Jak to mówią "na wariackich papierach" Tak właśnie był zorganizowany ten wyjazd. A zaczęło się wszystko od wypadku na zawodach czego efektem była kontuzja wykluczająca mnie na 2 miesiące z jazdy rowerem. Nie będę próbował opisywać jak wielkie było moje rozgoryczenie z tego faktu. Bo to stało się z końcem kwietnia gdy wiosna dało jasno znać o swej obecności, gdy dni stały się ciepłe, długie i przyjemne. Stało się to w czasie gdy w końcu powiedziałem dość morderczym treningom, odpuściłem wyjazdy na zawody i zamierzałem po prostu jeździć dla przyjemności. Proszę się nie uśmiechać, start w tym XC miał tylko utwierdzić mnie w przekonaniu, że dobrze robię, że ta decyzja była przemyślana. Chciałem udowodnić sobie, że nadal potrafię się ścigać, walczyć na trasie ramię w ramię, że jeżdżę dobrze i szybko, a na wygraną ze mną trzeba zapracować produkując solidną porcję kwasu mlekowego. Tak właśnie miało być, nadal jestem szybki, sprawny, mogę wygrywać ale zawody nie są już głównym celem. Bo nim miała być jazda dla przyjemności. I wtedy właśnie stało się to, a od tego momentu wszystko zaczęło się sypać.
Wypadek, nadzieja, że to tylko stłuczenie, poboli, poboli, za tydzień będzie wszystko ok. Niestety, tak nie było, gips na 6 tygodni, ręka boli, wszystkie plany biorą w łeb, te bliskie i te dalekie. Trwa gorączkowa walka z czasem chociaż już wiem, że przegrałem. Drugi rok z rzędu wyjazd do Albanii pada ofiarą złego zrządzenia losu. Długo wpatruję się w kalendarz i liczę dni, tygodnie. Nic nie wyliczę, matematyka nie kłamie. Jeszcze przez pierwszy i drugi tydzień mam nadzieję, ale i ona szybko wygasa gdy jeszcze w gipsie przymierzam się do kierownicy. Nie ma szans, ręka boli, czas leci, trzeba pogodzić się z przegraną. Żegnaj Albanio, do trzech razy sztuka, może zobaczymy się za rok.
Mijają kolejne dni, jest lepiej, w głowie kiełkuje kolejna myśl. Kumple, znajomi śmigają na rowerkach, dzielą się wrażeniami, łapią opaleniznę, a ja siedzę w domu. Ale nie próżnuję, ręka trochę lepsza, kolejne przymiarki do roweru wypadają o niebo lepiej. Może jednak nie wszystko stracone, może uda się jeszcze coś zrobić. W terminarzu jest ciasno, początek czerwca jeszcze za wcześnie, koniec już za późno. Zostają dwa tygodnie w środku miesiąca i tam trzeba się wstrzelić. Sprawa jest jasna, wszelki teren odpada, boczne drogi w krajach typu Ukraina, Rumunia również. Myślę trzeźwo i wiem, że nie będę w stanie od razu uderzyć na wertepy i dziury.
Pierwszego dnia miesiące czerwca idę do ortopedy. W głowie szumi, serce bije szybciej. Co powie, jakieś komplikacje, problemy, zalecenia, rehabilitacja? Gips ląduje w koszu, ręka jakaś taka lelawa i nadal opuchnięta ale wyrok nie zapadł. Oszczędzać i ćwiczyć, wszystko powinno być dobrze. Pierwsza jazda, nie jest źle ale boli. Druga jazda, może źle nie jes,t ale dobrze też nie ma. Po alejkach jako tako ale gdy trafi się przeszkoda w postaci krawężnika, dziury lub pojawiają się wstrząsy to robi się nieprzyjemnie. O terenie nie ma mowy, raz sobie zjechałem Białą Drogą i miałem dość. No cóż, trzeba walczyć. Mam dwa tygodnie na zrehabilitowanie się na tyle. żebym był stanie pokonywać długie dystanse w górach. Kolejne dni, kolejne jazdy, opaska na nadgarstku, jazda nie daje przyjemności, może jakoś nie boli specjalnie ale czuję jak nieużywane i osłabione mięśnie nie radzą sobie z obciążeniem. Ręka cierpnie, puchnie, potem zaczyna boleć. Robię dobrą minę do złej gry.
Człowiek zdesperowany jest jednak nieobliczalny. A moje desperacja była wielka, głód jazdy szarpał moimi trzewiami i nie pozwalał o sobie zapomnieć. No i właśnie dlatego mam prawo powiedzieć, że wyjazd w Alpy był zorganizowany na wariackich papierach. Bo prawda jest taka, że normalny człowiek nie jedzie na tygodniowy wyjazd w najwyższe góry Europy, nie planuje zdobycia najwyższych i najsłynniejszych alpejskich przełęczy w dwa tygodnie po ściągnięciu gipsu. Minęło dokładnie 15 dni od tej chwili gdy zameldowałem się w Fusch. To wieś u podnóża Glossgrocner, najwyższej góry w Austrii. Tędy leci najsłynniejsza w tym kraju droga wysokogórska przebijająca się przez góry i wyprowadzająca w kulminacyjnym momencie na przełęczy Hochtor na wysokość 2504 m.n.p.m. Razem ze mną Mariusz Ciekliński, w skrócie Mario. Niektórzy mogą go znać również jako Ciapek

Meldujemy się tu wieczorem, rozpakowywanie, montaż rowerów, auto zostaje na parkingu, a my jedziemy. Nasza wyprawa przez alpejskie przełęcze wbrew przeciwnościom losu rozpoczyna się. Jest już późno, dochodzi godzina 20, nie atakujemy tak bliskiego przecież Hochtora i jedziemy w przeciwnym kierunku. Tą przełęcz zostawiamy sobie na deser, zdobędziemy ją ostatniego dnia i triumfalnie zjedziemy na metę naszej wyprawy. Tymczasem teraz skupiamy się na znalezieniu miejscówki na nocleg. Mamy namioty, śpimy na dziko. Jedziemy powoli i rozglądamy się wokół, niby nie ma jakiejś gęstej zabudowy ale o odludne okolice też ciężko. Mijamy jakieś jeziorko gdzie wędkarze porozstawiali swoje namioty, próbujemy się dogadać, czy można by się tu rozbić ale opornie to idzie. Goście coś gadają, że trzeba płacić, nie wiadomo komu, nie wiadomo gdzie tego kogoś szukać. Tracimy tu czas, lecimy dalej, nic ciekawego, łąki ogrodzone, boczne drogi często oznaczone tabliczką PRIVATE. W końcu Mario uderza jakąś drogą w bok. Mijamy wieś, zbliżamy się do lasku, ładujemy się w szutrową drogę i kawałek dalej znajdujemy obszerną i nie ogrodzoną łąkę. Niedaleko zabudowania, ale jesteśmy dobrze zamaskowani z trzech stron, jedynie od strony drogi jest otwarta przestrzeń ale dzieli nas od niej jakieś 200 metrów. Jest już późno, na polu szarówka, nie ma co narzekać, dzisiaj nie trafimy nic lepszego.
