Kiedy za oknem zima, mróz i śnieg trudno nie wspominać letnich wyjazdów w krótkich ciuchach lub wybiegać myślami do przodu w oczekiwaniu na słońce i temperatury w okolicach 20 stopni. Można tylko myśleć, ale można również podjąć stosowne kroki zmierzające do zmiany takiego stanu rzeczy. Można uciec gdzieś gdzie słońce świeci wyżej i mocniej, a deszcz i śnieg nie pada tak chętnie. Jest kilka opcji, wybór zależy od wielu czynników jak chociażby pora roku, dopuszczalny budżet czy chociażby osobiste preferencje. Nasz wyjazd zakiełkował jeszcze jesienią ubiegłego roku. Zaczęło się od niezobowiązujących rozmów, w sumie do konkretów doszło dopiero na 2 miesiące przed wyjazdem. Wybór padł na Chorwację.
Był początek marca gdy nasza trójka wsiadła do samochodu, zapakowała całą stertę bagaży, wrzuciła rowery na dach i ruszyła na południe. Z jednej strony ogarniało nas podniecenie i radość z tygodniowego urlopu, a z drugiej strony nastroje były trochę marsowe bo akurat nadeszło załamanie pogody, a prognozy na najbliższe dni nie były najlepsze. Trochę groteskowo wyglądał nasz samochód poruszający się pośród padającego śniegu, temperatury w okolicach zera, mglistego i dżdżystego wieczora z rowerami na dachu. Nie obyło się bez zdziwionych spojrzeń kierowców z innych aut, które zatrzymywały się obok nas na światłach. Polska żegnała nas ponurą i przygnębiającą pogodą, gdy zrobiło się całkiem ciemno przestaliśmy dostrzegać co dzieje się za oknem i tylko termometr informował nas jak kształtują się warunki na zewnątrz. Nie było dobrze, cały czas temperatura w okolicach zera. Przejazd przez Słowację we mgle i siąpiącym deszczu nie należał do przyjemnych. Odcinek od granicy do autostrady w Żylinie zniosłem bardzo źle. Fatalne warunki, a droga wąska i kręta. Dobrze, że człowiek jeszcze świeży to jakoś udało się to sprawnie i bezpiecznie przejechać.
Po zjechaniu z gór poruszamy się już wygodną autostradą w stronę Bratysławy. Temperatura szybko rośnie, a wraz z nią nasze morale idzie w górę. W Wiedniu już 12 stopni, a na niebie pokazują się gwiazdy. Na wygodnych i szybkich austriackich autostradach kilometry szybko uciekają spod kół i gdy wjeżdżamy do Słowenii na niebie pokazuję się pierwsze oznaki świtu. Słowenię przejeżdżamy bocznymi drogami gdyż nie opłaca się na te kilkadziesiąt kilometrów kupować drogą winietę. Przejeżdżamy przez Maribor i zaraz za granicą wjeżdżamy już do Chorwacji. Nie jest wesoło, niebo zachmurzone, widoczność ograniczona do kilkuset metrów i zimno. Najgorsze jednak dopiero przed nami. Szok przeżywamy gdy przebijamy się przez Chorwackie góry. Zatrzymujemy się na stacji, obok zaparkowanego samochodu wznoszą się hałdy śniegu sięgające ponad jego dach. Im dalej tym gorzej, niebawem jedziemy już przez krainę gdzie panuje regularna zima. Nie tak wyobrażałem sobie Chorwację. Wszędzie wokół wszystko zasypane, gdzie nie spojrzeć widać tylko biały krajobraz. Dobrze, że przynajmniej wygodnie się jedzie i kilometry uciekają.
Sytuacja zmienia się gdy przejeżdżamy tunelem Svety Rock o długości 5700 metrów. Po drugiej stronie śnieg znika niemal zupełnie, a temperatura zaczyna szybko wzrastać stabilizując się po kilkunastu minutach w okolicy 10 stopni. Za to po niebie przewalają się stalowo-szare chmury przynoszące obfite opady deszczu. Ostatnie 2 godziny naszej podróży do Makarskiej mija przy takiej aurze. Pucuje aż miło, krople bębnią o dach, a wycieraczki pracują na przyspieszonych obrotach. Na miejscu znajdujemy naszą kwaterę i w deszczu szybko przenosimy bagaże. Rowery zostają na dachu, ich ściąganie oznaczało by kompletne przemoczenie. Jest koło 14 , póki co nie zastanawiamy się nad pogodą bo każdy jest zmęczony kilkunastogodzinną jazdą. Zwalamy się na wyrka i słuchając szumu deszczu odpływamy w objęcia Morfeusza.
