiot i karimata, reszta w plecakach. Nie jest to może najwygodniejszy sposób podróżowania na rowerze, ale aby dotrzeć tam gdzie zamierzamy musimy iść na pewne kompromisy. W tym wypadku oddaliśmy wygodę w zamian za dużo większą mobilność.
Na początek czeka nas krótki podjazd na przełęcz. Stamtąd zjeżdżamy już na Słowację. Nigdy nie byłem w tych rejonach i ciekaw jestem jak wyglądają Słowackie Bieszczady. Coś tam próbuję obejrzeć ale nie za wiele się da bo droga mocno wyboista. Dużo kamieni, zdarzają się łachy piasku, mocno w dół, sporo serpentyn. Trzeba uważać. Szybko tracimy wysokość i osiągamy asfaltową drogę w dolinie. Plenery naprawdę urzekające, zadziwiające jest to, że nie spodziewałem się tutaj takiej pustki. Myślałem, że nasze Bieszczady są słabo zaludnione. Okazało się w jak wielkim byłem błędzie. Jadąc od samej granicy przez prawie 25 km przemieszczamy się po całkowitym bezludziu. Jakiś tam jeden domek (chyba leśniczy) oraz budka straży granicznej. To wszystko. Znakomite miejsce do założenia pustelni. Aż się rozglądałem za jakimś ale albo się schował albo właśnie medytował.
W końcu jednak docieramy do cywilizacji. Miasteczko Stakcin mijamy nawet się nie zatrzymując. Do tej pory poruszaliśmy się prawie cały czas w dół i teraz ze zdziwieniem odkrywamy, że istnieje coś takiego jak podjazd. Niby nieduży ale nogi na początku trochę protestują. Turlikamy się pomału na górę, a stąd już szybko i sprawnie docieramy do przejścia granicznego w Ubla. Granicę przekraczamy bardzo szybko i możemy zrobić pierwsze zakupy towarów opisanych cyrylicą.
Jedziemy dalej. Pasuje dzisiaj dojechać jak najbliżej Użoka, bo stamtąd właśnie zamierzamy zaatakować Pikuja. Mijamy Malyi Bereznyi. W Welkyi Bereznyi Nomad proponuje skrót. Jakoś sceptycznie się do tego odnoszę ale nie chcąc już na początku wyprawy robić kwasów potulnie jadę za nim, Jak można się było domyślić asfaltowa z początku droga szybko zmienia się w szutrówkę kiepskiej jakości. W miarę posuwania się do przodu, kiepska jakość przechodzi w fatalną. Dziura na dziurze, pył, luźny żwir. Z kolejnymi metrami fatalna szutrówka zmienia się w trawiastą drogę, a ta z kolei ewoluuje w kierunku ścieżki. Po prawej stronie rzeka, po lewej nasyp kolejowy i domy. Za nimi w odległości 20-30 metrów widać jadące „normalną” drogą samochody ale nie ma szans się tam dostać.
Chwila narady, można by się wrócić ale to spory kawałek, a przecież upragniona droga jest tak blisko. Od naszej ścieżki odbija inna i kierujemy się w interesującym nas kierunku.
Idę pierwszy, przenoszę rower nad przeszkodami, mijam poletko z jakimiś roślinkami i ewidentnie wychodzę na czyjeś podwórko. Widać zamkniętą bramkę, za nią przejeżdżają już samochody. Chwilę stoję i dumam co by tu zrobić. Co gorsza, na podwórku dostrzegam dwa sporej wielkości kundle. Ja je widzę ale one mnie jeszcze nie. To chyba najlepszy moment na odwrót. Robię to właśnie lecz jakoś tak niezgrabnie, że hałasując wywołuję wojnę. Psy momentalnie doskakują do nas i ujadając robią okropny harmider. Nie ma sensu uciekać, staję mając nadzieję, że może gospodarz wyjdzie z domu, jakoś się mu to wszystko wytłumaczy, po czym spokojnie pozwoli nam wyjść przez furtkę. Widzę, że Nomad pośpiesznie wycofuje się do tyłu. Czekam chwilę, psy nadal ujadają ale póki co trzymają się na dystans. Niestety z domu nikt nie wychodzi. Nie ma sensu stać tak dalej, zaczynam odwrót ale ze zdziwieniem widzę, że Nomad znów idzie w moim kierunku. Za nim idzie mężczyzna w kąpielówkach. Od rzeki słychać było głośne głosy, pewnie zażywał kąpieli. Coś tam usiłujemy tłumaczyć, mężczyzna kiwa głową, uśmiecha się i mówi „Ne wadi”
Rzuca kilka głośnych słów w kierunku psów, które widząc gospodarza nabrały sporo odwagi i już naprawdę zaczęły dobierać się nam do nogawek. Z domu wychodzi jeszcze gospodyni i również głośno krzyczy na pieski. Pomimo takich mocnych posiłków musimy szybko uciekać z podwórka bo psiaki mają wyraźnie ochotę nas capnąć. Nie ma się co dziwić, naruszyliśmy tak ewidentnie ich teren, że już bardziej nie można było.
