Operacja Vendetta - część I
Dodał(a): furman
18 czerwca 2013


DALEKA DROGA

Po 24 godzinach spędzonych w niewygodnym fotelu autokarowym wyskoczyłem z dużą ulgą na ulicę Skopje. Stolica Macedonii wita nas niespecjalnie sympatyczną pogodą straszącą deszczem. Jestem tak zmęczony jazdą, że nawet nie bardzo mi się chce wsiadać na rower. Chętnie walnął bym się gdzieś w trawkę i poleżał dłuższy czas. Aby to zrobić trzeba jednak poskładać rowery i wydostać się z miasta. Chwilę nam schodzi, oprócz nas dwóch jest też inny sakwiarz z Polski lecz jakoś nie przejawia ochoty do większej integracji, pomimo, że nasze trasy są na początku podobne. Zwiedzanie miasta zostawiamy sobie na później, a teraz po złożeniu rowerów kręcimy bystro w stronę Tetova. Wyskakujemy na autostradę, z relacji innych bikerów wiem, że można tędy przejechać na rowerze. Może kiedyś tak było, lecz tym razem jest inaczej bo już po kilku kilometrach zatrzymuje nas patrol policji i grzecznie acz stanowczo kieruje na drogę lokalną.

W sumie wyszło na dobre bo dróżka bardzo przyjemna, ruch w zasadzie zerowy, jedzie się przyjemnie, podczas gdy z niedalekiej autostrady dolatują głośne odgłosy często przejeżdżających samochodów. Jak na obrzeża stołecznego miasta to tereny niespecjalnie ciekawe. Samo Tetovo za to już zdecydowanie lepiej. No może sam wjazd do miasta przebiegający obok wysypiska śmieci niezbyt miły ale w centrum robi się ciekawie. Ruch, gwar, trąbienie samochodów, wszędzie kramy, bazary, sklepiki, masy ludzi robiących zakupy, pijących kawę w barach, przeciskających się wśród tłumu. Życie tutaj wręcz kipi i wylewa się z wąskich i zajętych przez kramarzy chodników na ulicę. A tam oczywiście panuje wolna amerykanka, kto większy ten lepszy, ten ma pierwszeństwo. Kto szybszy ten wygrywa. I chociaż wydaje się to barbarzyństwem to jednak jakoś funkcjonuje, niby każdy jeździ po swojemu ale nie widać w tym wszystkim agresji. Ktoś komuś zajedzie drogę, kilka trąbnięć i jedzie dalej.

Zatrzymujemy się w knajpce i zjadamy pierwszy od wielu godzin ciepły posiłek. Tutejszy Kebab nie jest zły chociaż jadałem lepsze. Dalsza droga wiedzie nas w stronę Gostivaru. Wokół nas wznoszą się coraz większe góry, szczyty cały czas spowite w ciemnych chmurach. Niekiedy i w dolinie straszy deszczem, kilka razy dopadają nas przelotne opady, które na szczęście szybko zanikają. Za to nie można narzekać na temperaturę, jest ciepło i jedzie się bardzo przyjemnie. Okolice już coraz ładniejsze, ale nadal to tylko przygrywka do tego co będziemy mogli jeszcze obejrzeć. Do Gostivaru docieramy dosyć szybko, nie wjeżdżamy jednak do centrum bo nie wygląda zbyt zachęcająco. Za to słyszymy tutaj pierwszy raz głos muezina. Już wcześniej mijaliśmy gęsto rozmieszczone i z daleka widoczne wieże minaretów, ale dopiero teraz dociera do nas donośny głos wzywający do modlitwy. Wzmocniony przez głośniki jest słyszalny z daleka i na mnie robi duże wrażenie gdyż pierwszy raz mogę słuchać go na żywo. Pomimo tych wezwań jakoś nie widzę aby ludzie rozkładali dywaniki i klękali z twarzami w kierunku Mekki. Muezin swoje, ludzie swoje, nadal piją kawę, krzątają się w obejściach, robią zakupy itp.

