Do trzech razy sztuka – mój debiut na MTB TROPHY
Dodał(a): Maciek Urbanik UMaciek
09 czerwca 2013
To była moja trzecia wpłata na Trophy. W 2010 wycofałem pieniądze z powodu braku formy, a w 2012 wycofała mnie, wszystkim znana, zabawa z kolanami. Zgodnie z zacytowanym powiedzeniem – w tym sezonie musiało się udać. Zaczynając od listopada, dziesiątki godzin na trenażerze, urozmaicone dobą biegówek, a także 1600km na rowerze miały zaprowadzić do pierwszego szczytu formy właśnie na Trophy. Nie wiem, na ile się udało ze szczytem, ale pewien jestem, że w takiej formie na wiosnę jeszcze nie byłem. Uzbrojony w bagażnik części zamiennych, narzędzi i rowerowe ciuchy pojawiłem się późnym środowym wieczorem w kwaterze naprzeciwko Zagronia, gdzie czekała na mnie ekipa w składzie MiśQ, PePe i Maciu.


1 etap – Czantoria

Budzik. Śniadanie. Mój „śniadaniowy stres przedstartowy” gdzieś wyparował – nic, tylko się cieszyć. Plan był prosty, pierwsze dwa dni w miarę możliwości na spokojnie. Start bez większej ekscytacji i po wyjeździe ze stadionu kierujemy się na znany mi z uphillu podjazd na Wielki Stożek. Przed startem sporo padało, więc trasa lekko pyli. Jadąc swoim tempem wyprzedzam na podjeździe trochę osób. Gdzieś koło Czantorii młynek już zaciąga, na szczęście prawie wszystko daje się przepchnąć ze środkowego blatu, ewentualnie błoto jest tak gęste, że jazda nie ma sensu. Cieszę się, że wziąłem kamizelkę AGHu, w tych 12st i wilgoci sprawuje się idealnie.
Chyba przed 2gim bufetem jedziemy po granicy mając po bokach wysokie, prawie 3m ogrodzenia. Ciekawe co ogradzały. Na bufecie Czesi ratują mój młynek smarem i można jechać dalej. Dolną część zjazdu z Czantorii kojarzę z Istebnej 08, pomimo to też padam ofiarą czeskiego mostka. Zbyt wczesny skręt, uślizg koła, ale jakoś udało mi się wyratować przed zwiedzeniem dna rzeczki 4m niżej. Dalsza część czerwonego szlaku to trochę błotnego terenu, szutrów z podstępnymi odpływami (szczególnie jednym na zakręcie w lewo), jedną głębszą rzeczką i kilkoma km asfaltu przed metą. Etap kończę 192 open i 71 w M2. Wyszło 64km w 4:48h. Szybki makaron, mycie roweru, butów, prysznic, obiadek, przegląd roweru i regeneracja.


2 etap – Rysianka

Etap (po modyfikacjach) z grubsza miał wyglądać tak: 20km asfaltu – pętla z Rysianką – asfalt – podjazd na dobicie. Śniadanie znowu luzik, włączając naleśnika z dżemem. Pogoda znośna, 15st bez deszczu, można zaszaleć z krótkimi spodenkami. Na pierwszym podjeździe po starcie za każdym obrotem czuję okolice lewego kolana, to ewidentnie efekt mostka z dnia poprzedniego. Musiałem coś naciągnąć. Ale jechać trzeba. Do pętelki dotarliśmy w tempie ekspresowym i zaczęła się zabawa w terenie. Zgodnie z założeniem na całe Trophy, podjeżdżam ile tylko się da. Podjazd na Boraczą zgodnie z planem, prowadzę tam gdzie konieczne, później chwila odpoczynku i pojawiają się partie, których nie da się podjechać. Na jakimś wypłaszczeniu spotykam Grzegorza Golonkę, od którego słyszę „znowu będziesz pisał, że było dużo błota?” – „pisałem, że było sporo i gęste!”. Jak na złość orgowi, jakieś 500m dalej był odcinek, gdzie roweru nie dało się już nawet pchać. Drwale bawili się dzień wcześniej i mieszanka błota, kamieni, patyków blokowała i oblepiała koła totalnie, a rower ważył dobre kilka kg więcej. Przed szczytem czuję zgagę, jutro już żadnych naleśników na śniadanie. Zjazd z Rysianki znałem już z maratonu w Korbielowie, z tym że wtedy warunki były lepsze.
Gdzieś na łące widzę Versusa, który schowany w trawie trzaska zdjęcia. Na trzecim bufecie full opcja.
Od Hinola dostałem piwo, sam organizator przemył okolice napędu, Hinol nasmarował łańcuch czeskim olejem, MiśQ i Ludwik dopingowali. Nic nie wskazywało na to, że ostatni podjazd okaże się faktycznie dobijający. Był to zgon nie do opisania, zgon totalny, zgon jak z Istebnej do Krakowa. Żel z kofeiną nie dał nic, pozostało tylko wytrwale kręcić. Jechałem chwilę rozmawiając z Duńczykiem, jednak jego stan był trochę lepszy i pojechał. Gdzieś przed pierwszym z dwóch szczytów ktoś poratował mnie mini-snickersem, bo zaczynało mi się robić słabo. Ten mały zastrzyk energii pozwolił wyjechać jeszcze na Tyniok i wyratować się przed kilkoma glebami na zjeździe. 175 open, 61 M2. Org coś źle policzył i wyszło 85km jechane 6:28h. W centrum Istebnej przyswoiłem kawałek pizzy od Hinola i Ludwika, makaronik, chwila rozmowy i powrót do schematu mycie – jedzenie – serwis – rege, z tym że włączyłem w to masaż ze względu na udo.