Rano budzi mnie słońce, świeci na wprost wejścia do namiotu. Nie ma jeszcze godziny szóstej gdy zaczynamy krzątać się w naszym obozie. Z daleka dobiega szczekanie, drogą posuwa się jakaś kobita z kijkami od Nordic Walking, obok niej biegną psy, zobaczyły nas i głośno szczekając szybko się zbliżają. Kobitka coś zawołała, psy zatrzymały się, popatrzyły to na nią, to na nas, potem niechętnie pobiegły za swoją panią. Można spokojnie zająć się swoimi sprawami. Namiot szybko schnie, śniadanie już zjedzone, pomału pakujemy manatki. Po około godzinie pani z pieskami wraca, tym razem pieski ograniczają się do jednego szczeknięcia i nie niepokoją nas zupełnie. Przed nami pierwszy dzień właściwej wyprawy. Pogoda słoneczna, ciepło, jedzie się wspaniale, pierwsze zakupy ( drogie) i pierwsza przełęcz. Na rozgrzewkę serwujemy sobie Garlospass. Niby nic specjalnego ale trzeba się wtarabanić z tym całym majdanem na wysokość 1620 metrów. Idzie gładko, wjeżdżamy tam z marszu chociaż nie było tak lekko. Tutaj spotykamy się po raz pierwszy z plagą alpejskich dróg. Stada motocyklistów, ryczące silniki ogłuszają swym hukiem i już od teraz stają się najgorszym moim wspomnieniem z tych gór. Na szczycie znajdują się bramki gdyż odcinek tej drogi jest dodatkowo płatny. Na szczęście bikerzy nie płacą, mijamy bramki i możemy delektować się naszym pierwszym alpejskim zjazdem. Wokół wysokie szczyty, wiele z nich pokrytych jeszcze śniegiem, co chwilę robimy przerwy na sesje foto, kręcimy głowami na wszystkie strony nie możemy się nacieszyć z tych pięknych widoków.
Zjazd, pomimo, że długi szybko mija i jesteśmy już w głębokiej dolinie. W ciągu kilkunastu minut zjechaliśmy 1000 metrów w dół i szybko odczuwamy zmianę klimatu. Jest okropnie duszno i gorąco. Jechać się da, ale jak tylko człowiek się zatrzyma to jak na zawołanie pojawiają się kropelki potu na ciele. Droga, która jedziemy jest nieprzyjemna, sporo samochodów, od czasu do czasu tunel, kierowcy trąbią, irytują się, że nie jedziemy objazdami. Ale my dopiero uczymy się tutejszych dróg. Wcale nie jest tak kolorowo, jeden tunel ma objazd, drugi nie ma, ścieżka rowerowa jest, po chwili znika by znów pojawić się po kilkuset metrach. Tereny też nieciekawe, zbliżamy się do Insbrucka, zabudowa coraz gęstsza, miasteczka coraz większe, odstępy między nimi coraz mniejsze. Słońce praży cały czas, zaczynamy być zmęczeni i zadajemy sobie pytanie. Czy szukać miejsca na biwak jeszcze tutaj kilkanaście kilometrów przed Insbruckiem czy ryzykować i jechać dalej? To może oznaczać, że trzeba będzie dokręcić jeszcze 20-30 km bo raczej trudno będzie o biwak tuż za granicami dużego miasta. Rozglądamy się szukając jakiegoś fajnego miejsca, wjeżdżamy w boczne drogi ale kicha totalna. Wbijamy się w końcu na jedną ze ścieżek rowerowych i w jej okolicy wypatrujemy fajnego miejsca. Kręcimy się trochę w kółko i zaczyna robić się nieciekawie bo straciliśmy już sporo czasu, zrobiło się późno, opcja przejazdu za Insbruck już niewykonalna, a tutaj brak dobrych miejscówek. W końcu jednak wypatrujemy kawałek świeżo skoszonego pola. Okolica nie jest odludna, ale akurat ukształtowanie terenu dosyć korzystne. Z jednej strony tory kolejowe, z drugiej strony kilkaset metrów niezabudowanego terenu, z trzeciej strony, w odległości 100 metrów biegnie dosyć uczęszczana ścieżka rowerowa ale odgradza nas od niej szeroki pas pola z wysoko rosnącym zbożem. No i z ostatniej strony też leci ścieżka ale tutaj zasłonę daje nam solidnych rozmiarów dąb, pod którego konarami rozbijamy nasze namioty.
Noc mija spokojnie, wstajemy jednak dość wcześnie i szybko jesteśmy gotowi do drogi. Insbruck osiągamy na długo przed południem. Szybkie zwiedzanie, podjazd pod znaną skocznię Bergizel, sesja zdjęciowa i lecimy dalej. Kierujemy się teraz boczną drogą do Kuhtai. To stacja narciarska położona 2020 metrów ponad poziomem morza. To będzie nasz pierwszy “dwutysięcznik” w Alpach. Wyjazd z Insbrucka bez problemów ale dalej padamy ofiarą tutejszych bocznych dróg. Na mapie skróty wyglądają bardzo ciekawie obiecując mniejszą ilość km. oraz ucieczkę z głównej drogi. A jak jest naprawdę? No może skrót jakiś faktycznie jest, ale o tym, że trzeba pokonać 300 metrowy podjazd przekonujemy się dopiero gdy ciężko dysząc i ocierając pot z czoła mijamy kolejne serpentyny. Dobrze, że każde miasteczko wyposażone jest w źródło z krystalicznie czystą i co najważniejsze, zimną wodą. Taka studzienka pozwala ugasić pragnienie, ochłodzić się trochę, oraz jest świetnym pretekstem do odpoczynku. Z Gotzens przez Axams kierujemy się w stronę Kuhtai. Tak naprawdę to nie wiemy czego się spodziewać. Moja mapa nie jest najwyższych lotów, ale studiując ją mamy przeczucie, że będzie tyranie. Podjazd zaczyna się łagodnie. Droga lekko meandruje i wspina się delikatnie w górę. Sporo tunelów, na szczęście nie są całkowicie zabudowane, a ich pokonywanie daje miłą ulgę od słońca. W miarę upływu czasu robi się coraz trudniej. Droga wznosi się coraz mocniej, brak serpentyn, niekiedy trzeba się wspinać po makabrycznie stromych ściankach. No i to słońce, fatalnie znoszę taką żarówkę, czuję już pierwsze oparzenia na rękach. Nie ma gdzie się schronić, Mario naparza do góry. Pomimo gorąca ubieram rękawki, które dają ochronę przed słońcem. Minęło południe, w końcu mówię dość. Trzeba przeczekać największą kanikułę, Mario kręci nosem, chce jechać dalej, trzeba nadrobić stracone kilometry. Mów mi tak. Ja wypadam z tej gry, łapię pierwszy lepszy cień i padam na trawę. Leżymy tak sobie coś koło godziny, przeczekujemy największy skwar, jakaś zupka, studiowanie mapy itd.