Budzę się po około dwóch godzinach. Najpierw kręcę się kilka minut rozglądając po pokoju. Potem podchodzę do okna i zauważam, że przestało padać, ulice już zdążyły obeschnąć i nawet nieśmiało słońce zaczyna prześwitywać zza chmur. Naszą rowerową przygodę czas zacząć. Sławek zamulony okropnie i nie reaguje na nasze poszturchiwania. Wobec tego szybko wskakujemy w rowerowe ciuchy i jedziemy przebadać teren z Darkiem. Na zewnątrz okazuje się całkiem ciepło. Pogoda fajnie się ustabilizowała i mamy przyjemność wystawić twarze do słońca. Na początek zjeżdżamy nad brzeg morza. Jest cudownie gdy zanurzam dłonie w wodzie o zielonkawo-niebieskim zabarwieniu. Tak na pierwsze wrażenie nie wydaje się wiele chłodniejsza niż w Bałtyku latem. Myślę, że jakieś 13-14 stopni, a jak wiadomo nad naszym morzem woda o temperaturze 19 stopni uchodzi na bardzo komfortową. Kawałek jedziemy brzegiem, niewielkie fale uderzające o brzeg przyjemnie szumią. Jest pięknie.
Wyjeżdżamy na szosę i kierujemy się teraz Jandranską Magistralą w stronę Splitu. Nie jedziemy długo, już po 17, niebawem zacznie się ściemniać. Jeszcze tylko badamy intrygującą dróżkę, która odbija od magistrali i wznosi się mocno do góry. Kilka serpentyn, potem kawałek ni to szutru ni asfaltu, znów kilka ostrych zakrętów i stajemy na otwartej przestrzeni z cudownym widokiem na morze i góry. No naprawdę warto to zobaczyć. Aż ciarki chodzą po plecach gdy myślę sobie, że spędzę w takich okolicznościach kilka dni. I to na rowerze

Szybko wracamy na kwaterę i myślimy już o kolejnym dniu. Sławek się przebudził i jak tylko wchodzimy wita nas niezbyt przyjemnym newsem. Odpalił jakiś serwis pogodowy i pokazuje nam ikonki prognozujące pogodę na cały tydzień. Są monotematyczne i jednoznaczne. Od rana do wieczora i od soboty do soboty wyświetlają się chmurki z kropelkami deszczu. Dobrze, że nie wierzę całkowicie w prognozy pogody.
I coś w tym chyba jest, bo ranek wita nas słońcem i błękitnym niebem. Pierwszego dnia planujemy jechać do Splitu. Zaplanowałem traskę jeszcze w domu i oczywiście nie prowadzi ona głównymi szlakami. Darek szybko zostaje z tyłu, mamy ustalony punkt zborny w Splicie wobec czego każdy może jechać swoim tempem. Sławek jakoś się trzyma, nie forsuję zbytniego tempa więc na razie jedziemy we dwóch. Szybko zjeżdżamy z magistrali i serpentynami za Brelą wspinamy się do góry. Stamtąd zjazd do doliny rzeki Cetina. Robi się naprawdę ciekawie, dolina wcina się głęboko pomiędzy okoliczne góry. Sporo zjazdów serpentynami, potem trzeba je odpracować na podjeździe ale naprawdę warto bo okolica przeurocza. Kilka razy czekam na Sławka i razem docieramy do Omiśa. Tutaj oczywiście nie skręcamy na główną drogę do Splitu tylko znów odbijamy w góry. Przed sobą widzimy już naprawdę solidnie wyglądający podjazd. Spora góra, jej stokiem biegnie droga oplatając ją swymi zwojami i niknąc gdzieś w górze. To już nie przelewki, pierwszy fragment jadę dosyć mocno ale szybko muszę spuścić z tonu. Jest ciężko i dosyć długo. Na górze uspokajam oddech i czekam na Sławka. Mija 10 minut i zaczynam się niecierpliwić. Mijają kolejne minuty i decyduję się jechać dalej już sam. Zjazd jest szybki i długi, potem spory kawałek po płaskim i wylatuję tuż przed Splitem. Do miasta prowadzi dwupasmówka, ruch ogromny, do tego trzeba się wspiąć na solidną górkę.