Za Gostivarem droga zaczyna się robić coraz bardziej pagórkowata, pojawiają coraz dłuższe podjazdy i coraz szybsze zjazdy. Na jednym z nich nie wytrzymuje jedna z łatek na dętce w tylnym kole i pęka głośno sycząc przez kilka sekund. Akurat stało się to w jakiejś większej wiosce i gdy tylko zabrałem się za wymianę momentalnie pojawiają się wokół mnie stada ciekawych dzieciaków. Nie są natarczywe, raczej zaintrygowane nami, zainteresowane tym co robię. Wymiana idzie szybko, żegnamy się z miłymi chłopakami i jedziemy dalej. Znów zaczyna się jakiś dłuższy podjazd, tym razem wygląda to na coś solidniejszego. Zaczyna kropić, ale nie on jest moim największym zmartwieniem. Darek ! Widać wyraźnie, że zaczyna brakować mu pary w nogach. Po płaskim jechaliśmy równo lecz gdy tylko pojawiła się górka szybko pojawił się problem. Co kilka minut muszę czekać, co kolejny postój to czas oczekiwania jest dłuższy.

Na jednym z pit-stopów odbywamy rozmowę, dyskutujemy co i jak możemy zrobić żeby ta wycieczka mogła zakończyć się powodzeniem. Są różne opcje, dłuższe przerwy na odpoczynek, wolniejsza jazdy, modyfikacja trasy, wspomożenie się jakimś środkiem transportu itp. Po takiej rozmowie i dłuższym odpoczynku jedziemy dalej, zostaję trochę z tyłu i obserwuję jak Darek sobie , może za twardo jedzie, może ma siodełko źle ustawione. Wszystko wygląda jednak dobrze, a on się męczy okropnie, wyraźnie widać jak pracuje całym ciałem, jak każdy obrót korby angażuje każdy mięsień w jego ciele włącznie z tymi na twarzy. GPS wskazuje 800 metrów n.p.m. gdy przyciskam trochę mocniej i kilka minut jadę swoim tempem do góry. Skutkuje to tym, że na górze muszę czekać już bardzo długo. Gdy Darek pokazuje się w polu widzenia łatwo dostrzegam, że jest z nim źle. To widać po twarzy, zlany potem, grymas zmęczenia, dojeżdżając do mnie kołysze się na boki z wysiłkiem pokonując każdy metr podjazdu. Tym razem rozmowa nie jest długa, Darek stanowczo mówi, że zawraca. Dla mnie to już nie jest zaskoczenie bo spodziewałem się tego od pewnego czasu. Prawdziwe góry dopiero są przed nami, jeśli już tutaj jest taki duży problem, to co będzie dalej? Nie owijamy w bawełnę, nie rozmieniamy się na drobne. Pokojowo kończymy naszą współpracę na tej wyprawie. Każdy z nas wiedział co go czeka, obaj znaliśmy zaplanowaną trasę, widzieliśmy profile, znaliśmy jej długość oraz mniej więcej wiedzieliśmy czego możemy oczekiwać. Mija tylko kilka minut i każdy z nas jedzie w swoją stronę. Darek wraca tą samą trasą na powrotny autobus, ja ciągnę nadal w górę.

Nie ukrywam, że odczuwam dużą ulgę chociaż nie jestem zwolennikiem samotnych wypraw. Tak naprawdę to pierwszy raz gdy jadę sam. Jestem jednak zdesperowany, to już trzecie podejście z wyjazdem do Albanii. Pierwsze zakończyło się w Dubrowniku, drugie miało koniec gdy jeszcze się nawet nie zaczęło. Tym razem dotarłem aż tutaj i już nic nie jest w stanie mnie zawrócić. Jedzie mi się super, w końcu mogę zasuwać swoim tempem, podjazd nie jest jakoś specjalnie stromy więc szybko swobodnie kręcę na średniej tarczy. Na kilka minut zatrzymuje mnie deszcz, a potem szybko osiągam szczyt przełęczy położony na wysokości około 1340 metrów. Zjazd do Mavrovo jest długi, szybki i z pięknymi widokami na położone w dole jezioro. Do tego wszystkiego wychodzi słońce więc jedzie się naprawdę cudownie. Zamierzam dobić dzisiaj do Debaru, mam tam jeszcze około 20 km więc robię tylko kilka szybkich fotek i nie tracę więcej czasu. Przed Debarem kilka zmarszczek, które zaczynam już jednak czuć w nogach i wjeżdżam do miasta. Mniej gwarne niż Tetovo, ale być może z tego powodu, że już dosyć późno. Za to jakoś bardziej uporządkowane mi się wydaje, robię małe zakupy w sklepie i jadę dalej. Rozglądam się już za noclegiem, za miastem fajne tereny, dużo łąk, niekiedy jakieś małe zagajniki. Wydaje się, że to idealne miejsca na rozbicie obozu. Już zamierzam wjechać w jakąś boczną dróżkę gdy za zakrętem dostrzegam jakiegoś tubylca. Mijam go i jadę za kolejny zakręt, a tam niespodzianka. Granica !!