Słońce zaczyna chować się za nieliczne chmurki. Gdy nadciąga jakaś większe wykorzystujemy ten moment i ruszamy dalej. Podjazd w dalszym ciągu bardzo trudny, oprócz nas sporo kolarzy, większość na szosówkach, dużo motocyklistów. Mozolnie zdobywamy kolejne metry i tęsknie wypatrujemy naszego szczytu. Jeden zakręt, drugi zakręt, tunel za tunelem, zaczyna mocniej wiać, gdy słońce chowa się za chmury podmuchy bywają już bardzo zimne. Za kolejnym zakrętem odkrywa się widok na szczyt. Jakieś zabudowanie, widać wyciągi narciarskie, licznik wskazuje 1900 m, to musi być tam. Ostatnie metry pokonujemy żwawo i meldujemy się na szczycie naszego pierwszego dwutysięcznika w Alpach. Sporo hoteli, jakiś sklep, przystanek autobusowy. Ludzi mało, tłumy motocyklistów i kolarzy gdzieś zginęły, być może nie zatrzymują się tutaj. Przeciwnie do nas, my upajamy się naszą pierwszą solidną przełęczą. Z tej okazji pękają foliowe torebki i świętujemy ten sukces chińską zupką, w moim przypadku o smaku “pikantny kurczak”
Zjazd z Kuhtai bardzo długi i cudowny. Coś pięknego tak jechać, zupełnie bez wysiłku po świetnej jakości drodze, składamy się w kolejne serpentyny ciesząc się jak dzieci, popołudniowe słońce już tak nie parzy, zresztą zjazd zapewnia nam naturalną klimatyzację. Kierujemy się teraz przez Imst w stroną granicy Szwajcarskiej. No ale już dosyć późno i czujemy w nogach dzisiejszą trasę. Pomału zaczynamy się rozglądać za miejscówką. Tereny lepsze niż wczoraj ale jakoś nie możemy dobrze trafić. W końcu trafiamy fajną łączkę, obok drogi, ale szeroka i drugi koniec pod lasem wygląda ciekawie. Nie ma co marudzić, klamoty lądują na trawie, a my pomału zabieramy się do obozowych prac. Mycie, jedzenie, rozbijanie namiotu, leżenie do góry brzuchem, leniuchowanie, inne sprawy.
Pomału zaczyna się ściemniać, pojedzony i umyty kładę się na macie. Patrzę w niebo, moją uwagę przykuwa jakiś dziwny dźwięk, nie mogę znaleźć jego źródła, nieważne, znów wpatruje się w niebo i nagle zauważam.......no tak biwakujemy dokładnie pod liniami wysokiego napięcia. Właśnie od nich pochodzą te dziwne dźwięki, teraz już nie takie dziwne. Mamy małą zagwozdkę, przenosić to wszystko, nie za bardzo jest gdzie, a nawet gdyby było to klamoty porozrzucane, nie bardzo mi się widzi latać i przenosić to wszystko. Jakoś przekimamy.
Przekimaliśmy, ale przyjemnie nie było, w nocnej ciszy repertuar dźwięków wydawanych przez druty zadziwił mnie swoją różnorodnością. Rano pakowanie poszło nam zadziwiająco sprawnie. Na rowerach byliśmy już przed godziną ósmą. W Imst wizyta w McDonald. Mario korzysta z WiFi i lansuje się fotkami na FB. Z Imst dajemy na Landeck. Słońce znów naparza, ale przynajmniej nie ma gór. W Landeck zakupy w Lidlu. To najtańsza sieć w Austrii, ceny z reguły dwukrotnie wyższe niż w Polsce, w innych sieciach ( Spar, Billa) bywają nawet czterokrotnie wyższe. Często bywa tak, że cena jest taka jak u nas.....ale w Euro.
Na szczęście nie potrzebujemy zbyt wielu rzeczy, jeszcze z Polski wieziemy konserwy, słodycze, zupki chińskie, ja nawet skusiłem się na kilka paczek żywności liofilizowanej. Jak już pisałem czystą i dobrą wodę można zatankować w każdym miasteczku z bardzo wygodnych studzienek, w górach pijemy wodę wprost ze strumienia. Tak więc zakupy nie są duże, tanie piwo, lody, krem z filtrem, czekolada. Szukając Lidla kilka razy spotykamy niemiecką parę młodych ludzi. Dziewczyna z sakwami, chłopak ciągnie przyczepkę. Spotykamy się znów pod Lidlem, coś tam gadamy, jeszcze ich spotkamy ale to już w Szwajcarii.
Droga do granicy delikatnie wznosi się do góry, w ogóle jest jakaś dziwna, obaj dalibyśmy sobie odciąć przeróżne członki upierając się, że jedziemy w dół. Jednak komputery pokładowe nie kłamią, metr po metrze, prawie niezauważalnie zyskujemy na wysokości. Granicę Szwajcarską pokonujemy bez zatrzymywania i zaraz za nią spotykamy właśnie ponownie Niemców. Tym razem dłuższa rozmowa, zatrzymaliśmy się obok źródełka, wykorzystujemy je do umycia, się ochłody, uzupełnienia zapasów wody. Wypytujemy się wzajemnie o nasze plany. Dumnie rzucamy nazwy, Stelvio, Hochtor, oni ze zrozumieniem kiwają głową. Nasze drogi tutaj się rozchodzą my lecimy w głąb Szwajcarii, Niemcy dają do Włoch. Rozstajemy się i kierujemy w stronę Zernez. Szwajcaria to inny świat. Niewiarygodnej jakości drogi, nawet w stosunku do dobrych dróg w Austrii te tutaj robią piorunujące wrażenie. Do tego drogi te są prawie puste, raptem raz na kilka minut przejedzie auto, no dosłownie nie będę ściemniał, żyć się tutaj chce. Mało zabudowań, wioseczki ku naszemu zaskoczeniu dużo uboższe niż w sąsiedniej Austrii. Zero sklepów, jakoś tak pusto się zrobiło i sennie wręcz. Z drugiej strony wyraźne zakazy biwakowania, co chwilę mijamy tabliczki z przekreślonym namiotem i przyczepką kempingową. Zakazy są jednoznaczne i zwiastują nam kłopoty. Równie często co zakazy spotykamy pola campingowe ale obawiamy się szwajcarskich cen. Na razie jedziemy typowego spontana, zobaczy się jak to będzie.