W samym mieście nie znajduję nic specjalnie interesującego i szybko zaczynam odwrót. Wracam sam główną drogą czyli Jandranską Magistralą. Nie można jej odmówić uroku, dobra nawierzchnia, cały czas przed oczami morze i góry. Fantastyczne widoki na opadające do morza góry. Niekiedy morskie fale rozbijają się dosłownie o wapienne zbocza. Plaże jeśli w ogóle są to bardzo wąskie, z reguły tam gdzie kończy się morze zaczynają się już góry. Jazda taką drogą to fantastyczne przeżycie, nie czuć zmęczenia chociaż już ponad 100 km w nogach. Na kwaterze melduję się pierwszy. Akurat zaczynam jeść obiad gdy wchodzi Sławek, a chwilę po nim Darek. Pierwszy dzień upłynął nam bardzo miło i nawet utrzymujące się fatalne prognozy na kolejne dni nie są w stanie zepsuć nam humorów.
Poniedziałek nie jest już taki piękny. Rano leje, wstajemy dosyć wcześnie, o godzinie 8 już jesteśmy po śniadaniu i plątamy się po pokojach co chwilę zerkając za okno. Leje jak z cebra. Dopiero gdzieś koło 10 deszcz odpuszcza. Nad morzem całkiem ładnie się wypogadza, ale góry spowite gęstymi chmurami. Nie ma na co czekać, szybko wskakuję w rowerowe ciuchy. Chłopaki jeszcze się wahają. Oni dumają co zrobić, a ja już lecę w stronę Dubrownika. Trasa zaplanowana już w domu, wczytana do Edge, jadę po śladzie. Do Ploce docieram po około 2 godzinach jazdy magistralą. Za Makarską ruch robi się mniejszy i jedzie się bardzo komfortowo. Jadę z wiatrem, droga lekko wznosi się i opada, wręcz zmusza do mocniejszego przyciśnięcia. Jest fantastycznie, na liczniku średnia 32 km/h. W Ploce zjeżdżam z magistrali i lecę w stronę Vrgorac. Ruch samochodowy zanika prawie zupełnie. Gdy tylko oddalam się od morza momentalnie pojawiają się góry. Podjazdy nie są długie, ale systematycznie jeden za drugim wymagają więcej pracy. Im wyżej tym pogoda robi się coraz gorsza. Jadę wzdłuż granicy z Bośnią, po prawej stronie mam widok na dolinę w tym kraju, za nią widać wysokie góry pokryte śniegiem. Kilka razy straszy mnie deszczem. Czuję się tu jak na końcu świata, z dala od cywilizacji, w górach, nade mną przewalają się szaro bure chmury, z których co chwilę pokapuje. Wiatr wzmaga się i atakuje gdy wyjeżdżam z ostrych zakrętów. Jest magicznie, tak jak lubię. Uwielbiam takie chwile odosobnienia, chwile próby, nie ukrywam, że też i strachu. No bo niech by rozlało się na dobre, temperatura momentalnie spada, wiatr przewiewa moje mokre ciuchy. Przeciwdeszczówka niewiele może pomóc. Sprawdzam telefon, oczywiście bez zasięgu. Trochę kiszka.
No ale nie ma co myśleć. Do Vrgorac docieram po kilkunastu minutach. Całe miasteczko to kilka budynków, jakiś bar, dwa lub trzy sklepy. Oczywiście wszystko pozamykane na głucho. Jeszcze dobrze nie wjechałem, a już je opuszczam Przypomina mi się kawał jak to w Wąchocku autobus otwiera tylko środkowe drzwi. Dlaczego? Otóż dlatego, że przednie i tylne są już za miastem. Tak samo i tutaj, jeszcze tylko rozglądam się za jakimś „ludziem” ale pochowani chyba bo znów zaczyna straszyć deszczem. Opuszczam Vrgorac i przygotowuję się już do najtrudniejszej części dzisiejszej trasy. Pamiętam profil, wiem, że schody zaczynają się na 90 kilometrze. A ja właśnie zbliżam się do niego. Czeka mnie już całkiem przyzwoity podjazd, ale żeby było ciekawiej mam jeszcze kawałek zjazdu co by do podjechania było więcej
Już jest drogowskaz kierujący na Makarską. Podjazd jest dosyć długi przez co nachylenie nie jest jakieś kosmiczne, ale i tak zaczynam robić już bokami. Droga chyba jest popularna wśród letnich wycieczkowiczów bo co chwilę mijam jakieś bary i sklepy stojące na tym pustkowiu. Teraz oczywiście hula tu tylko wiatr. Jest ciężko, ale jedzie się extra. Pomimo zmęczenia mam jeszcze ochotę na rozglądanie się wokół. Gdzieś powyżej 600 metrów zatrzymuję się na kilka minut. Łyk picia z bidonu, jakieś ciastko owsiane i mogę jechać dalej. Robi się bardziej płasko, w końcu osiągam miejsce skąd widać już Adriatyk. Odtąd mam już tylko w dół, zjazd jest bardzo szybki i leci półką skalną. Droga miejscami mokra i trzeba bardzo uważać żeby nie polecieć bo jak widzę to spokojnie można się zmieścić z rowerem pod barierką. A tam na dole to może za parę lat by mnie znaleźli 
Na kwaterę docieram bez takich problemów. Udało się objechać o suchym tyłku, opony trochę zmoczyłem ale i tak wyszło całkiem fajnie. Tym bardziej, że chłopakom dolało solidnie zaraz po tym jak wyjechali.