3 etap – Wielka (S)Racza

Mówią, że trzeci etap najgorszy, ale czy może być gorzej niż końcówka z dnia poprzedniego? Pogoda znowu się popsuła. Zimno, leje cały czas. Ubiór analogiczny jak we czwartek. Na szczęście na sam start pogoda chwilowo odpuszcza. Trasa zmieniona i skrócona. Zaczyna się od podjazdu pod Ochodzitę, której szczyt tonie we mgle. Dobrze, że ktoś miły pokazuje jak trafić na zjazd. Część kamienna przejechana spokojnie, za to na łące wjeżdżam w najbardziej wyrobioną koleinę. To moja pierwsza większa gleba na tej imprezie, ląduję twarzą w trawie. Znajomy pyta czy wszystko ok, wstaję, podnoszę rower, zjeżdżam dalej. Po wczorajszym masażu pierwsze paręnaście km przejechane „na świeżości”. Nauczony wczorajszym etapem na każdym bufecie biorę kilka ciastek i banany. Dzięki pomarańczy dowiaduję się o pociętej wardze. Najbliższe, bardzo długie, podejście pod Beskid Graniczny daje w kość odcinkowi krzyżowemu moich pleców, więc w ramach rozruchu na szczycie smaruję łańcuch. Za Rycerką skręcamy w prawo na żółty szlak, żeby przez jakieś 50min mielić pod Raczę. Szlak nam nie odpuszcza, cały czas stromo pod górę, luźne i wbite kamienie nie dają odpocząć ramionom grożąc podcięciem i zatrzymaniem. Po zjeździe z Raczy bardzo fajny, pofalowany singielek. Wąski, z przepaścią po prawej stronie. Udaje się gładko przejechać. Dalej zaczyna się kolejny bardzo błotny odcinek. Niestety większość czasu jaki nadrobiłem podjeżdżając jedną górkę, straciłem odblokowując koła jak dzień wcześniej. Cholerni drwale. Zjazd po bardzo mokrym asfalcie z Trzech Kopców strasznie wychłodził mięśnie nóg i potrzeba było dłuższej chwili, żeby nogi kręciły jak wcześniej. Po zjeździe do Jaworzynki kolejne smarowanie. Spotykam jakiegoś Rosjanina, z którym przemierzam ostatnie asfaltowe zjazdy i podjazdy zamieniając raz na czas kilka uwag i ostrzegając przed niespodziankami jak wodne przepusty na łąkach. Ostatecznie odstał przed ostatnim zjazdem i przyjechał chwile po mnie. Korzonków nawet nie próbowałem zjeżdżać. 176open, 59 M2. 67km w 6:16h. Słowa uznania i podziękowania od Ruska – makaron – mycie – obiad – masaż – serwis – rege.