Mijamy Zernez, jedyną większą miejscowość w tym kraju. Nie odbiega od innych, kilka domów, jakiś mały hotel, jeszcze mniejsza restauracyjka, dwoje czy troje kręcących się ludzi i to wszystko. Za Zernez droga zaczyna się wznosić, do tej pory jechaliśmy cały czas pod górę, niezauważenie wjechaliśmy na 1400 metrów. Pogoda zaczyna się chrzanić, znad gór nadciągają ciemne chmury, w oddali słychać grzmoty. Kilka razy zaczyna kropić, na razie delikatnie, po chwili przestaje ale perspektywy na przyszłość nie są dobre. Cały czas mocno w górę, niebo robi się coraz ciemniejsze, zrobiło się późno, humory trochę nam siadają. Znów zaczyna kropić, po chwili opady wzmagają się na sile, zrywa się zimny wiatr, jesteśmy prawie 1800 metrów nad poziomem morza. Źle jest, w akcie desperacji odbijamy w pierwszą lepszą drogę prowadzącą w głąb lasu. Nie ma czasu na marudzenie i wyszukiwanie najlepszej miejscówki, rozbijamy się w pierwszym lepszym miejscu, szybki wypak klamotów, cały czas przy lekko padającym deszczu. Fortuna nam sprzyja, gdy rozpadało się na dobre byliśmy już w namiotach, nasze bagaże również, leje solidnie przez kilkanaście minut, jedzonko robimy sobie w namiotach. Po deszczu zrobiło się dużo zimniej, w ruch idą ciuchy zagrzebane głęboko w sakwach. Nawet czapka się przydaje.
Rano wstajemy skoro świt, nie ma co ryzykować, jak by nie patrzeć złamaliśmy tutejsze prawo. Niby tam mieliśmy jakieś argumenty, późna pora, załamanie pogody, brak campingu w pobliżu ale wolelibyśmy nikomu ich nie przytaczać. Szybkie pakowanie i kontynuujemy podjazd. Szybko robi się cieplej, słońce wychodzi zza gór i miło ogrzewa. Osiągamy bezimienną przełęcz i już lecimy w dół w do granicy. Aby dotrzeć do Livigno we Włoszech trzeba pokonać długi i wąski tunel. Zakaz jazdy rowerów. Na szczęście tutejsi ludzie przedkładają interes ponad wzajemnymi niesnaskami. Cykliści nie są tutaj wszystkiemu winni. Cykliści to normalni ludzie, turyści, na których można po prostu zarobić. Np. przewozić rowery busem, 6 euro za sztukę, obie strony zadowolone. Po drugiej stronie od Livigno dzieli nas już tylko kilka kilometrów. Ten włoski kurort położony jest w szerokiej dolinie na wysokości 1800 metrów. Z daleka nie robi dobrego wrażenie ale będąc na miejscu trudno odmówić mu uroku. Główna ulica przypomina Krupówki, kręcimy się trochę, nabieramy wody i lecimy już w solidne góry. Przed nami przełęcz Fascogna, aby tam dotrzeć trzeba wspiąć się na wysokość 2100 metrów, potem jest 150 metrowy zjazd i znów podjazd na wysokość 2320 metrów. Okolica oblężona wręcz przez kolarzy i motocyklistów. Jednych i drugich zatrzęsienie, zwraca uwagę duża ilość kobitek na szosówkach, co chwilę przemykają obok nas zdradzając się rozwianymi kosmykami włosów wystającymi spod kasku. O ile kolarze tworzą miłą i swojską atmosferę to motory wkurzają mnie coraz bardziej. W Austrii było ich dużo, ale we Włoszech toż to plaga egipska wręcz.
W promieniach słońce wspinamy się mozolnie do góry, nasze organizmy zaczynają się adaptować do wysokich gór, tu nie ma miejsca na szarpanie, trzymanie koła, tutaj trzeba jechać swoim tempem, nie myśleć o szczycie bo ten jest daleko. Celem jest kolejny zakręt, kolejna serpentyna, kolejne 100 metrów wysokości. Przełęcz Fascogna traktujemy trochę po macoszemu, stąd widać już góry przez, które przebija się Stelvio. Potężne granitowe szczyty, pokryte śniegiem, wyraźnie widać lodowce, patrząc tam przechodzą mnie ciarki po plecach. Jak wielka była wyobraźnia i odwaga ludzi, którzy zdecydowali się wytyczyć i zbudować tam drogę. W napięciu zjeżdżamy do Bormio. Znów przeżywamy szok termiczny, podczas gdy na 2320 metrów było chłodno i przyjemnie, to tutaj na 1230 metrów powietrze wręcz przytłacza. Strasznie gorąco, słońce daje na całego, jest godzina 13. Mijamy odbicie na Stelvio i zjeżdżamy do miasteczka. Pizza, lody, piwo, a potem park z miłym cieniem. Obok źródełko, tankujemy do oporu i robimy dłuższy odpoczynek. To fizyczne i mentalne przygotowanie do ataku na najwyższy punkt naszej wyprawy. Mario coś tam grzebie cały czas w sakwach, ja ucinam sobie krótką drzemkę. W cieniu, przy lekkim wiaterku czas upływa miło, przyjemnie i bardzo szybko.