Wtorek zapowiada się trochę lepiej. Od samego rana zza chmur odważnie wygląda słoneczko. Nawet góry pozbywają się zasłony z chmur i pokazuję swoje szczyty. Czekam do 10 aż to wszystko się ustabilizuje i podejmuję decyzję. Jadę na Sv. Jurę. Jeśli nie dzisiaj to już w ogóle może nie być okazji. A być w Makarskiej i nie wjechać na Jurę to po prostu w głowie mi się nie mieści. Początek jadę drogą, którą wczoraj zjeżdżałem, skręcam w wąski trakt w lewo i wjeżdżam do parku narodowego. Nawierzchnia taka średnia, droga wąziutka, wznosi się serpentynami do góry. Pogoda póki co stabilna, nie ma szału ale na deszcz się nie zanosi. Gdzieś powyżej 800 metrów robi się zimno. Myślę o założeniu kurtki ale mam tylko przeciwdeszczową. Pewnie było by w niej cieplej ale wolę ją zostawić na zjazd. Pomału jadę do góry, oczywiście o widokach nie będę pisał bo to pewnie już staje się nudne. Jest po prostu debeściarsko. Gorzej, że patrząc w górę obserwuje strefę chmur, w których ginie moja droga. Jeszcze kilka minut i jadę w mleku. Na szczęście na wysokości 1200 m, osiągam płaskowyż gdzie dosyć mocno dmucha i rozwiewa chmury. Morza już nie widać, szczytu też nie. Za to mam widok na mijane łąki usiane kamieniami i skałami. Jakoś na 1250 metrach pojawiają się po bokach pierwsze płaty śniegu, znów psuje się pogoda, na ekranie GPS-a widzę kropelki wody. W sumie to nie wiem, czy to pada deszcz czy może wilgoć z powietrza. Już naprawdę zimno, nadal wstrzymuję się z ubraniem kurtki. Śniegu przybywa ale na razie bez dramatu, mijam 1400 metrów i nawet zaliczam kilka zjazdów. Zjeżdżam do małej dolinki i objeżdżam górę po prawej. Tutaj panują już znacznie gorsze warunki. Dużo więcej śniegu, na drodze coraz częściej pojawiają się oblodzenia.
Warunki teraz zmieniają się teraz bardzo szybko. Przyznam się, że byłem zaskoczony bo chociaż planując jazdę tutaj liczyłem się z tym, że nie wjadę na sam szczyt to jeszcze godzinę temu miałem taką nadzieję. Tak sobie tłumaczyłem będąc na 1400 metrach. Skoro tutaj jest spoko to 300 metrów wyżej nie musi być wiele gorzej. Nawet jak więcej śniegu to kawałek mogę podejść. Teraz jednak dosłownie co 100 metrów jest gorzej. Na 1500 metrach jadę już jedną z dwóch kolein ale wiem, że długo tak nie pociągnę. Koleiny stają coraz węższe, trudno utrzymać właściwy tor jazdy. W dodatku nawet ten wąski pas czarnego asfaltu pokryty jest już lodem. Jeszcze dojeżdżam na wysokość 1560 metrów i zatrzymuję się ocenić sytuację. Do szczytu jeszcze daleko, opcja pieszej wędrówki jakoś niespecjalnie mi się widzi. Jazda też nie wchodzi w rachubę. Może bym jeszcze wjechał kawałek ale z każdym metrem jest gorzej, nie ma opcji, że uda mi się wjechać na szczyt. Zresztą sam wjazd to pikuś, ale zjazd na kolarce w takich warunkach to proszenie się o wypadek. No i jeszcze pogoda zaczyna robić się coraz bardziej parszywa. Już nie mam wątpliwości skąd krople wody na ekranie licznika. Pada deszcz.