4 etap – (Klimczok) Malinów

Po kolejnych opadach nastąpiło radykalne cięcie trasy. Odpadł Klimczok. Przed Salmopolem zawinęliśmy czerwonym szlakiem w kierunku Malinowa. Zostało koło 45km. Ale od początku. Po sobotniej pizzy i późnym zaśnięciu byłem rano lekko zaspany. Na szczęście nie padało, przebijało się słońce, a prognozy przepowiadały deszcz na okolice 13, więc znowu lżejsze ubranie. Wszyscy świadomi mniejszej ilości km ruszyli mocno. Niestety 1,5km po starcie po przeskoku nad dziurą, połączenie szarpnięcia, solidnego luzu w suporcie i przerzutki na blacie spowodowało obrócenie jej na obejmie. Szczęśliwie stało się to naprzeciwko kwatery, więc zawróciłem szybko, wpadłem do przedsionka i imbusem szybko poprawiłem usterkę. Wrzuciłem najwyższe obroty i może lepiej, że skończyła się bateria w opasce, bo nie widziałem co się dzieje z moim zmęczonym po 3 dniach sercem. Początek znany z maratonów w Istebnej, więc wiedziałem ile mam czasu na wyprzedzenie wolniejszych osób. Po pierwszym szutrowym odcinku zacząłem już poznawać ludzi, z którymi jeździłem do tej pory. Obawiałem się odrobinę, że przegnę z tempem ale czułem nogę, więc przebijałem się dalej. Żele szły planowo co 50min.
Na zjazdach czułem pełen flow, przeskakując czyhające na nieuważnych wysokie i śliskie odpływy czy przelatując po sekcjach kamiennych. Gdzieś na 20km poczułem dość mocno prawe udo, było bliskie kurczu, dobrze że miałem fiolkę z magnezem. W połowie trasy usłyszałem „one hundred and six”. Dodało mi to dodatkowego ognia. Chciałem dojechać w setce. Wyjechałem tego dnia wszystko, nadrabiając pozycję za pozycją. W okolicach Cieńkowa dogoniłem Ebolę. Udało się utrzymać jego „ninerowe” tempo na zjeździe i pojechać trochę razem w okolicy tamy na Białej Wisełce. Został odrobinę na podjeździe pod Zameczek. Do samej mety walczyłem o kolejne pozycje. Wynik był tak dobry, że Czesi od pomiaru czasu nie chcieli wierzyć, że poprawiłem się o 90 miejsc po 3 etapach. Pogadaliśmy chwile i zostałem uwzględniony w wynikach. To był ewidentnie najlepszy dzień wyścigowy w mojej „karierze” kolarskiej. 85 open (!), 41 M2. 47km w 3:17h. Schemat uległ zmianie: mycie – brudny rower na dach – pakowanie – pizza – dekoracja – powrót do domu.


Podsumowanko

To były chyba najbardziej błotne 4 dni mojego życia. Prawie 270km w tych warunkach przejechałem w 20:50h, lądując dzięki ostatniemu etapowi na 140 miejscu open i 41 w M2. Ale chyba największa satysfakcja płynie z samego ukończenia, chociaż muszę przyznać, że najwięcej radości z tych 4 dni dała mi niedziela. Odbyło się to właściwie zgodnie z założeniem „przejechać całość, a jak będą siły to się pościgać”. Były oczywiście momenty, kiedy chciało się rzucić rowerem na bok – zgon na etapie 2gim lub oba fragmenty z klejącym błotem, ale motywacja była na tyle duża, że udało się przezwyciężyć kryzysy. Poznałem na trasie kilka osób z zagranicy, z którymi miło leciały kilometry. Po całej imprezie byłem już potwornie wycieńczony, sprzęt też już miał dość. Poza suportem, do wymiany łożyska przedniej piasty. Reszta została rozebrana, gruntownie wyczyszczona i nasmarowana. Polecam zestaw XKing przód 2.4/tył 2.2. Poza najgęstszym błotem dawał radę w górę (ku zdziwieniu podprowadzających) i w dół. Najlepszą inwestycją tego roku jest zamknięty system Nokona – gorąco polecam.

Chciałem bardzo podziękować wszystkim, którzy stanowili dla mnie wsparcie w czasie tej imprezy bezpośrednio - ekipie z pokoju: Maciowi, MiśQ’owi i PePe’mu i z dalsza – rodzince, a także znajomym i forumowiczom za każdą wiadomość lub post. Podziękowania oczywiście dla wszystkich, z którymi się ścigałem i gratulacje dla finisherów! Specjalne podziękowania dla Hinola i Ludwika za mistrzowski bufet na 2gim etapie i ten kawałek pizzy, który zaczął kompensowanie mojego glikogenu, a także dla Versusa, który przyjechał z Krakowa na szosie zrobić kilka zdjęć. Jestem też bardzo wdzięczny Ali i Bartkowi z rehabilitanci.org.pl za nieustanną pomoc fizjoterapeutyczną i konsultacje w sprawie kolan – dzięki Waszej świetnej robocie mam możliwość dalszego spełniania swojej pasji, nawet w tak ekstremalnym wykonaniu. Nie bez znaczenia dla mojego komfortu i efektywności przez cały wyścig była także pozycja na rowerze, dopracowana na BGFit w Profidea, w Krakowie.

Co do przyszłorocznego Trophy to jeszcze jest pół roku do zastanowienia się. Na pewno chciałbym spróbować się z wersją szosową. Może jak organizator zgodnie z obietnicą przesunie MTBT na lato, to mocniej rozważę ponowny start. Na tą chwilę trzeba odpocząć i zabrać się za drugą część sezonu, bo też zapowiada się ciekawie!

Maciek

Ocena: (4)
0 komentarzy · 3065 czytań ·
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.