Jakoś nie patrzyłem ostatnio w mapę, a nie pamiętałem, że granica jest tuż za miastem. No nic, jak już tu jestem to trzeba wjechać do tego mitycznego dla mnie kraju jakim jest Albania. Odprawa idzie szybko i sprawnie, 2 minuty i moje opony ścierają się już o albański asfalt. Po lewej widzę jakiś dom, pytam się tak z głupia frant o nocleg. To hotel, na moje pytanie o cenę noclegu słyszę 5 euro. Co tu dużo gadać, za tą cenę nie opłaca się nawet namiotu rozbijać. Łykam!
Jestem zmęczony i z miłą ulgą biorę prysznic oraz uwalam się na wyrko. Rower stoi sobie spokojnie w pokoju, a ja mogę w komfortowych warunkach porobić notatki oraz plany na dalszą trasę. Tą mam wprawdzie już zaplanowaną, track wczytany do GPS, ale jak się okazuje dobrze jest jednak wiedzieć mniej więcej co mnie czeka. Noc mija na dobrym śnie, a ranek budzi mnie słońcem.

Dystans - 145 km
Czas jazdy - 7,34
Średnia - 19,2
Suma podjazdów - 1478


GDZIE DIABEŁ MÓWI DOBRANOC

POLAKO! ROBERTO LEWANDOWSKI – POLAKO, LUKAS PODOLSKI – POLAKO! Tak wita mnie pierwszy Albańczyk po wyjściu z pokoju. Wieść o moim przybyciu rozniosła się już wczoraj i teraz każdy z kilku mężczyzna siedzących przy stoliku z kawą wie kim jestem. Przytakuję i potwierdzam, że owszem Roberto Lewandowski is Polako, ale Lukas Podolski no Polako. He is Germany! Starszy mężczyzna, który przywitał mnie tym okrzykiem kręci głową i dużo gestykulując woła jeszcze głośniej. LUKAS PODOLSKI – POLAKO, MIROSLAV KLOSE – POLAKO, LATO- POLAKO, SZARMACH – POLAKO. Wobec takich argumentów ustępuję i razem przypominamy sobie jeszcze kilka nazwisk znanych polaków grających w piłkę. Nie wiem tylko dlaczego Błaszczykowski jakoś nie niespecjalnie może się znaleźć w tym gronie :)

Spędzam w tym towarzystwie kilkanaście minut pijąc smaczną kawę. Coś tam próbujemy rozmawiać, trochę po angielsku, trochę po rosyjsku, trochę językiem gestów. Standardowe pytania, skąd jestem, gdzie jadę, kiedy przyjechałem itp. Jak na razie Albania robi na mnie świetne wrażenie. Tak świetne, że z tego wszystkiego, ponaglany przez znawcę polskiej piłki aby przysiąść się do jego stolika zapomniałem spakować swojej ulubionej bluzy rowerowej. Została tam już na zawsze.