Początkowo zjazd bardzo upierdliwy i wolny. Uważam na zjazdach i zakrętach. Dopiero gdy droga robi się czarna trochę przyspieszam. Mam problem z palcami u rąk. Już na podjeździe było mi zimno ale teraz skostniały mi całkiem. Nie ukrywam, że nie mam przyjemność z tego zjazdu. Jedzie się fatalnie, dopiero teraz odczuwam fatalną jakość drogi. Chcę jak najszybciej zjechać w dół, ale muszę się hamować w obawie przed kapciem. Trwa to wieki, klnę pod nosem i z niecierpliwością coraz śmielej puszczam klamki hamulcowe. W końcu staje się to czego się obawiałem, wyskakuję zza zakrętu widzę przed sobą głęboką wyrwę w asfalcie. Hamowanie awaryjne i ładuję się z impetem w dziurę. Jeszcze kilka sekund mam nadzieję, że udało się bez kapcia ale te i ta nadzieja szybko umiera.
FUCK !!!! Jestem 1000 metrów nad poziomem morza. Jest pewnie 6-7 stopni, wieje wiatr, pada deszcz, a ja mam kapcia w kolarce. Klnąc niczym szewc na swoją głupotę szybko ściągam koło. Zakładam nową dętkę i znów w powietrze lecą nieprzyzwoite polskie słowa. Dętka nówka, nieużywana,a wentyl nie trzyma. Kombinuję chwilę, wiem, że niekiedy nowe tak mają ale jak się je dobrze przedmucha to wentyl zaskakuje. Tym razem ta metoda nie pomaga. Na szczęście udaje mi się szybko zlokalizować dziurę w starej dętce i biorę się za łatanie. Nie jest dobrze bo leje deszcz i nie mogę wysuszyć klejonego miejsca. Zasłaniam je jakoś całym ciałem i przykładam łatkę. Szybko pompuję koło i spadam w dół. Jadę ostrożnie ale też staram się jak najszybciej dotrzeć niżej gdzie jest cieplej. Czuję, że ta łatka długo nie potrzyma i chcę zapewnić sobie lepsze warunki do ponownego klejenia. Udaje się zlecieć na 600 metrów i tam znów tylne koło jest na kapciu. Tutaj jednak już cieplej i przestało lać. Jestem już po stronie morza, które jest tutaj czymś w rodzaju kaloryfera. W takich komfortowych warunkach mogę zająć się kołem. Znów wyciągam dętkę z zepsutym wentylem i kombinuję przy niej. Kilka razy pompuję i uderzam wentylem w kamień. W końcu zaskakuje i mogę ją założyć. O dziwo oględziny tej klejonej wykazują, że to nie łatka puściła ale kolejny „snejk” się trafił. No ale nad tym będę zastanawiał się już w domu. Jadę w dół, cieszyłem się ze słońca ale w czasie gdy robiłem przy rowerze znad gór nadeszły chmury i znów zaczyna ciapać. Miałem w planie po Jurze jeszcze 30 kilometrową pętelkę jednak wobec załamania pogody i problemów z dętkami decyduję się wracać na kwaterę. Boję się wypuszczać znów w góry bo kolejny kapeć mógłby się już skończyć telefonem do przyjaciela, a konkretnie do chłopaków żeby przyjechali po mnie autem. Oczywiście pod warunkiem, że w górach uda się złapać jakąś sieć.. Na kwaterę docieram już bez przygód i w samą porę bo coraz mocniej pucuje. Trochę kiszkowato dzisiaj wyszło i czuję pewien niedosyt ale liczę na to, że jutro sobie odbiję.