Z ulgą wydostajemy się na drogę, rzucamy kilka słów podziękowań i szybko oddalamy się po gładkim asfalcie.
Jest już późnawo i pomału rozglądamy się za noclegiem. Do Użoka już nie tak daleko ale nie dojedziemy tam dzisiaj. W jakiejś wsi wypatrujemy fajne miejsce nad rzeką. Szybko rozbijamy obóz i spędzamy ten wieczór przy ognisku i na pogawędkach.
Ranek jest piękny, Pogoda cały czas upalna. Słońce szybko zaczyna operować i poranna rosa błyskawicznie wysycha. Kilka minut po godzinie ósmej jesteśmy gotowi do dalszej drogi. Nomad proponuje uderzyć na Pikuj niebieskim szlakiem z Użoka. Osobiście widziałem to trochę inaczej. Szkoda mi trochę przełęczy Użockiej, no i obawiam się też ukraińskich szlaków. Z moich doświadczeń wynika, że wędrówka po górach w tym kraju sprawia sporo problemów nawigacyjnych. Niebieski szlak skręca w Użoku w dolinę i początkowo biegnie równolegle do głównej grani, a następnie prostopadle wbija się na nią kilka km za przełęczą Użocką. Z mapy widać, że będzie stromo. Trochę mi to nieciekawie wygląda ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Przełęcz Użocką zostawię sobie na następny raz. Będzie okazja tu wrócić.
No to jedziemy. Ostatnie zakupu w sklepie. Pod sklepem jakiś psiak zapałał do nas przyjaźnią i towarzyszy nam przez dobrych kilka km. Dopiero na jakimś zjeździe zostaje za nami. A my skręcamy na niebieski szlak. Początkowo biegnie wygodną drogą. Asfaltu „niet” ale jedzie się przyjemnie. Pomału łapiemy wysokość. Kłopoty zaczynają się gdy nasz szlak ma skręcić w stronę gór. Nie możemy zlokalizować tego miejsca. Mapa pokazuje jedno, GPS pokazuje co innego, w realu jest jeszcze inaczej. Co ciekawsze od czasu do czasu dostrzegamy niebieskie znaki na drzewach chociaż już nie powinno ich tutaj być. Szybko jednak znikają i one i jedziemy już wyłącznie na czuja. Przed nami rozstaje dróg. Niby ta lepsze skręca w prawo ale wybitnie nie prowadzi w pożądanym kierunku. Jedziemy więc w lewo. W górze widać niekiedy połoninę na wysokim grzbiecie. Czuję, że za chwilę będzie się działo.
Jak można się było domyślić droga szybko zaczyna znikać w wysokiej trawie. Mijamy ostatnie gospodarstwo, jakieś małe bagienko i poruszamy się już po rozległych łąkach. Do tej pory złapaliśmy sporą wysokość, a widoczna u góry przełęcz nie wygląda na bardzo oddaloną. Brniemy w trawach po pas co jakiś czas rozglądając się wokół. Przed nami stroma ściana lasu, lecz za plecami zaczynają odsłaniać się ciekawe widoki. To nasze Polskie Bieszczady. Od tej strony wyglądają zupełnie inaczej.
Wędrówka z plecakiem i rowerem w wysokiej trawie, po wystawionym na słoneczną ekspozycję stoku nie jest miła i przyjemna. Pocimy się okropnie, łydki zaczynają piec od ocierania się o twarde łodygi traw i małych drzewek. W dodatku nadal nie wiemy co czeka nas na górze. Czy znajdziemy jakąś ścieżkę, która pozwoli wygodnie dotrzeć na grań? Czy też może trzeba będzie przedzierać się na azymut przez gęste zarośla. Nasze zapasy wody wyczerpują się błyskawicznie. Bez obaw, to nie Sahara ale bacznie rozglądamy się za jakimś źródłem wody. Znajdujemy takie w rozpadlinie skalnej, skryte w gęstych zaroślach. Zdradza je jednak wesoły dla naszego ucha plusk wypływającej wody. Gasimy pragnienie, uzupełniamy zapasy i odbywamy naradę. Nomad odpala jakieś urządzenie elektroniczne, które wskazuje nam zajmowaną pozycję na tle mapy. Okazuje się, że jesteśmy dokładnie na niebieskim szlaku, który wcześniej gdzieś nam zaginął. Jest szansa, że idąc tym tropem wygodnie dotrzemy na górę.