Czas na mnie, żegnam się z wesołym towarzystwem i jadę w głąb kraju. Pierwsze kilometry z deka zdziwko, szeroka i świetna droga, zadbane domy, uśmiechnięci ludzie. A przecież tyle nasłuchałem się o dziurawych albańskich drogach, nasłuchałem się o dziadostwie, śmieciach i brudzie. Zobaczymy co będzie dalej. Po kilku kilometrach z daleka widzę, że droga się zwęża i nawierzchnia staje się nieciekawa. Robi się bardzo wąsko, nie ma dziur ale zniszczony asfalt jest tak pofałdowany, że jedzie się trudno, na zjazdach trzeba uważać bo rower podskakuje jak szalony, a bagaże co i rusz dają znać o sobie głośnymi dźwiękami dochodzącymi z tyłu. Zmienia się też to co widzę obok drogi, coraz częściej mijają mnie zaprzęgi z osiołkami, widok ludzi jadących na oklep też nie jest niczym wyjątkowym. Moje rozbawienie budzi zwłaszcza jeden obrazek gdy solidnie zbudowany chłop siedząc bokiem na wątłym osiołku spokojnie oskubuje ziarenka słonecznika zajadając je ze smakiem. Proporcje są trochę niewspółmierne bo gość zdaje się być większy niż biedny osiołek, którego dosiada.

Szybko docieram do pierwszego albańskiego miasta. Peshkopi – spore miasteczko ze wszystkim czego można oczekiwać od takiego miejsca. Są sklepy, są bankomaty, są banki, jest targ, jakieś bary itp. Mnóstwo ludzie, dużo samochodów, gwarno i głośno. Zatrzymuję się przy jednym z barów i wcinam pierwszego burka. Akurat trafił mi się z mięsem, smakuje wybornie. Zaraz mam towarzystwo, kilka starszych dzieciaków obstępuje mnie i próbuje się dowiedzieć skąd, gdzie i jak. Na szczęście nie są nachalni, nie ma dotykania, szarpania, wołania o kasę. Chłopaki są tylko ciekawi i jakoś tam próbujemy się dogadać. Po zjedzeniu burka jadę dalej, żegnam się z chłopcami i zaglądam do kawiarenki internetowej przy głównej ulicy. Szybki przegląd poczty, szybkie wysłanie kilku wiadomości i znów jadę dalej. Jeszcze tylko wizyta w sklepie spożywczym na loda. Nie ma tutaj koszów, nie ma co zrobić z papierem, wkładam go pod gumę trzymającą bagaże. Okazuje się, że byłem obserwowany, podbiega do mnie jakichś chłopak, wyciąga papier i robiąc wymowny gest rzuca go na ulicę. Oglądam się wokół, nikt nie zwraca na nas uwagi, każdy zajęty własnymi sprawami. No nic, ja tego nie zrobiłem :)

Za miastem zaczyna się pierwsza część terenowej części mojej wycieczki. Skręcam w boczną drogę w kierunku Arras. Tutaj zaczynam się w końcu czuć jak w Albanii. Zaznaczona na mapie wyraźna droga okazuje się być kamienistym traktem prowadzącym przez góry. Krajobraz zmienia się momentalnie, znikają przydrożne domy, a góry robią się bliższe i potężne. Gdzieniegdzie można dostrzec samotne zabudowania stojące na odosobnieniu. Jedzie się fatalnie, droga wyboista, pogoda zaczyna się chrzanić i kilka razy przelatują słabe opady deszczu. Po mokrym jedzie się dużo gorzej, kamienie robią się okropnie śliskie. Chociaż mam założone szerokie opony przeznaczone do jazdy MTB to jednak nawet one nie radzą sobie z taką nawierzchnią i zaliczają kilka niebezpiecznych uślizgów.

Poruszam się w ślimaczym tempie, pod górę wolno, w dół jeszcze wolniej. Godziny mijają szybko ale drogi jakoś nie ubywa. Dochodzi do tego, że gdy po dłuższym czasie widzę w dole wioskę i biorę mapę żeby zlokalizować gdzie jestem, to mam lekką zagwozdkę. No bo czas jazdy przemawia za tym, że powinienem już być w okolicy Cidhne, a mapa twierdzi co innego. Akurat jakiś tubylec pracuje na polu przy drodze i upewniam się co do swojego położenia. Szok – ciągle jestem jeszcze na głównej drodze, wioska w dole to Arras. No niezłe jaja myślę sobie. Już taka fatalna droga, a ja jeszcze nie wjechałem w prawdziwy interior. Zjeżdżam w dół, dzieciaki szaleją, co chwilę słyszę głośne okrzyki TURYSTY ! TURYSTY! Niektóre podbiegają, wystawiają ręce do przybicia piątki, wołają coś po swojemu, co bardziej bystre krzyczą HOW ARE YOU, WHERE ARE YOU FROM i tym podobne powszechnie znane zwroty po angielsku. W Arras przejeżdżam drewnianym mostem przez rzekę i tam dostrzegam drogowskaz na interesującą mnie drogę do Cidhne i dalej do Fushe Lure. Z fatalnej drogi zjeżdżam na jeszcze gorszą, ta trasa nadaje się jak znalazł pod rower MTB. Ja niby na takim jadę ale obciążony bagażami mam niekiedy duże problemu żeby utrzymać się na siodełku.