Jest godzina 15 gdy wyjeżdżamy. Nadal gorąco ale na niebie pojawiły się chmurki, które dają ulgę od palącego słońca. Szybko dojeżdżamy do zjazdu na przełęcz i zaczynamy długą i mozolną wspinaczkę. Podobnie jak na poprzednich przełęczach bardzo dużo kolarzy, a stada motocyklistów osiągają tu chyba swoje apogeum. Podjazd jest długi i męczący, po drodze mijamy sporo tunelów, zakręty są ponumerowane i oznaczone na znakach. Ogromna ilość serpentyn, niekiedy droga robi się bardzo stroma. Wyżej jazdę uprzyjemniają gwizdy świstaków, ich autorzy nawet pokazują się niekiedy na skalnych cypelkach. Zaczyna lekko mżyć ale na szczęście szybko przestaje. Droga cały czas pnie się do góry, nie ma nawet metra zjazdu, w miarę płaskie miejsca nie mają więcej jak kilkanaście metrów. Nie ma szans na dłuższy odpoczynek, organizm zaczyna się buntować, bolą nogi, bolę ręce, boli część ciała, która nie jest już plecami. W gardle wysycha momentalnie, przyspieszony oddech pali gardło, co chwilę chce się pić. Mija jedna godzina, mija druga, mija trzecia, nic się nie zmienia, cały czas mocno do góry, cały czas meta jest tam daleko, wysoko. Odliczam setki metrów, 2000 m. potem 2500Jesteśmy już tak wysoko, a do szczyty nadal mozolny podjazd, Pojawiają się obfite pola śniegu, wiar się wzmaga, robi się coraz zimniej. Na szczęście obywa się bez deszczu, ostanie metry pokonujemy już żwawiej, podniecenie pcha nas w górę.
JESTEŚMY!! PASSO DELLO STELVIO zdobyte. 2758 metrów ponad poziomem morza. To magiczne miejsce dla każdego kolarza. Tak jak Mekka dla muzułmanina, każdy kolarz przynajmniej raz w życiu powinien podjechać pod Stelvio. Co tu dużo pisać, marzyłem o tej górze od lat, z wypiekami na twarzy czytałem relacje innych podróżników. Teraz ja tu jestem. Wjechałem tu na rowerze, z sakwami, ciężko było ale nie żałuję ani jednego metra, nie żałuję ani jednej kropli potu, nie żałuje bólu, zmęczenia, znużenia, nie pamiętam o stromych serpentynach, ciemnych tunelach, cierpnących dłoniach, upale na dole, zimna na szczycie, To wszystko teraz nie ma znaczenia. Jestem na Stelvio.
Głodni!! Jakieś zaciszne miejsce służy nam za kuchnię. Zupka chińska daje uczucie sytości i miło rozgrzewa bo jest zimno i bardzo wietrznie. Musimy uważać na nasze rzeczy, co lżejsze padają łupem mocnych uderzeń wiatru i trzeba je ratować przed upadkiem w przepaść. Trudno odjechać z tak magicznego dla nas miejsca. Jednak czas goni nas niemiłosiernie. Już późno, na górze zameldowaliśmy się o godz. 18.40. Podjazd zajął nas 3 godziny i 40 minut. Potem jedzenie, zdjęcia, podziwianie widoków i ani się obejrzeliśmy gdy minęła godzina 19. Zjazd ze Stelvio jest bardzo długi. Początkowo bardzo stromy i niebezpieczny. Tędy Giro już nie prowadzi, szczerze powiedziawszy wcale się nie dziwię bo obawiam się, że trup słał by się tu gęsto. Bardzo stromo, zakręty bardzo ciasne, za barierkami głębokie przepaście. Aż ciary chodzą po plecach. Szybko tracimy wysokość, niżej zjazd robi się przyjemniejszy, przeważają proste odcinki z lekkimi zakrętami, co jakiś czas trafi się ciasna serpentyna i znów można lecieć pełną prędkością. Zjeżdżamy tak bardzo długo, zaczyna mnie wręcz nudzić ten zjazd, w niższych partiach pojawiają się dłuższe odcinki płaskiego, już myślimy, że to koniec gdy znów droga zaczyna opadać. Mijamy miasteczko Prad bez zatrzymywania się. Spieszy się nam, chcemy wyjechać w jakieś odludne okolice ale jakoś nie jest nam to pisane. Cała okolica to ogromne plantacje jabłek. Każdy skrawek ziemi rodzi tu bogate plony. Już mamy się rozbijać między drzewkami ale nie dochodzimy do porozumienia i jeszcze szukamy. Zjeżdżamy gdzieś w ścieżką rowerową i w końcu trafia się nam skarb. Świetna miejscówka, płaski placyk porośnięty trawą, ławeczki, stoliki, obok murowany grill, dalej źródełko z czystą wodą. To najlepsza nocleg na całej wyprawie. Tutaj naprawdę odpoczywamy.
Kolejny dzień miał być z założenia luźny. Bez pośpiechu zwijamy biwak, korzystamy ze stołów, ławek, miło zjeść śniadanie nie trzymając kanapek na kolanie. Potem powoli kierujemy się do Merano. Rowerowa infrastruktura we Włoszech rzuca mnie na kolana. Świetne ścieżki rowerowe, świetnie oznakowane, świetnie poprowadzone, tworzące spójną całość. To robi duże wrażenie i co najważniejsze czyni jazdę na rowerze ogromną przyjemnością. W dodatku droga do Merano biegnie cały czas delikatnie w dół. Po drodze mijamy sklepik z jabłkami i sokami. Samoobsługa, pieniądze wrzuca się do zamkniętej puszki, ceny wywieszone są na tabliczkach. Potem robimy zakupy w Lidlu. Zbliżamy się do Merano, miasto położone jest w bardzo niskiej dolinie na wysokości około 320 metrów. Z każdej strony otoczone jest przez potężne góry sięgające 3 tys. metrów. Robi to naprawdę duże wrażenie. Pomimo takiego położenia klimat tutaj jest przyjemny, nie czuć gorąca, wieje miły wiaterek. Do centrum wjeżdżamy drogą rowerową. Objeżdżamy główne uliczki, wrzucam na ruszt Kebaba i pomału jedziemy dalej. Za miastem zgrzyt. Mario nagle orientuje się, że nie ma kasy. Chwila zastanowienia i już jedzie z powrotem. Kieruje się do Lidla gdzie ostatnio robił zakupy. To ponad 30 km jazdy. Ja na początku zgłupiałem, widzę jak odjeżdża, zanim się zorientowałem jego koszulka zniknęła w oddali. Wsiadam na rower, próbuję gonić ale to miasto, jedne światła, drugie ...jestem sam. Zatrzymuję się w parku, co tu robić? Zgubić się nie zgubimy, znamy trasę, mamy telefony, jakoś się skrzykniemy. No ale można było to inaczej zrobić. Siedzę tutaj w parku, można było zostawić rzeczy i wracać do Lidla na lekko. Szybciej i łatwiej. No ale stało się, wysyłam sms-a, Mario długo nie odpowiada, w końcu jest odpowiedź. Wraca, nic nie załatwił, kasy nie ma, wyjeżdżam po niego przed Merano. Spotykamy się i odjeżdżamy kilka km za miasto. Rano wizyta na policji. Ja zostaję z tobołami, Marie jedzie na lekko do miasta. Gdy wraca jest już koło południa. Mamy tyły, trzeba będzie teraz rzeźbić łydę.