Początek obiecujący, wracamy się kawałek, a po chwili wąska ścieżka kieruje nas w las. Pokonujemy bardzo stromy odcinek. Buty ślizgają się po ziemi, ręce bolę od wpychania roweru pod górę. Co kawałek większe przeszkody trzeba pokonywać poprzez podrzucanie przedniego koła. Pot leje się strumieniami, odpoczywamy co kilkanaście sekund. Wyżej wydaje się lepiej, teren robi się mniej stromy ale zaniepokojenie budzi zanikająca ścieżka oraz splątana masa krzaków stająca nam na drodze. Pierwsza próba zakończona porażką. Ciężko przejść z samym plecakiem, co dopiero z rowerem. To budzi spory niepokój, tylko nie powrót! Tyle godzin mordęgi i powrót w dół?
Daję nura w krzaki i szukam jakiejś dziury w gąszczu. Wślizguję się pomiędzy ostre gałęzie i dostrzegam ukryty korytarz. Ciężko przedrzeć się z rowerem ale jesteśmy już tak zdesperowani, że naprawdę trudno nas zatrzymać. Kilkanaście metrów przedzierania się przez gąszcz i znów jesteśmy na łące. W górze widać już interesującą nas grań, nie widać żadnych przeszkód. Pozostało nam tylko wspiąć się jeszcze w górę w trawie po pas i już jesteśmy.
I jest pięknie. Ogrania nas mała euforia. Widoki cudowne, pogoda fantastyczna, do tego smakowita perspektywa jazdy wygodną drogą jaka biegnie grzbietem. Wygląda rewelacyjnie, ciągnie się w jedną i drugą stronę i obiecuje naprawdę miłą jazdę. Za to Pikuj wygląda stąd dużo gorzej. Jest daleko, naprawdę daleko, ginie we mgle wystawiając zza gór jedynie swoją charakterystyczną pikę. Po dłuższym odpoczynku ruszamy na podbój króla tych gór. Cudownie wyglądająca droga szybko objawia swe paskudne cechy, nawierzchnia jest bardzo miękka, przypomina gąbką, która ugina się pod kołami i absorbuje całą energię włożoną w pedałowanie. W dodatku pojawiają się kamienie i strome podjazdy. Tak cudownie wyglądający szlak okazuje się być torem przeszkód.
Za to widoki powalają. Morze gór wokół nas, w dole maleńkie wioski skryte w głębokich dolinach i pozornie odcięte od świata. Im dalej się posuwamy i zbliżamy do Pikuja teren robi się coraz ciekawszy. Pojawiają się skalne turnie, przepaście, coraz więcej skał. Jedzie się coraz mniej i coraz trudniej. Już nawet w dół trudno niekiedy zjechać. Wąska ścieżka wcięta głęboko w ziemię rzuca nam pod koła skały i kamienie. Bagaże nie ułatwiają zadania i poruszamy się coraz wolniej. Kilka razy mamy do pokonania skałki z elementami wspinaczki. Jedna z takich przeszkód robi nam naprawdę sporo problemów, musimy użyć wszystkich sił aby wedrzeć się na skalną fortecę.
Mijają godziny, jesteśmy już wyczerpani. Pomału zaczynamy przebąkiwać o biwaku. Patrzymy w dal i próbujemy znaleźć dogodne miejsce na nocleg. Górski grzbiet, którym wędrujemy wije się niczym wąż. Kręci, skręca i opada aby po chwili znów wspiąć się do góry. Doskonale widać naszą dalszą drogę co pozwala planować najlepsze miejsce na nocleg.
Do Pikuja jeszcze daleko, trzeba podjąć decyzję. Nie ma sensu wylądować tam pod wieczór bo będzie problem z noclegiem. Kończy nam się woda. Z mapy wynika, że będziemy mijać źródło. Trzeba zatankować i dopiero wtedy można myśleć o noclegu.
Spotykamy pierwszych turystów. I to na rowerach. Dwóch Ukraińców podobnie jak my przemierza połoniny. Spotykamy również samotnego wędrowca, który mignął nam tylko w oddali gdy trawersowaliśmy skalisty szczyt. Poza nimi jedyni ludzie jakich spotykamy to pasterze. Kilka osób, dopytujemy się o źródło i zostajemy skierowani w dół. Jest woda. Wprawdzie widać wyraźnie, że krówki tu bywają lecz woda wypływa wprost ze skały i sprawia wrażenie krystalicznie czystej. Uzupełniamy zapasy, rozmawiamy chwilę z jednym z pasterzy. Wygląda na trzeźwego i w miarę komunikatywnego. Jego kompani ograniczają się jedynie do wykrzykiwania głośnych słów, z których rozumiemy tylko jedno – PIWO
Nie mamy piwa, pasterz kiwa ze zrozumieniem głową. Jedziemy dalej, zjeżdżając do źródełka straciliśmy sporo wysokości i teraz w pocie czoła trzeba płacić frycowe. Na liczniku ledwo 33 km ale nogi jakieś takie ołowiane. Bolę również ręce i ramiona nie przyzwyczajone do długotrwałego pchania roweru pod górę. Rozglądamy się za miejscem na biwak. Z daleka szlak, którym się poruszamy wygląda na przyjazny i zachęcający do biwaku. W rzeczywistości jest jednak inaczej. Cały czas dużo skał, kamienie, dalej od ścieżki wysokie krzaki borowin lub twarda i drapiąca do krwi trawa. Mijamy jedną przełęcz, mijamy drugą, zdobywamy kolejne góry. Pikuj zbliża się coraz bardziej i zmienia swój charakter.