Do wspomnianej wioski Cidhne docieram pokonując krótki ale stromy i męczący podjazd. Cała wieś to kilka starych kamienistych domów, aż trudno uwierzyć, że można tu mieszkać. Droga, którą tu przybyłem jest najlepszą jaką można dojechać. Bieda wyziera z każdego kąta, domy robią przygnębiające wrażenie, zmurszałe okiennice, popękane dachówki, bałagan i błoto na podwórkach. Wszędzie unosi się mdły zapach obornika i zwierzęcych odchodów. Wyboista droga pełna kałuż, krowich, owczych i kozich pozostałości. Wolno przejeżdżam przez takie przeszkody żeby nie złapać na dłużej tych niemiłych zapachów. Z ulgą opuszczam to miejsce i wznoszę się do góry. Droga nadal fatalna, ale przynajmniej już nie śmierdzi. Na dłuższy czas wychodzi słońce, które przyjmuję z dużą ulgą bo podnosi moje morale w tym odciętym od świata zakątku. Pokonuję serię podjazdów, zaczynam już czuć trudy dzisiejszej trasy i jasny staje się fakt, że nie przejadę tego terenowego kawałka w jeden dzień.

Ale przynajmniej jest pięknie, wokół mnie potężne góry, na szczytach jeszcze sporo śniegu. Jest cieplutko, niebo zrobiło się błękitne i nawet kiepska droga, którą się poruszam sprawia wrażenie miłej i przyjemnej. Pojawia się coraz więcej podjazdów, kilka razy mijam tubylców z osiołkami objuczonymi chrustem. U jednego z nich upewniam się co mojej trasy do Fushe Lure. Wymowny gest ręką do góry świadczy o tym, że jadę dobrze oraz o czekającej mnie wspinaczce. Robi się coraz stromiej, mam coraz większe kłopoty z jazdą, znów zaczyna się pieprzyć pogoda i co chwilę straszy mnie deszczem. Kilka razy chronię się pod drzewa, za którymś razem już nie wystarcza i muszę ubrać kurtkę przeciwdeszczową. Jestem już na wysokości 1200 metrów i cały czas muszę walczyć ze stromym podjazdem. Dobijam do 1400 metrów i w końcu w dole dostrzegam jakieś zabudowania. Chcę tam dotrzeć jak najszybciej tym bardziej, że znów zaczyna padać. Zjazd jadę ostrożnie, ale też jak najszybciej się da. Widzę w dole mokrą i błyszczącą powierzchnię asfaltu. Trochę się dziwię bo nie spodziewałem się go tutaj, no ale skoro jest to fajnie.
Mijam już wiejskie opłotki gdy nagle niedaleko wali piorun. Uderza tak głośno i znienacka, że omal nie spadam z roweru. To dodaje mi powera, szybko wypadam na widoczny z góry asfalt i szukam jakiegoś schronienia bo pucuje już konkretnie. Okazuje, że tego asfaltu jest raptem 300 metrów, szybko się kończy i znów straszy mnie kamienisty trakt. Ale to zmartwienie na później, na razie pakuję się na jakąś budowę i chronię przed deszczem.