Nie jest lekko, z wysokości 500 metrów musimy wbić się na 2099 na przełęcz Jaufenpass. Na znakach drogowych widnieje również nazwa Giovo. To bardzo ciężki podjazd, nastroje trochę minorowe, ale w miarę zdobywania wysokości zmęczenia pozwala zapomnieć o niemiłych chwilach z wczorajszego dnia. Ostatnie metry do szczytu pokonujemy już siłą woli, było bardzo ciężko, podjazd dał nam mocno popalić. Robimy sobie dłuższą przerwę, gdy zbieramy się do zjazdu spotykamy sympatycznego Rumuna. Jest już 25 dzień w drodze, a przed nim jeszcze długa jazda bo zmierza do Anglii. Bardzo sympatyczny i pogadany gość. Nie za dużo się rozumiemy, nasz angielski jest ...powiedzmy, że średni ale nie przeszkadza nam to spędzić kilkanaście minut na gadaniu. Oczywiście korzystam z okazji i chwalę się gdzie to nie byłem w jego ojczystym kraju. Na hasło Balea Lac, Urdele potakująco kiwa głową. Rozumiemy się bez słów. W Rumunii to słowa klucze, niech wie, że ja tam też byłem.
Zjazd w dół długi i przyjemny chociaż droga miejscami nie za ciekawa. Nadal poruszamy się ścieżkami rowerowymi. Główna droga biegnie centralnie doliną, ścieżka leci bokiem, często kluczy i wspina się na okoliczne wzgórza ale generalnie nie jest źle, jedzie się bardzo przyjemnie. Sporo odludnych terenów, miejsce na nocleg znajdujemy bez problemów. Świeżo wykoszona łąka zasłonięta od drogi ścianą z drzew kusi tak, że trudno się oprzeć. Niby jeszcze wcześnie ale jesteśmy zmęczeni, Mario wczoraj mocno się styrał, dzisiaj też zrobił kilka dodatkowych kilometrów. Do tego trudna przełęcz, starczy na dzisiaj. Rozbijamy się. Sporo czasu do zmroku, można spokojnie zjeść, rozbić obóz, poleżeć. Mycie tak jak na całej wyprawie w sprawdzony sposób. Butelka PET 1.5 lira, wcześniej napełniona wodą i przypięta na wierzchu do bagażnika. To pozwala nagrzać się wodzie, nie jest oczywiście ciepła, ale na tyle ogrzana, że swobodnie i bez ściskania zębów można się umyć. Nakrętka z dziurką robi za prysznic. Kto nie próbował niech wierzy lub nie ale w 1.5 litra wody można umyć się, dokładnie mydląc i spłukując całe ciało.
Inny rzecz jaka zdarzyła mi się na tej wyprawie jest dziełem przypadku i tyczy się bardzo przyziemnej sprawy. Brakło papieru toaletowego. W marketach sprzedają w paczkach, minimum 4 sztuki. Za dużo. Jakie wyjście? Serwetki, tanie i dużo bardziej praktyczniejsze niż papier. Sprawdzają się zarówno w ich dedykowanym zastosowaniu jak i tym, które powinien wypełniać papier toaletowy. Nie będę wnikał w szczegóły ale naprawdę są lepsze.
Wracając do naszego obozu, odpoczywamy, wieczór jest długi, miejsce przyjemne, po kolacji leżymy sobie na zewnątrz namiotów i rozmawiamy. Zmierzch nadciąga powoli, komary zaczynają się uaktywniać i dopiero one wyganiają nas do namiotów. Szarówka, każdy zajmuje się swoimi sprawami, odgłosy z namiotów stają się coraz cichsze, coraz rzadsze, nadciąga noc.....budzę się gdy po oczach uderza błysk światła. Otwieram oczy, na razie nie kontaktuję, dopiero odległy grzmot przywraca mi świadomość. Po chwili znów błysk i kolejny grzmot. W namiot uderzają mocne podmuchy wiatru, pada deszcz. Burza dopiero zbliża się do nas, przewracam się na drugi bok. Śpię, znów budzi mnie grzmot, nie wiem ile czasu mogło upłynąć. Deszcz pucuje już solidnie, co chwilę biją pioruny, koniec świata to nie jest ale deszczem łoi solidnie. Nieważne, odwracam się na drugi bok, chce mi się spać.
Rano po burzy ani śladu, tylko wszędobylska wilgoć przypomina, że coś działo się w nocy. Sprawnie zwijamy obóz i ruszamy w dalszą drogę. Przez te wszystkie niemiłe przygody złapaliśmy spore opóźnienie. Trzeba teraz gonić stracony czas, stracone kilometry. Ścieżką rowerową docieramy do Brunico, fajne miasteczko, na chwilę się rozdzielamy, ja wrzucam na ruszt fast-fooda, Mario kupuje gaz do butli. Po tym ewakuujemy się z miasta ale tym razem czeka nas niespodzianka. Wjazd na drogę oznaczony zakazem jazdy na rowerze. Na bank możemy jechać drogą rowerową ale to trzeba by się wracać i szukać w centrum miasteczka ścieżki rowerowej. Nie chce się nam, próbujemy jechać boczną drogą, dopytujemy się kilka razy i zawsze dostajemy potwierdzenie, że dojedziemy tam gdzie potrzebujemy. Niekiedy jednak trudno w to uwierzyć, droga robi się coraz węższa, wije się przez wszystkie okoliczne górki. Nawierzchnia cały czas asfaltowa ale w kilku miejscach diabeł mówi nam dobranoc. Do tego pojawiają się makabrycznie strome ścianki. Z pełnym bagażem trzyma okrutnie, trzeba wstawać z siodełka co by pokonać na rowerze te stromizny. Całe szczęście, że jesteśmy jeszcze na świeżo bo bolało by tu okrutnie, zresztą teraz też boli. Jedziemy już na azymut, w dole widzimy główną drogę. Nie wygląda na jakąś super ekspresówkę, podejrzewamy, że chodziło tu o jakiś tunel lub wiadukt, którego nie można było pokonać rowerem. No ale było minęło, na naszej bocznej drodze pojawiają się znaki Trans Alpu. To znaczy, że jedziemy dobrze i mocniej naciskamy na pedały.