Jeszcze kilka godzin ginąc w mgle rzucał nam posępne spojrzenia i groził swą piką z oddali.
To władca tych gór, rzuciliśmy mu wyzwanie, a on opierał się długo i wytrwale. Rzucał nam pod koła wiele przeszkód, stawiał przed nami głębokie przełęcze i wysokie góry do pokonania. Walka trwała długo i kosztowała nas sporo sił. Teraz jednak ów tyran chyba nabrał do nas szacunku bo z bliska już nie wygląda na tak groźnego. My również odnosimy się do niego z należną czcią i szacunkiem. Wszak jeszcze nie wygraliśmy tej wojny.
Została jeszcze jedna góra i jedna przełęcz do przebycia. Już czuć zapach królewskiego dworu. Nie przystaje jednak odwiedzać władcy o tak późnej porze tym bardziej, że w końcu trafiamy na ciekawe miejsce na biwak. Jeszcze jasno, ale rozsądek podpowiada, że to może być jedyne miejsce nadające się na biwak w promieniu kilku kilometrów. Miło usiąść na trawie i napawać się tutejszym klimatem. Widoki przecudne, Pikuj o rzut beretem już całkiem spokojny zdaje się zapraszać nas do siebie. W oddali jak na dłoni cała trasa jaką pokonaliśmy dzisiaj. Robi wrażenie, wije się połoninami aby w końcu zniknąć gdzieś za kolejną górą i zasłoną z mgiełki. Szybko rozbijamy namioty, zbieramy drewno na ognisko i zaczynamy wieczorne rytuały. Namioty rozbite, drewno zebrane, można teraz coś zjeść na szybko. Potem znów chwila podziwiania krajobrazów, jakaś mała sesja zdjęciowa i zabieramy się do rozpalania ogniska. Nie jesteśmy mistrzami survivalu, pomagamy sobie zapalniczką co jednak nie przynosi spektakularnych sukcesów. Cierpliwość jednak popłaca i po kilku minutach możemy się cieszyć wesoło błyskającymi w wieczornej szarówce płomieniami.
W samą porę, bo latające i gryzące paskudztwa zaczęły właśnie masowy atak na nasze ciała. Gorące powietrze i gryzący dym skutecznie osłabił ich jednostki bojowe, które już po kilku minutach podjęły decyzję o odwrocie dzięki czemu mogliśmy się cieszyć cudownymi chwilami przy ognisku. Zmrok zapada szybko, nad głowami gwiazdy, góry nikną w ciemnościach i zostajemy tylko my dwaj i ognisko. Cisza, słychać tylko trzaskające w ogniu gałązki. Co jakiś czas z głośnym trzaskiem strzela w górę fontanna płomieni, z której ulatują małe ogniki. Wznoszą się wysoko w górę i giną gasnąc w ciemnościach.
Rozmowa szybko przestaje się kleić. Każdy z nas oddaje się czarowi tej niezwykłej chwili.
Jest cudownie, trudno to opisywać, trzeba samemu przeżyć. To dobra pora na refleksje, codzienne troski i zmartwienia zostały daleko w dole. Można się wyłączyć, powspominać, wracam pamięcią do pierwszych wypraw w ukraińskie góry. Gorgany, Czarnohora, Marumares. Pamiętam, że wtedy potrafiliśmy siedzieć daleko w noc przy ognisku i dźwiękach gitary. To byłe piękne chwile ale i teraz jest cudownie. Noc robi się coraz ciemniejsza, ognisko pomału przygasa. Żaden z nas jakoś nie kwapi się dołożyć do ognia.
Zmęczenie wychodzi teraz z nas każdą stroną. Już tylko różowy żar błyska z popiołów gdy pomału zbieramy się do namiotów. Jutro wielki dzień!