Nie mija nawet 2 minuty, gdy przybiega do mnie jakiś gość. Na początku coś woła, nie wiem o co chodzi, dopiero po chwili wyłapuję angielskie zwroty – ROOM, GUEST, CAFE. Próbujemy się jakoś porozumieć, mój kiepski angielski nie pozwala mi na wiele, dowiaduję się jednak, że gość jest nauczycielem angielskiego. Mówię mu, że mam mało czasu, jeśli będzie dłużej lało to i tak muszę jechać dalej. Facet potakuje głową, a potem mówi, że to jego plac, że nie mogę tu stać. Przez chwilę zgłupiałem. Myślę sobie – chciał mnie namówić na nocleg, skoro odmówiłem to wynocha. Nie wiem za bardzo jak się zachować, leje na całego, co gość ma przeciwko temu, że przeczekam te kilka minut deszczu. Coś tam jeszcze rozmawiamy, w końcu nawiązujemy jakiś kontakt. Nie chcę noclegu, ale zaprasza na kawę do domu bo tutaj na zewnątrz zimno i wieje. Droga do jego domu jest taka, że musimy razem taszczyć rower. Dom to parterowy budynek z ręcznie robionych pustaków. Wnętrze bardzo surowe, po prawej w piwniczce toaleta. Wszędzie gołe ściany, brak tynku. Na przedpokoju gdzie stoję jakaś szafka. Po lewej wejście do jedynego pokoju. Zaprasza mnie do środka, przed wejściem ściąga buty. Zaglądam do pokoju, jakiś stary dywanik, wersalka, mały stoliczek. Ściągam buty i wchodzę. Albańczyk robi kawę, a ja rozglądam się po wnętrzu. Oprócz tego co już widziałem jest tam jeszcze jakaś szafka, na niej sporo książek. W głębi jeszcze jeden stolik, a na nim o dziwo komputer. Wygląda jednak na to, że z innej epoki, w obudowie dostrzegam szczelinę na dyskietki. Nie widziałem takiego już od kilkunastu lat. Zresztą cały sprzęt wygląda na od bardzo dawna nieużywany.

Pijemy zaparzoną świeżo kawę. Jest bardzo mocna i pije się ją ze sporą ilością cukru. Próbujemy coś rozmawiać, naprawdę świetnie mówi po angielsku i nawet udaje się nam nawiązać jako taki kontakt chociaż moja angielszczyzna jest gorzej niż marna. Dobrze wyszło bo na zewnątrz szaleństwo, leje aż miło przez ponad pół godziny. Czas szybko mija, daję znać, że będę pomału się zbierał. Gość przytakuje i powtarza jeszcze, że jeśli chcę to może mnie przenocować, może zorganizować busa. Mówi też, że jeśli się rozmyślę to mogę wrócić. Pyta też czy nie jestem głodny i oferuje rybę w pomidorach. Bardzo dziękuję za gościnę i ruszam dalej.

Pogoda się ustabilizowała, burza minęła, wyszło słońce i zrobiło się znów bardzo przyjemnie. Do Kurbnesh docieram po solidnej wspinaczce. To stara górnicza osada strasząca szkieletami zrujnowanych budynków. Poza tym kilka nędznych pojedyńczych domków i tyle. Robi się już późno i pomału zaczynam lukać za jakimś biwakiem. Za Kurbnesh czeka mnie dosyć długi i męczący podjazd wprowadzający na ponad 1000 metrów. Potem kawałek płaskiego i zaczynam pomału zjeżdżać w dół. Po lewej na górce dostrzegam małą polankę, okazuje się świetnym miejscem na nocleg. Jakieś 50 metrów od drogi, na odkrytej łączce porośniętej krótką trawką. Rozstawiony namiot jest z drogi zupełnie niewidoczny bo położony za małą górką. Naprawdę znakomite miejsce na nocleg.