Niedosyt pozostał. Kolejnego dnia miało być rege ale moja niespokojna natura nie pozwoliła po takim przykrym epizodzie. Znów od samego rana straszyło deszczem. Polewało co chwila, dopiero około 9 przestało ale ciemne chmury wiszące nad górami nie pozwalały na optymizm. Nawet nad morzem kłębiły się zwaliste cielska pełne deszczówki. Pomimo tego zaryzykowałem i gdy tylko słoneczko błysnęło gdzieś zza chmur byłem w przeciągu kilku minut gotowy. Wcześniej oczywiście zapasy dętek przeszły gruntowny przegląd i serwis. Znalazłem w rowerowych szpejach jakąś starą. Tą dziurawą zakleiłem i uzbrojony w dwie dętki wyruszyłem w najbardziej ambitną trasę jaką miałem zaplanowaną na ten wyjazd.
Początek znaną już dobrze drogą w stronę Splitu, za Brelą pokonuję serpentyny i zjeżdżam na drugą stronę nadmorskich gór. Jedzie się super, wiaterek trochę pomaga, delikatnie w dół, ruch zerowy, nawet niebo robi się błękitne i zaczyna przygrzewać słoneczko. Przejeżdżam przez kilka małych wiosek i szybko oddalam się od morza. Zmierzam w kierunku granicy z Bośnią, w stronę gór. Zaczynają się pierwsze podjazdy, póki co biorę je z blatu. Przed sobą widzę jednak coraz wyższe szczyty ponad, którymi kłębią się już ciemne chmury. Robię kilka całkiem solidnych podjazdów i ani się oglądam gdy GPS wskazuje wysokość 700 metrów. Krótki zjazd i znów trzeba mozolnie kręcić do góry. Za chwilę wjadę w chmury, droga kręci się na serpentynach. Zaczyna kropić ale najgorsze jeszcze przede mną. Jeszcze kilka mozolnie pokonanych zakrętów i dosłownie wjeżdżam w strefę chmur. Nie ma okresu przejściowego, na odcinku kilkunastu metrów zaczynają się wokół mnie kłębić mgła i chmury. Widoczność spada do kilkunastu, a potem wręcz do kilku metrów. Robi się zimno ale na razie nie jest to problemem bo ciągle wznoszę się do góry. Podjazd mnie rozgrzewa lecz gdy osiągam 900 metrów robi się płasko. Zjazd jest nieprzyjemny. Raz, że morale mi padło, dwa, że zimno teraz jak cholera, trzy, że trzeba hamować bo widoczność nie pozwala na szybką jazdę. Ta nieprzyjemna chwila trwa kilka minut, wraz ze stratą wysokości mgła rzednie, a wiatr coraz częściej ją rozwiewa dając widok na dolinę. Tam w dole jest dużo lepiej, nawet chyba słońce świeci gdzieś w oddali.
Jeszcze kilka minut już fajnego zjazdu i osiągam granicę z Bośnią. Nie przekraczam jej jednak lewcz skręcam w prawo w boczną drogę i robię sobie przerwę na posiłek. Tutaj w dole dużo przyjemniej, potrzebuję takiej chwili bo na górze było kiepsko. Wrzucam coś na ruszt i obserwuję drogę, którą mam dalej jechać. Miałem delikatne obawy co do jej jakości bo na mapie zaznaczona była ledwo wąziutką linią. Na razie jest dobrze, a co dalej to się zobaczy. Póki co mam dobre doświadczenia z Chorwackich dróg i liczę na to, że nadal tak będzie. Zaczyna znów kropić więc szybko się zbieram w nadziei, że ucieknę ze strefy opadów. Są na to duże szanse bo chmury szybko się przemieszczają z wiatrem, a niebo podzielone jest na lepsze i gorsze strefy. Kolejne kilometry to kolarska poezja. Przebijam się przez góry i przełęcze terenami pozbawionym cywilizacji. Jedzie się wspaniale pomimo ryzykownej pogody. Gorzej, że jadę teraz pod wiatr, no ale nie można mieć wszystkiego. Niekiedy mijam jakieś zrujnowane zabudowania stojące samotnie na bezludziu. Długo trwa gdy zaczynają pojawiać się jakieś wioski. Ludzi nie widać, jedynie psy na podwórkach i ptactwo domowe pozwalają wierzyć, że istnieje tu życie.
Cały czas zmagam się upierdliwymi podjazdami. Nie są długie ale zaczynają mi już wchodzić w nogi. Pojawiają się też znaki kierujące do Imotski. Kilka kilometrów przed tym miasteczkiem widzę już jakieś większe oznaki cywilizacji. W wioskach można dostrzec ludzi, nawet trafia się kilka otwartych sklepów. Znów zaczyna padać, jak zwykle decyduję się na ucieczkę, ale chyba w końcu mnie dopadło bo jadę tak kilka minut i deszcz zamiast mijać to wzmaga się. Jadę akurat przez jakąś wioskę i mijam przystanek autobusowy. W sumie to i tak zamierzałem zatrzymać się na jakiś szybki kęs.