Rano nastroje bojowe. Szybkie zwijanie obozu, suszenie sprzętu z porannej rosy i już o 8 rano jesteśmy gotowi do audiencji u władcy połonin. Czujemy się zaproszeni, droga szybko mija i trudności jak gdyby mniejsze niż wczoraj. Jednak pod sam tron nie można się dostać z rowerami. No może na upartego gdyby poszukać lepszej ścieżki. My jednak okazujemy szacunek. Niech rowery zostaną na dole, a te kilka metrów po wielkich skałach pokonujemy pieszo. Jesteśmy! Tylko my! W tej chwili jedyni! Co chwilę słychać trzaśnięcie spuszczanej migawki w aparatach. Aura nam sprzyja, powietrze dosyć przejrzyste, wzrok sięga daleko. Pięknie wygląda stąd Ostry Wierch, zza którego wyłania się płaski szczyt Połoniny Równej.
Góra wygląda na trudno dostępną. Nie prowadzi tam żadna droga, w lesie brak widocznych przecinek, również pokryty połoninami szczyt nie wygląda na skażony jakąkolwiek ścieżką.
Tak mija kilkanaście minut, euforia pomału ustępuje i znów wraca kalkulacja. Jak teraz dotrzeć w dół. Obchodzimy szczyt ze wszystkich stron i bacznie szukamy potencjalnych dróg i ścieżek, które sprowadzą nas do cywilizacji. W dole dosłownie o rzut beretem wioska Biłasowica. Niestety nie za bardzo wiadomo jak się tam dostać. Widać w dole jakąś drogę, ale ewidentnie prowadzi w innym kierunku. Najprawdopodobniej zbiega do wioski Husne, której zabudowanie majaczą gdzieś w oddali. No cóż, nie ma wyjścia. Jedziemy.
Początek nieciekawy, wąską i głęboko wciętą ścieżką. Dosyć stromo, sporo kamienie i głazów. Nie za bardzo da się jechać. W miarę upływu czasu robi się lepiej i coraz częściej wsiadamy na rowery. W końcu ścieżka zamienia się w drogą, którą już sprawnie możemy zjeżdżać w dół. Co chwilę pojawiają się strome ścianki z licznymi przeszkodami, które jednak dosyć odważnie pokonuję na rowerze. Czuję już swąd palonych klocków, zatrzymuję się chwilę i sprawdzam dłonią zaciski. Nie da się dotknąć, parzą w palce. Cały czas w dół, smród jest coraz bardziej intensywny, zmienia się również dźwięk wydawany przez tarcie dźwięk.
Wyraźnie czuć, że coś dzieje się nie tak, właśnie zamierzam się zatrzymać gdy lewa klamka sterująca przednim heblem nagle mięknie i wpada do końca opierając się o chwyty. Awaryjne hamowanie tylnym hamplem omal nie kończy się glebą.
Uważnie oglądam zaciski i nie dostrzegam wycieków. Gorący okropnie ale całkowicie suchutki. Również klamka sprawia dobre wrażenie i moje zdenerwowanie awarią trochę ustępuje. Jeśli nie ma wycieków to układ jest szczelny, może po prostu klocki się starły. Bez obaw, mam zapasowe. Nie ma jednak takiej potrzeby bo klamka tak szybko jak zaczęła mięknąć tak szybko wraca do normy. Już kilka minut po całej akcji mogę znów jechać w dół z działającym heblem. Obieram teraz inną taktykę, staram się hamować pulsacyjnie dając układowi chociaż krótkie chwile na ochłodzenie. Najgorszy fragment już za nami więc bez przeszkód docieramy do rogatek Husne.
Jedziemy żwirową droga, po obu stronach drewniane chałupy , niekiedy już chylące się ku upadkowi. Oj nie przelewa się tutaj ludziom, bieda okropna, aż w oczy kłuje. Pamiętam swoją rodzinną wieś sprzed 30 lat. Wyglądała podobnie, kurząca droga zwana gościńcem, drewniane płoty, kupki gnoju tuż za ogrodzeniem, wędrujące poboczem krowy gnane przez dzieciaki no i oczywiście wszędobylskie krowie placki z ich niezbyt subtelnym zapachem unoszącym się w powietrzu. Tak wyglądała moja wieś dawno temu gdy ganiałem na bosaka z chłopakami. Taka sama, a jednak inna. Tutaj zderzają się dwie epoki. Obok walącej się chałupy często gęsto można zobaczyć nienajgorszy samochód. Na dziurawych i pokiereszowanych dachach z eternitu dumnie sterczą satelity. Niekiedy drogą przemknie najnowszy model Land Rovera wzbudzając za sobą tumany kurzu unoszącego się potem w powietrzu przez długie minut.
Pomimo tych oznak nowoczesności wioska nie sprawia dobrego wrażenia. Może pamięć mnie już zawodzi ale moja wieś tylko pozornie była taka sama. To nie może być kwestia tylko tych 30 lat.