Dystans - 91 km
Czas jazdy - 7,38
Średnia - 11,9
Suma podjazdów - 1845

MORSKA BRYZA

Ranek wstaje wspaniały, niebo bezchmurne, słońce szybko zaczyna suszyć mi namiot. Po wczorajszych deszczowych epizodach nazbierało się w ciuchach trochę wilgoci i teraz korzystam ze słońca. Niespiesznie krzątam się wokół mojego małego obozu, gdy jestem gotowy do jazdy grzeje już konkretnie. Moja droga prowadzi w dół, ale niewielka z tego przyjemność bo cały czas trudny teren i zamiast cieszyć się z jazdy trzeba uważać żeby nie wybombić. Przez moment pojawia się lepsza nawierzchnia, luźny szuter bez kamieni, szybko się rozpędzam i przez kilkanaście sekund upajam prędkością. Ta chwila nie trwa jednak długo i znów muszę uważać na plomby w zębach. Pojawiają się jakieś zabudowania, mijam jakiś sklepik, dzieci idące do szkoły.
Asfalt pojawia się znienacka i jest dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem. Przez chwilę upajam się gładko toczącymi się oponami, jest cudownie. W ten sposób zakończyłem pierwszy terenowy etap mojej wyprawy. Było miejscami ciężko, ale bez tragedii i jestem usatysfakcjonowany tym co zobaczyłem oraz co spotkało mnie na bocznych Albańskich drogach.

Teraz w planie szybko teleportacja do Shkoder skąd będę atakował podjazd do Theeth, czyli drugi terenowy odcinek jaki zaplanowałem na ten wyjazd. Podjeżdżam na niewysoką przełęcz i rozpoczynam długi zjazd do Rreshen. Miasteczko zaskakuje mnie bardzo pozytywnie, spodziewałem się jakiejś dziury zabitej dechami, a tutaj bardzo przyjemne miejsce. Najpierw składam wizytę w kawiarence internetowej, potem kupuję sobie burka i zjadam go w centralnym miejscu miasta obserwując toczące się tutaj życie. Młode pokolenie Albańczyków za nic ma spuściznę Envera Hodży i w miarę swoich możliwości toczy podobne życie jak ich rówieśnicy w innych częściach Europy zajadając Snickersy, popijając Red Bulla i chodząc w firmowych ciuchach produkowanych w Bangladeszu. Centrum miasta nawet zadbane, pełno młodzieży, tutaj koncentruje się życie miasteczka, tutaj też znajdują się wszystkie potrzebne instytucja jak poczta, banki, bankomaty, bary i różnorodne sklepiki.

W Rreshen ostatecznie zjeżdżam już na niziny i staram się jak najkrótszą drogą dotrzeć do Shkodry. Słońce grzeje bardzo mocno, robi się naprawdę gorąco. Poruszam się drogą ekspresową, potem odbijam na jakąś boczną i szybko zbliżam się do Shkoder. W Lezhe zaskakuje mnie ogromny plac budowy jakim w zasadzie jest cała ta miejscowość. Powstają to duże i widać, że dosyć ekskluzywne budynki wyglądające na hotele. Dopiero po chwili kojarzę, że jestem przecież nad morzem. Lezhe to jedyna miejscowość leżąca bezpośrednia nad morzem, przez którą prowadzi moja trasa. Nawet przez chwilę mam ochotę zboczyć trochę i zaliczyć kąpiel w słonych wodach, ale jakoś nie jestem fanem morza. Wolę góry, a te czekają na mnie cały czas widoczne na horyzoncie. Do Shkoder docieram około 15, szybkie zwiedzania miasta i lokuję się w jakiejś knajpce gdzie zamawiam pizzę. Shkoder wbrew moim obawom nie okazał się takim brzydkim miastem jak wynikało to z lektury przeróżnych relacji. Owszem, przedmieścia nie robią dobrego wrażenia ale bliżej centrum nie jest już źle, a ścisłe centrum z biegnącym tędy deptakiem sprawia bardzo przyjemne wrażenie.
W centralnym punkcie miasta okazały meczet. Pizza nawet nie najgorsza. Po uregulowaniu rachunku wsiadam na rower i widzę kapeć w tylnym kole. No nic – do roboty. Mam zapasową dętkę ale póki co wolę załatać tę dziurawą. Jest problem ze zlokalizowaniem dziury, moje kłopoty dostrzega kelner i proponuje wodę ale akurat w tej samej chwili słyszę syk uchodzącego powietrza. Dalej leci już szybko i po kilku minutach siedzę na siodełku i opuszczam już miasto. Jadę w stronę Koplik, droga raczej nieciekawa, ale na horyzoncie coraz śmielej wznoszą się Góry Przeklęte podsycając moje pożądliwość ich zdobycia. Cały czas wzrok kieruje się ku ostro zarysowanym szczytom, których wierzchołki giną w złowrogich chmurach i powodują szybsze bicie serca. Te góry mają jednak w sobie coś magicznego, robią na mnie ogromne wrażenie i cały czas wywołują refleksje skąd w ich nazwie pojawiło się słowo „przeklęte”