Zatrzymuję się i mam schronienie pod dachem. W samą porę bo rozlało się na całego. Pucuje aż miło przez kilkanaście minut. Rozglądam się wokół i dostrzegam, że w tam gdzie jadę niebo wygląda dużo lepiej. Czekam jeszcze chwilę i gdy tylko opady zanikają wskakuję na rower i szybko zasuwam mając nadzieję na skuteczną ucieczkę ze strefy opadów. Zaliczam kilka podjazdów, a potem długi i wspaniały zjazd. Tutaj chyba faktycznie nie padało bo droga sucha dzięki czemu mogę w końcu popuścić wodze fantazji i rozkoszować się szybki zjazdem. Warunki ku temu wyśmienite, droga suchutka i przyczepna, zakręty nie za ostre, można dawać na całego z czego skrzętnie korzystam. Jest cudownie, wiatr szumi w uszach, składam się w kolejne zakręty, czuję się jak władca szos. Wręcz ekstaza!
Zjazd jednak szybko się kończy i poruszam się teraz doliną pod silny wiatr. Właśnie przejeżdżam wzdłuż masywu Sv Jura ale od drugiej strony. Szczyt cały pokryty śniegiem, cieszę się, że mnie tam teraz nie ma. Jedzie mi się coraz gorzej, wiatr pozbawia mnie sił, na liczniku już ponad 120 km. Kończy mi się picie, jedzenia też już nie mam, wiem, że czeka mnie jeszcze jeden solidny podjazd i czekam teraz na niego z utęsknieniem. Średnia prędkość spada cały czas, nie ma szans wygrać z wiatrem. W końcu widzę tablicę z nazwą miejscowości. Kozica- to tutaj zaczyna się ostatni i kto wie czy nie najtrudniejszy podjazd na całej trasie. Zaczyna się gdzieś na wysokości 340 metrów, droga od razu staje dęba, trafiają się ścianki ponad 10%, które pod wiatr sprawiają mi spore problemy. Kilka serpenty. O dziwo pomimo zmęczenia jedzie mi się nawet dobrze. Nie szaleję tutaj, bez kompleksów używam miękkich biegów i wolno ale sprawnie pokonuję kolejne metry podjazdu. Na górze robi się łatwiej i już łagodnie nachyloną dróżką dobijam na przełęcz gdzieś w okolicy 750 metrów. Krótki zjazd i droga łączy się z tą, którą jechałem drugiego dnia z Vrgorac. Teraz czeka mnie już tylko długi i szybki zjazd ale jak się okazuje później to jeszcze nie koniec przygód na dzisiaj.
Na drodze akurat są roboty i mam do przejechania dwa dłuższe kawałki po tłuczniu. Pierwszy jadę ostrożnie i zachowawczo. Na drugim już pomału tracę cierpliwość. Jestem głodny i zmęczony, czym prędzej chcę się dostać na kwaterę. Jadę wolno po kamieniach, już widzę kilkanaście metrów przed sobą asfaltową nawierzchnię, puszczam klamki i nagle podskakuję na jakimś kamieniu. Przelatuję oboma kołami, czuję dobicie obręczy i nawet nie mam złudzeń. Kapeć z przodu, kapeć z tyłu. FUCK!!!
Dobrze, że tym razem dętki są w porządku i wymiana idzie szybko. Nawet nie pakuję dużo powietrza, remonty już za mną, jakoś dojadę spokojnie te kilka kilometrów. Chłopaki już od dawna na kwaterze, znów im dolało solidnie. Chyba jakaś opatrzność czuwa nade mną. Śmieją się, że następne dni jadą razem ze mną.
Ale następni dzień zgodnie robimy sobie relaksowy. Śpimy do późna, potem celebrujemy śniadanie aby w końcu wylądować na rowerze. Taka tam jazda bez celu, na spokojnie. No i paradoksalnie właśnie teraz gdy kręcimy się po najbliższych okolicach Makarskiej łapie nas deszcz i w końcu nawet ja mam okazję przemoczyć ciuchy. W sumie nic strasznego ale pizza konsumowana w mokrych ciuchach jakoś nie smakowała.