Na główną drogę wbijamy się kilkaset metrów przed odbiciem na przełęcz Staller Sattel. Tutaj oczywiście żadnego zakazu nie ma i bez przeszkód pokonujemy ten kawałek, skręcamy w lewo i przed nami kolejny soczysty podjazd. Początek spokojny, droga tylko delikatnie wznosi się do góry, a co ważniejsze zostawiamy za sobą ryczące hordy motocyklistów. Oczywiście niekiedy przemknie jeden z drugim ale generalnie jest spokój. Przed nami wznoszą się góry żywcem przypominające Tatry. Pogoda nadal wspaniała, o nocnej burzy już zapomnieliśmy. Woda znika momentalnie z naszych butelek ale tutaj nie ma z nią problemów. Tankujemy w pierwszej lepszej studzience i wspinamy się dalej. Widoki coraz piękniejsze, jest tak jak lubię, w dole poruszamy się zieloną, przesyconą zapachem trawy i lasu doliną. Soczysta zieleń działa tak uspokajająco, że wręcz upajam się takimi okolicznościami przyrody. Nad nami wznoszą się postrzępione górskie szczyty, wierzchołki pokryte śniegiem, jego jęzory spadają stromymi żlebami w dół docierając w niższe partie. Tam topniejąc zamieniają się w strużki wody, jeszcze niżej strużki łączą się ze sobą tworząc bystro płynące strumyki. Jedziemy wzdłuż jednego z nich, tutaj w dolinie to już nie strumyk ale mocno rwąca masa wody. Zebrawszy niezliczoną ilość górskich cieków staje się groźnie wyglądającą rzekę o charakterystycznym stalowo-szarym kolorze. Cały czas towarzyszy nam głośny szum wydawany przez spienione i szybko rwące wody.
Podjazd robi się trudniejszy, docieramy do ośrodka biathlonowego. Robimy dłuższy postój, Mario coś tam kucharzy, ja zadowalam się suchym prowiantem. Po odpoczynku jedziemy kawałek i znów postój bo trafia się tak urocze miejsce, że nie sposób nie zrobić tu sesji zdjęciowej. Jeziorko z wodą o niesamowitym kolorze. Zieleń, niekiedy wpadająca w jasny granat. Niesamowity widok, w wodzie odbijają się cudowne góry, dosłownie jest jak w bajce. Podobny widok już gdzieś widziałem, to nie jest dejavu, dosłownie bliźniaczy obrazek można zobaczyć w Strbskim Plesie na Słowacji. Fota za fotą, z rowerem, bez roweru, tak i tak, dźwięki spuszczanej migawki aż do znudzenia. No ale dobra, koniec tej sielanki, trzeba zacząć w końcu jechać do góry. Droga na przełęcz sterowana jest sygnalizacją świetlną, pierwsze kilka kilometrów jest tak wąsko, że dwa samochody nie są w stanie się ominąć. W związku z tym auta puszczane są pulsacyjnie co kilka minut. My na rowerach nie mamy szans zmieścić się w limicie czasowym wobec czego ignorujemy czerwone światło i spokojnie jedziemy do góry. Po kilku kilometrach robi się szerzej, podjazd prawie cały czas w lesie, jedynie ostatnie 2-3 km biegnie już odkrytym terenem. Widoczki rewelacja, przejechaliśmy przez pół Alp, zrobiliśmy słynne przełęcze ale ta tutaj, na uboczu, trochę na zadupiu nawet, przebija swoją urodą wszystko to co widzieliśmy do tej pory. Jest obłędnie pięknie.
Przełęcz Staller Sattel 2052 m. To przełęcz graniczna, zatrzymuję się i głośno krzyczę -Ciao Italia !! Znów wjeżdżamy do Austrii, długi i fajny zjazd, dobijamy do głównej drogi i skręcamy w prawo na Lienz. W międzyczasie zrobiło się już późno, Mario zaczyna coś napomykać o noclegu ale wczoraj wieczorem analizowałem naszą trasę i wiem, że musimy dużo podciągnąć, w planie miałem nawet podjechanie kawałek pod Hochtor i biwak gdzieś wysoko w górach. Teraz już wiem, że nam się to nie uda, ale i tak trzeba dzisiaj dojechać do maxa. Do Lienz dajemy główną drogą po zmianach. Tempo idzie jak jeszcze nigdy na tym wyjeździe, droga delikatnie opada w dół, lecimy cały czas w okolicach 4 dyszek. Pokonujemy 19 km dzielących nas od miasta w około 30 minut. Gdy mijamy tabliczkę za napisem Lienz mamy już mocno w czubie, wycieramy strużki potu spływające z czoła, uspokajamy oddech i już na spokojnie przebijamy się przez miasto. Nie potrafimy się oprzeć wizycie w McD. Po jedzonku jedzie się jakoś tak leniwie, rozglądamy się za fajną miejscówką. Tereny niby niezbyt zurbanizowane ale jak to w Austrii, tam tabliczka Private Road, tam ogrodzenie, nie ma fajerwerków. Wbijamy się w jakąś boczną drogę i wspinamy do góry. Droga kończy się po kilku kilometrach, zjeżdżamy w dół, w końcu Mario znajduje kawałek osłoniętego terenu tuż obok drogi przy rzece. Szumi tak, że nie słyszę własnych myśli ale nie znajdziemy nic lepszego. Moje obawy budzi tylko bliskość rzeki, od namiotu do jej brzegów mam nie więcej jak 3 metry. Pogoda się chrzani, jeśli trafią się w nocy solidne opady to różnie to może być. No, ale przynajmniej wody nam nie brakuje. Jutro ostatni dzień naszej wyprawy i ostatnia, ale za to bardzo ciężka przełęcz. Najwyższa droga w Austrii – Hochtor.
W nocy burza i mocne opady deszczu, Mario ma namiot bliżej wody i wychodził w nocy z namiotu sprawdzać, czy jeszcze nie płyniemy. Nic takiego się nie stało ale poziom wody w rzece podniósł się dosyć znacznie. Wczoraj pokonywałem ją bez problemy, dzisiaj aby dostać się na drugi brzeg musiałem się mocno sprężyć. Pogoda paskudna, to pierwszy pochmurny ranek na wyprawie. Zaczyna lać akurat gdy gotujemy wodę. Szybka ewakuacja do namiotów. Kiszkowato trochę, po kilkunastu minutach deszcz przestaje padać ale wszystko mokre, nie ma szans na wysuszenie namiotów. Szybko pakujemy się korzystając z przerwy w opadach, to najgorszy moment. Jeśli bagaże są w namiocie są bezpieczne, jeśli w sakwach również są zabezpieczone przed wodą. Najgorszy właśnie moment pakowania, wszystko na wierzchu, momentalnie robi się mokre i jest kłopot. Na szczęście udaje się nam spakować i możemy jechać dalej.