W Koplik opuszczam główną szosę i kieruję się w stronę Boge, góry wznoszą się już bezpośrednio przede mną i kuszą swym surowym i groźnym pięknem. Z tyłu zostawiam Jezioro Shkoderskie i pomału zaczynam swoją wspinaczkę ku chmurom. Gdzieś tam wysoko w tych górach biegnie droga przebijająca się przez wysoką przełęcz, za którą leży mityczna i zagubiona wśród przeklętych szczytów wioska Theeth. To miejsce jest głównym celem całej mojej wyprawy. To pod to miejsce zaplanowana była cała trasa tego wyjazdu. Właśnie teraz i właśnie tutaj zaczyna się najważniejszy etap wyprawy. Wszystko mi sprzyja, wysoko w górach wprawdzie sporo chmur, ale tu na dole świeci słońce i jest ciepło. Droga na razie dobra i pomału zdobywam wysokość. Przejeżdżam obok szkoły, na boisku chłopaki grają w piłkę. Widząc mnie szybko podbiegają i pokazują żebym się zatrzymał. Chwilę rozmawiamy, standardowe pytania, chłopaki bardzo miłe i bardzo żywiołowo reagują na moje odpowiedzi i moją obecność. Po kilku minutach przybijamy sobie piątki i wracamy do własnych zajęć. Rozglądam się za miejscem na nocleg ale kiepsko to wygląda na razie. Teren płaski, sporo zabudowań, a pola pełne kamieni. Na razie nie ma szans na coś ciekawego. Jest już dosyć późno liczę jednak, że im wyżej i bliżej gór tym będzie lepiej. Po kolejnej godzinie jazdy faktycznie robi się lepiej lecz pojawia się kolejna zaskakująca przeszkoda. Wszystko ogrodzone kolczastymi płotami z ostrych gałęzi. Nie jest to jeden czy dwa patyki ale mozolnie zbudowana konstrukcja skutecznie chroniąca wjazd na pole i jednoznacznie dająca znać, że właściciel nie życzy sobie gości. To wszystko wygląda coraz gorzej, szeroka do tej pory dolina zamieniła się w coś w rodzaju kanionu, którego środkiem biegnie droga. Po lewej stronie wyrasta stroma ściana, a po prawej teren momentalnie opada w kierunku rzeki. Dobrze, że dzień długi to ciągnę cały czas w górę wierząc, że wyżej musi być coś fajnego. W końcu dostrzegam jakąś dróżkę, do której nie ma zamkniętego wjazdu. Droga jest ślepa i kończy się małą polanką w krzakach. Nie jest to idealne miejsce. ale czuję, że nie znajdę nic lepszego i tutaj kończę dzisiejszą jazdę.

Dystans - 138 km
Czas jazdy - 7,24
Średnia - 18,6
Suma podjazdów - 886


Dla tych co nie lubią dużo czytać- Fotorelacja

Trasa z GPS - Track GPS

Kilka filmików -
W Boge
Koniec asfaltu w Boge
W drodze do Thheth
Dalsza droga do Theeth
W Theeth
Początek asfaltu w Prekal
W drodze do Puke
Droga do Kukes

Ocena: (0)
0 komentarzy · 6176 czytań ·
Komentarze
18 czerwca 2013 19:41:22
brawo Zielony! Skądinąd fajny tytuł:
18 czerwca 2013 21:45:28
Piotrek filmy są prywatne. Nie da się oglądnąć. Zmień ustawienia. A wyprawa świetna. Zazdraszczam :)
19 czerwca 2013 08:56:13
Rewelacja - i wyprawa i relacja. Aż człowiek żałuje że go tam nie było... A piszesz tak zachęcająco, że już zaczynam się pakować na wyjazd do Albanii :D
brawo!
19 czerwca 2013 23:15:48
Furman Ty jesteś jak Bielecki, słabi nie mają szans:)
19 czerwca 2013 23:43:46
Super sprawa B)
24 czerwca 2013 22:30:11
Człowiek legenda!
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.