Szybko zjeżdżamy w dół, pojawiają się resztki asfaltu. Docieramy do lepszej drogi i wdrapujemy się na małą przełęcz. Zjazd w dół, a za nim czeka nas niezbyt ciekawy fragment główną drogą. Auta śmigają koło nas ale nie ma tragedii. Pobocze szerokie, jedzie się bezpiecznie. Kolejna przełęcz do pokonania, a za nią długi i szybki zjazd. W zasadzie od samego Pikuje jedziemy poza małymi zmarszczkami cały czas w dół. Każdy kolejny podjazd jest kilka razy krótszy od zjazdu. Mijamy Niżne Worota i odbijamy na boczną drogę. Tutaj już praktycznie bez ruchu samochodowego. Jedno auto na kilka minut. Scenariusz znów ten sam, krótki podjazd i długi zjazd. Dłuższy postój dopiero w Poljanie. W centrum miejscowości stoi zdrój z woda mineralną. Bardzo smaczna, a co ważniejsze czysta i chłodna.
Z przyjemnością gasimy pragnienie, uzupełniamy zapasy wody i odpoczywamy w cieniu. To jakieś tutejsze uzdrowisko, co jakiś czas podjeżdża autobus lub bus, z którego wysypują się ludzie kierujący swe kroki do zdroju. Dzień jest gorący więc nie ma co się dziwić.
Okolica sprawia wrażenie bogatszej, domy bardziej zadbane, obejścia lepiej wyglądają, a i w sklepach lepszy wybór towarów.
Żal stąd odjeżdżać ale mamy w planie dotrzeć do podnóży Połoniny Równej. Zjechaliśmy już w doliny i teraz droga wiedzie przez nieciekawe okolice po płaskim. Na razie zwiedzanie idzie w bok i szybko łykamy kilometry. Cały czas utrzymuje się upalna pogoda. Słońce jara konkretnie i chociaż szybka jazdy na rowerze przyjemnie chłodzi to widać wyraźnie jak ciemnieją nam z dnia na dzień ręce i twarze. Dobrze, że sklepy po drodze gęsto usiane bo przynajmniej pragnienie można ugasić. Docieramy do wioski Tur’y Remoty i skręcamy w prawo. Tam w oddali wznosi się Połonina Równa. Jej płaski i pokryty połoniną wierzchołek już od dawna kuka do nas z oddali. Dzisiaj tam nie wjedziemy, już późno, trzeba pomału myśleć o noclegu. Kiepska sprawa, znajdujemy dobrze zamaskowaną miejscówkę ale blisko drogi. Ruch całkiem spory, aż się dziwimy, skąd tu tyle aut. No ale nic, trzeba jakoś przeczekać.
Ten wieczór bez ogniska. Raz, że zmęczeni jesteśmy i nie za bardzo chce się szukać drewna na opał. Dwa, że będąc blisko drogi nie chcemy przyciągać nieproszonych gości. Brak ogniska daje szybko o sobie znać. Osaczają nas tabuny komarów i meszek. Z tymi pierwszymi jeszcze jakoś da się walczyć. Są duże, widać jak atakują, słuchać ich brzęczenie, a i ugryzienia nie są tak dokuczliwe. Z meszkami sprawa wygląda inaczej. AtakujĄ znienacka, ugryzienie jest bardzo bolesne i na długo zostawia swędzący ślad. Ubieram się w długie spodnie i bluzę z rękawami. Wydaje mi się, że jestem zabezpieczony. Jedyne odkryte punkty ciała to dłonie i twarz. Ale meszki i z tym sobie radzą. Nie od razu odkrywam, że coś dzieje się w moich włosach. Najpierw drapię się raz, potem drugi raz, zupełnie bezwiednie, dopiero po chwili dociera do mnie, że te paskudztwa przedarły się przez barierę włosów i spokojnie żerują na mojej głowie. Nie ma na co czekać. Szybko pakujemy się do namiotów, w środku robię jeszcze małe polowanko na będące w środku owady i pomału myślę o spaniu.
Jutro będzie ciężki dzień.
Ranek mglisty, ale słońce szybko przebija się przez chmury. Jak zwykle nie marudzimy i już kilka minut po ósmej jesteśmy gotowi do drogi. Jesteśmy 200 metrów ponad poziomem morza. Szczyt Połoniny Równej wznosie się na ponad 1480 metrów. Sporo do podjechania.
Początek szosą, potem pojawia się szutrówka, która szybko zamienia się w betonowe płyty. Mijamy wieś Lipowiec i mozolnie wspinamy się do góry. Na tym podjeździe trzeba wykazać się cierpliwością. Nie jest zbyt trudny, kilka bardziej stromych miejsc można pokonać na miękkich biegach. Droga się trochę dłuży, zwłaszcza odcinek biegnący w lesie może okazać się monotonny. Wyżej las ustępuje miejsca połoninom i można rozkoszować się dalekimi widokami. Dzisiaj niestety nie mamy szczęście. Widoczność mocno ograniczona przez mgiełkę. Ale i tak jest bardzo ładnie. Gdzieś na wysokości 1200 metrów ze zbocza wypływa zimna i czysta woda. Świetne miejsce na ugaszenie pragnienia i odświeżenie się trochę.