W ten sposób ani się obejrzeliśmy gdy nadszedł ostatni dzień pobytu w Chorwacji. Piątek przywitał nas piękną pogodą i w zasadzie wszystko zdawało się sprzyjać temu aby przypieczętować pobyt tutaj jakimś mocnym akcentem. W nocy konkretnie wiało, rano nie było lepiej ale nie zapowiadało się to najgorzej. Szybkie śniadanie, rowerowe ubranko i już jestem na rowerze. Pierwsze metry nie zapowiadają problemów. Wieje solidnie ale damy radę. Jednak gdy opuszczam zabudowania i jadę po odkrytym terenie podmuchy wiatru zaczynają mi sprawiać kłopoty. Pal licho, że gdy wieje z przodu to prawie zatrzymuje. Gorzej jest gdy nagły poryw wiatru uderza z boku bo wytrąca z toru jazdy, rzuca po całej drodze. Jadąc kilkanaście km/h mam problemy z zachowaniem równowagi, przy szybszym zjeździe gwarantowana gleba. Mam jednak jeszcze nadzieję, myślę sobie, ze jak przebiję się przez przełęcz i zjadę na drugą stronę gór to będzie lepiej. Nie poddaję się więc i uparcie prę do przodu. Nadchodzi jednak moment kiedy trzeba powiedzieć pas. Wyżej tak wieje, że nawet trudno ustać.
Najgorsze to, że poza tym pogoda luks. Błękitne niebo, słoneczko jara, fajna temperatura Co tu kurna chata robić w takim przypadku? Zjeżdżam pomału do Makarskiej, obczajam jakąś drogę, która przeprowadza mnie górą ponad całą miejscowością. Wyskakuję na magistralę i jadę w kierunku Breli na razie bez żadnego celu. Trudno się jedzie, cały czas wieje, trzeba naprawdę uważać na zjazdach bo można wylądować pod kołami przejeżdżających samochodów. Kombinuję co by doturlać się za Brelę i uderzyć w dolinę Cetiny tak jak jechałem pierwszego dnia. Przełęcz nie jest wysoka , jest szansa się przebić. Serpentynki idą nawet sprawnie chociaż KOM-a nie pobiję bo wiatr trzyma bardzo mocno. Szybki zjazd do doliny i tutaj faktycznie jest lepiej. Jadę sobie spokojnie znaną mi już drogą. Raczej nie zdecyduję się na jazdę aż do Splitu biorąc pod uwagę, że trzeba by wracać taki kawał drogi Jandranską Magistralą przy takim wietrze. Dobijam do Omiśa i wracam do Makarskiej. To coś koło 30km, a zryło mnie jak mało kiedy. Najgorszy był przejazd przez tunel. Dobrze, że krótki, jakieś 200 metrów może ale taki się cug zrobił, że kilka razy zatrzymało mnie tam całkowicie. W porach już miałem nieźle bo utknąć w takim miejscu nie jest miłym przeżyciem. Ciemno, huk od przejeżdżających samochodów (akurat tylko dwa przejechały na szczęście), jechać się nie da, szedł przecież nie będę z rowerem. Porażka na całej linii. Jakoś doczołgałem się w końcu na drugą stronę i zostało jeszcze 20 kilosów do przejechania. Po przygodzie w tunelu wiatr już mnie nie rusza
luzik jest.No i tak nasz treningowo-turystyczny obóz rowerowy dobiegł końca. Warto było przyjechać, pogoda nawet niezła biorąc pod uwagę panującą akurat parszywą aurę w całej Europie. Tereny na rower rewelacyjne, czy to kolarka czy MTB spokojnie znajdzie się tu dróg i ścieżek na kilkanaście dni jazdy. No i co warto zauważyć dosyć ekonomicznie. Kwatera 70 eurasów od łeba, dojazd 400 zł od głowy. Na upartego jak ktoś się uprze i włączy tryb ekonomiczny to idzie się zmieścić w 1000 złotych za cały tydzień fajnej zabawy. Czy warto wydawać tyle kasy na to żeby pojeździć sobie na rowerze
To już każdy sam musi ocenić.W każdym razie ja już planuję coś na przyszło rok.
Fotek dużo nie robiłem, te kilka co pstryknąłem możne obejrzeć Tutaj
Filmik też nakręciłem. Nie oddaje tego co faktycznie się działo ale widać, że dmuchało nieźle - Wichura w Makarskiej