Od razu zaczyna się podjazd, co chwilę przelatuje lekka mżawka, droga mokra, niezbyt przyjemnie się jedzie. Hochtor atakujemy z wysokości 670 metrów, mozolnie wtaczamy się na 1200 m. , a tutaj dostajemy jak młotkiem w łeb. To jeszcze nie jest właściwy podjazd, zjeżdżamy 300 metrów w dół. W międzyczasie znów zaczyna mocno padać, apogeum deszczu przeczekujemy pod jakąś budą. Po zjeździe ( zimno jak cholera) znów skrobiemy się do góry. Nie wiadomo jak się ubrać, wysiłek mocno nas rozgrzewa, ale gdy tylko zawieje wiatr to przenika do szpiku kości. Niekiedy zza chmur wyjrzy słońce i wtedy robi się gorąco.
Podjazd ciągnie się w nieskończoność. Kilometry dłużą się niemiłosiernie, jest bardzo ciężko, droga cały czas mocno nachylona, Mario informuje mnie, że nachylenie nie spada poniżej 14%, miejscami pojawiają się ścianki 16-18 procentowe. Pojawiają się motocykliści ale jest jeszcze dosyć wcześnie i wygląda na to, że owi pogromcy koni mechanicznych lubią sobie dobrze pospać. No i chyba nie przepadają za deszczem. Dzięki temu możemy spokojnie delektować się naszym podjazdem. Pogoda się stabilizuje, błękitnego nieba nie widzimy ale szosa zaczyna podsychać i nie zapowiada się na dalsze opady.
Hochtor nie poddaje się łatwo, kilka razy muszę odpoczywać, długość tego podjazdu zaczyna mnie już wręcz irytować. Na Stelvio wjechaliśmy w trzy godziny i 40 minut. Tutaj jedziemy już dużo dłużej, a końca tej góry nie widać. Brak widoków nie poprawia nastroju, ogarnia mnie znużenie. Dopiero gdzieś za kolejną serpentyną dostrzegam jakieś zabudowania na górze, jestem już grubo ponad 2 tys. metrów. To na pewno nasz cel. Zaciskam zęby, głowa sama opada w dół, ale jadę, metr za metrem zdobywam wysokość. Chyba tutaj, w tym miejscu, w tym czasie skumulowało się całe zmęczenie z tygodniowej jazdy. Może to kryzys, w każdym razie na górę docieram okropnie zmęczony. Nawet pamiątkowe zdjęcie przy tablicy z nazwą robię na siłę. Nie mam ochoty nawet wyciągać aparatu z torby. Przejeżdżamy przez tunel i zaczyna się zjazd, najpiękniejszy zjazd na wyprawie bo na dole czeka samochód.
Upajamy się szumem wiatru uszach i wesoło machamy do podjeżdżający od tej strony kolarzy. Jeszcze jesteśmy weseli, jeszcze nie wiemy co nas czeka. Ta bajka trwa zaledwie kilka minut. Wtedy nagle pojawia się zły wilk. Zjazd kończy się tak nagle jak się zaczął i droga zaczyna wznosić. Patrzymy z niedowierzaniem w górę. Nie, to nie może być prawda, przed nami jeszcze co najmniej 300 metrów podjazdu, po serpentynach, drugi szczyt widać wyraźnie, sklepy, bary, hotel, jakieś inne zabudowania, wydają się tak blisko ale dzieli nas od nich ten ostatni podjazd. Jadę już na oparach, na górze muszę chwilę usiąść. To kulminacja naszego wyjazdu, druga co do wysokości góra na jaką wjechaliśmy. Dużo ludzi, można podjechać jeszcze wyżej ale tą przyjemność zostawiamy sobie na inną okazję. Trzeba się spieszyć, już popołudnie, a my jeszcze musimy zjechać w dół, zapakować się do auta i przemierzyć 850 kilometrów do domu.
Zmęczenie szybko mija i zjazd zaczynamy z animuszem. Po deszczu już nie ma śladu, droga sucha, można spokojnie zasuwać na całego. Pojawiają się motocykliści ale ich niedoczekanie. Bierzemy odwet za wszystkie te dni kiedy dawali się nam we znaki. To ostatnie kilometry naszej jazdy, teraz już nie odpuścimy. Wbijam się w peleton motorów, na zjeździe nie zamierzam ustąpić. Przede mną kilka motorów, za mną całe stado ale tym razem to ja rządzę. Mamy przewagę na ciasnych wirażach, łykam jednego za drugim, stopuje nas autobus ale to nie przeszkoda dla nas, dłuższa prosta i energiczne dokręcanie i już jadę z przody. Motocykliści się nie poddają, doganiają mnie z tyłu, wyprzedza jakaś kobitka, po niej robi to jakiś gostek ale akurat szybko zbliżamy się do serpentyny, jedziemy obok siebie, odwracam głowę i napotykam wzrok tego człowieka. Bez wyrazu, bez emocji, długo na siebie nie patrzymy, składam się w zakręt, gość zostaje z tyłu. Siedzę już na kole kobitce co mnie chwilę temu wyprzedziła, zostaje z tyłu na kolejnym wirażu, zza pleców wyskakuje mi Mario, który też nie nadużywa hamulców, wyprzedza mnie też dwóch kolarzy, jeden dobrze jedzie to widać, nie mam z nim szans na rowerze objuczonym sakwami. Ale ten drugi jest w zasięgu, cienki bolek, mocno dokręcam i na zakręcie facet znów jest za moimi plecami. Mario mocno ucieka, jedzie jakieś 100 metrów z przodu. Gdy robi się bardziej płasko i droga już tak nie kręci, ryczące maszyny w końcu nas wyprzedzają. To się jednak nie liczy, dzisiaj to my zwyciężyliśmy.
Na dole samochód stoi tam gdzie go zostawiłem. Pakowanie i wracamy do domu. Plan udało się zrealizować w 100%. Wyszła piękna i trudna trasa. Było wspaniale...ale nie wrócę szybko w te góry. Alpy są piękne ale to nie moje klimaty. Być może wpadnę tu jeszcze kiedyś, może liznę trochę terenu. Póki co myślę o tym co mnie rajcuje, Ukraina, Rumunia, Bałkany. To mnie kręci, tam się widzę na kolejnej wyprawie.
Ślad z trasy - Alpejska petla
Fotoreportaż dla nielubiących dużo czytać - Fotorelacja
Niestety fotki średniej jakoś bo zachciało mi się bawić z ustawieniami aparatu i coś tam pochrzaniłem. Jeszcze powinna pojawić się galeria Mariusza ale to pewnie za jakiś czas. Warto zaglądnąć bo będą fajne filmiki.
