Dalsza droga już nie stwarza problemów. Nachylenie jest w sam raz do jazdy. Można swobodnie kręcić i delektować się okolicznymi krajobrazami. Na szczycie ruiny bazy wojskowej. Tutaj dłuższy postój, jakiś szybki posiłek i pomału zaczynamy myśleć jak stąd zjechać. Kusi zjazd do wsi Ljuta. Jej zabudowanie są widoczne ale dzieli je stąd naprawdę spora odległość. Do tego obszar w trójkącie Ostry Wierch-Holica-Połonina Równa, przez który musielibyśmy jechać wygląda na zupełnie nie zagospodarowany. Nie widać dróg, ścieżek, przecinek leśnych. Długo rozmawiamy, oglądamy mapy, patrzymy w dół szukając jakichkolwiek wskazówek. Nie problem zjechać czy zejść w zarośniętą dolinę ale co dalej. Teren wygląda na dosyć trudny orientacyjnie, aby dotrzeć do Ljuty musielibyśmy przemieszczać się doliną, która ma sporo ślepych odnóg. Stąd gdzie teraz jesteśmy, z góry, wszystko wyraźnie widać ale co będzie w dole. Nie mamy za dużo czasu, ta wyprawa miała być w zamyśle kilkudniowa, zejście w dół może oznaczać ogromne straty czasowe. Jeszcze mamy w pamięci Pikuja, który zabrał nam cały dzień. Długo myślimy i w końcu odpuszczamy.
Nie zamierzamy jednak zjeżdżać tą samą drogą. To znaczy kawałek pokonujemy w ten sam sposób jak wjechaliśmy ale niedaleko za źródłem koło jakichś ruin skręcamy w polną drogę. Zjazd jest naprawdę ciekawy, wybitnie pod rowery MTB, najlepiej z pełnym zawieszeniem.
Ja takowe posiadam i z radością z niego korzystam. Wprawdzie plecak i namiot na bagażniku trochę psują radość zjazdu ale i tak jest naprawdę przyjemnie. Kilka stromych ścianek z ogromnymi głazami, trzeba lawirować pomiędzy kamieniami i umiejętnie operować klamkami hamulcowymi. Niekiedy trzeba zwolnić i poszukać wzrokiem optymalnej drogi przejazdu, jedną przeszkodę trzeba zaatakować w pełnym pędzie, inną należy pomału najechać, a potem energicznie dokręcić korbami aby ją pokonać. Lubię takie zjazdy, spod kół strzelają kamienie, zawieszenie wybiera przeszkody. Żyć nie umierać.
Mijamy zamulone jeziorko i docieramy do wsi Łumszory. Tuż obok drogi ośrodek wypoczynkowy. Głośna muzyka, dwa spore baseny i kilka osób leżących na leżakach. Nie zatrzymujemy się i nadal jedziemy w dół. Po dłuższym czasie zamykamy pętlę i docieramy do drogi, którą już jechaliśmy. Chwila odpoczynku pod sklepem i obgadywanie dalszych planów. Podjazd na Równą poszedł nam dosyć sprawnie. Zwłaszcza Nomad jest zaskoczony czasem. Planowo jeszcze mieliśmy jechać pod górę, a my już pojedzeni i napojeni w dolinie siedzimy. Przed nami jeszcze jeden nocleg, wypada, że będzie gdzieś na Słowacji.
Droga na przejście graniczne w Ubla nie zasługuje na jakiś szczególny opis. Wiedzie doliną, samochodów raczej niewiele, prawie cały czas płasko chociaż wokół całkiem wysokie góry.
Szybko jedziemy i sprawnie osiągamy przejście. Tam również idzie nam ekspresowo i już jedziemy po Słowackiej ziemi. Łapiemy chyba drugi oddech i kilometry mijają bardzo szybko. Aż za szybko, nie za bardzo jest się po co zatrzymywać. Teren raczej mało zurbanizowany, dwie czy trzy małe wioseczki, sklepy pozamykane. Szybko docieramy do Stakcina i zaczynamy mieć dylemat. No bo wszystko wskazuje na to, że nocleg wypadnie nam kilkanaście kilometrów od samochodu. A może podkręcić tempo i zakończyć dzisiaj wycieczkę?
Da się zrobić? Trudno powiedzieć. Do auta już niedaleko ale robi się późno. Odległość nie jest problemem ale trzeba pamiętać, że czeka nas podjazd na dosyć trudną przełęcz. W dodatku po mulącej nawierzchni. Mając w nogach już ponad 120 km i ciężki podjazd za sobą byliśmy pewni, że ten kolejny nas przytrzyma. Robi się już późno ale nie ma sensu nocować tutaj. Pomału turlikamy się do przodu. Mijamy jeziorko, tutaj łapie nas pierwszy na tym wyjeździe deszcz. Deszcz to za dużo powiedziane. Pokropiło trochę, kilka razy zagrzmiało, postraszyło i poszło sobie dalej. W nogach czuć już zmęczenie, coraz częściej byle podjazdy zmuszają do ratowanie się kołowrotkiem z przodu (najmniejszy tryb)
Coraz ciemniej, coraz mniej widać po czym się jedzie. Kończy się asfalt i docieramy do pierwszych serpentyn. Tutaj jestem już zmuszony założyć czołówkę. Snop światła rozświetla ciemność. Wokół absolutna cisza rozpraszana tylko chrzęstem moich opona na żwirze. Nade mną niebo pełne gwiazd. Nastrój robi się trochę jak z bajki, trochę jak z horroru. Co chwilę w świetle czołówki błyska jakieś tajemnicze oko. Błyśnie i zgaśnie, a dopiero po chwili okazuje się, ze to moje diody odbite w kroplach rosy pokrywającej rośliny. Tam zahuczy sowa, tuż przede mną przeleci nietoperz. Chwilo trwaj! Chcę tak jechać do rana.
Czekam kilka razy na Nomada. Mam łatwiej bo GPS zarejestrował tą trasę gdy jechaliśmy tędy kilka dni temu. Są znaki szlaku ale po ciemku wszystko wygląda inaczej. Nie widać bocznych dróg, naprawdę łatwo pobłądzić. Wspomagając się Garminem mogę jechać bez obaw o zgubienie. Było by głupio pogubić się kilka kilometrów od końca wycieczki.
Ostatni fragment jest najtrudniejszy. Nawierzchnia bardzo kiepska, dosyć stromo ale czujemy już bliski koniec i wyzwalamy w sobie resztki sił. W końcu jest, docieram na przełęcz, po chwili dojeżdża Nomad i już razem zjeżdżamy do Roztok. Zjazd wychładza nas momentalnie i pierwszą czynnością, którą robimy to narzucenie na grzbiet ciepłych i suchych ciuchów.
I tak się kończy ten wypad, który raczej nie zasługuje na miano wyprawy ale wystaje też poza ramy standardowej wycieczki. Nazwijmy to „wyprawką” Bardzo udaną wyprawką bo chociaż nie przebiegła ona zgodnie z planem i została lekko obcięta ( Borżawa) to jednak obdarzyła mnie dużą ilością bardzo cudownych chwil. Mam to szczęście, że potrafię czerpać z małych rzeczy naprawdę dużą frajdę. Każda z takich wypraw czy wyprawek jest dla mnie zawsze tą pierwszą. Pomimo, że na Ukrainie pojawiałem się już kilka razy to każdy kolejny raz przyjmowałem z ogromnym entuzjazmem i niecierpliwie przebierałem nogami w oczekiwaniu na „ten dzień” Każdy z tych wyjazdów, również ten który właśnie opisałem mogę uznać za udany i nadal mam ochotę być tam po raz kolejny. Ukraina to duży kraj usiany cudownymi plenerami i krajobrazami ale również niekiedy odstręczający swoim surowym i bardzo przaśnym wizerunkiem. Ale teraz takie czasy, że ludzie uciekają z betonowych osiedli, z asfaltowych ulic, ścieżek rowerowych, tłumów turystów i podążają tam gdzie będą mogli poczuć się samotni, gdzie wsie są naprawdę wsiami, z drogi unoszą się tumany kurzu za przejeżdżającym niekiedy samochodem, a pasące się swobodnie krowy czy konie nie stanowią ewenementu w skali globalnej. Taka jest właśnie Ukraina. A Ukraińskie góry zasługują już na całkiem osobny artukuł. No ale to niech każdy zrobi sobie już sam po odwiedzinach w krainie połonin i gorganu. Zachęcam!
Na koniec trochę statystyk.
Na rowerach spędziliśmy 4 dni. Przejechaliśmy 363 km, z czego spora część w dosyć ciężkim terenie.
Oto nasza trasa - http://rowerowanie.pl/gps.php?trackid=243
Link do zdjęć - https://picasaweb.google.com/fuurman/Ukraina2011
Uprzedzam z góry, że ja robię słabe zdjęcie. Kilka "pożyczyłem" z galerii Nomada. To są te lepsze

Jeszcze filmik nakręcony przez Nomada, fajny podkład muzyczny
- http://www.youtube.com/watch?v=WbfTSJf03Rw&feature=youtu.be








