Operacja Vendetta - część II
Dodał(a): furman
20 czerwca 2013


W DRODZE KU PRZEZNACZENIU

Noc mija spokojnie, od samego rana pogoda żyleta. Zjadam śniadanie, pakuję bety i ruszam ku swemu przeznaczeniu. Czuję, że czeka mnie ciężki i długi dzień. O siódmej rower już okulbaczony, a ja gotowy do jazdy. Droga nadal dobra, ale podjazdy robią się coraz sztywniejsze i pojawiają się coraz częściej. Gdzieś przed Boge mam kłopoty orientacyjne, drogowskaz kieruje mnie w lewo, po chwili droga się kończy i muszę jechać wąziutką szutrówką. Co ciekawe GPS również tak mnie kieruje lecz pokazuje też, że tuż obok mojej trasy biegnie szeroka i wygodna droga. Jadę tak około kilometra i cały czas nie daje mi to spokoju. W końcu okazuje się, że moja trasa łączy się z tą drogą. To była ta, z której zjechałem w lewo, nie wiem co to się podziało, ale nie rozmyślam nad tym bo właśnie docieram do Boge. Wiem, że tutaj kończy się asfalt i dalsza część szlaku biegnie typową albańską szutrówką. Boge to całkiem miła wioska położona wysoko w górach. GPS wskazuje ponad 1000 metrów nad poziomem morza. Widać, że miejscowi nastawiają się na turystykę, wszędzie wokół tablice reklamowe pensjonatów, hoteli, restauracji.
Domy nawet zadbane, a jak na albańskie warunki to wręcz bogate. Na drodze spory ruch, mija mnie dużo busów, a po zjeździe z asfaltu pojawiają się ciężkie maszyny budowlane. Trwają prace drogowe. Póki co, to początkowe stadium robót wobec czego ich obecność nie poprawia jakości nawierzchni lecz czyni ją niekiedy wręcz nieprzejezdną. To, co do tej pory było kiepską drogą gruntową, staje się teraz zrytą, pełną kolein, luźnych kamieni i błota trasą w nieznane.

Szybko pojawiają się serpentyny i coraz bardziej wymagające podjazdy. Nadal spory ruch, co chwilę mijają mnie busy i terenówki jadące w obie strony. Każdy z nich nie odmawia sobie obtrąbienia mnie na całego. Większość robi to jako pozdrowienie, ale są też czarne charaktery, które trąbiąc spychają mnie z wąskiej drogi. Jeden z takich baranów nadjeżdża z przeciwka i kiedy ja ledwo wlokę się w górę przez wąski przesmyk zrujnowanego odcinka drogi ten jedzie wprost na mnie głośno trąbiąc i pewnie licząc na to, że zeskoczę do rowu aby Jaśnie Pan mógł przejechać. Przejeżdża ocierając się o moje sakwy, a ja żałuję że nie mam akurat kamienia pod ręką bo chyba bym go użył. Prace drogowe trwają na całej długości drogi, miejscami jest lepiej, miejscami gorzej. Dopiero gdy docieram na wysokość 1500 metrów ostatnie maszyny budowlane zostają za mną.

W tym miejscu też pojawiają się pierwsze płaty śniegu. Robi się zimno. Chociaż słońce mocno świeci to tutaj wysoko jego promienie nie zapewniają ciepła, a podmuchy wiatru budzą dreszcze. Widoki wokół wręcz obłędne, trudno to opisywać słowami. Góry, które już z doły wyglądały tak majestatycznie, widziane z bliska stają się jeszcze potężniejsze i piękniejsze. Skaliste szczyty wnoszą się wysoko ponad chmury, a głębokie doliny zdają się nie mieć dna. Tutaj osiągam najwyższy punkt na tym wyjeździe, licznik wskazuje 1707 m.n.p.m. Kawałek niżej przejeżdżam przez tunel wycięty w kilkumetrowej warstwie śniegu. Pomału zaczynam zjazd do Theeth. Tak szczerze to nie spodziewałem, że leży ono tak nisko. Trzeba zjechać prawie 1000 metrów w dół i jestem już w Theeth. Całą dolinę wypełnia szum płynącej jej środkiem rzeki. Osada to zaledwie kilka budynków rozrzuconych na sporym obszarze. Spotykam tu kilku turystów i zatrzymuję się na chwilę. Zjadam coś na szybko uważnie obserwując okolicę. Moja dalsza droga nie wygląda na razie źle, ale zaglądam jeszcze do mapy patrząc co mnie czeka.

Miłe złego początki. Ten cytat przychodzi mi do głowy gdy teraz myślę o drodze jaką wtedy pokonałem. Początkowo było naprawdę fajnie, nawierzchnia całkiem przyzwoita chociaż jeszcze więcej kamieni. Na razie jadę doliną i generalnie w dół. W miarę oddalania się od Theeth trasa robi się coraz bardziej wymagająca. Zjazdy stają się coraz bardziej techniczne, kilka razy omal nie zaliczam gleby. Przydaje się moje doświadczenie z MTB, coraz częściej muszę używać takich umiejętności i coraz bardziej wyrafinowane techniki stosuję na niektórych odcinkach. Niektórych podjazdów nie jestem w stanie pokonać na rowerze i muszę zdobywać je z buta. Strasznie uważam na zjazdach, a pomimo tego łapię dzisiaj dwa kapcie. Oba to typowe „snejki” spowodowane dobiciem obręczy do kamienia. Pokonuję kilka strumieni, z których co najmniej dwa wymagają zanurzenia się po łydki w wodzie. Przejechać nie ma szans, dno jest kamieniste i nieprzejezdne. Nie bawię się w zdejmowanie butów, znów przydaje się doświadczenie z MTB, z zawodów rowerowych. Tam rzeka jest tylko jedną z przeszkód, którą trzeba pokonać najszybciej jak się da. Gdy nie można przejechać to trzeba przebiec. Na ściąganie butów nie ma czasu, ja w tej chwili też nie bawię się w takie gierki. Woda w butach to jedno z tych przeżyć, które pozwalają mi mocniej odczuć przygodę, którą właśnie przeżywam.



Jadę już bardzo długo, cały czas ciężki teren. Wokół żywego ducha, cały czas wzdłuż rzeki, szumi okropnie. Nie mogłem znaleźć dziur w dętkach, które zmieniałem. Pierwszą zakleiłem, ale w drugiej nie mogę znaleźć dziury i zakładam zapasową dętkę. Czekam kiedy oddalę się od rzeki żeby na słuch zlokalizować uszkodzone miejsce i nie czuję zbyt pewnie bo dociera do mnie, że nie mam już dobrej rezerwy. Droga ciągnie się i ciągnie, zaczynam już odczuwać trudy dzisiejszego dnia chociaż na liczniku przejechany dystans nie poraża swą wielkością, a średnia poniżej 10 km. Przez moment pojawia się lepsza droga, znów mogę mocniej przycisnąć i poprawić statystyki. Mam wrażenie, że góry wokół mnie wypełniają cały świat. Za każdym kolejnym szczytem pojawia się następny, a za następnym kolejny. Zjechałem już na 400 metrów i któryś raz wyciągam mapę uważnie ją studiując. Na niej droga powrotna do Shkoder nie wygląda na tak długą i trudną. Już późne popołudnie, a ja nadal jestem głęboko w górach. W końcu pojawiają się jakieś zabudowania, to jakaś większa wioska. Za zakrętem ze zdziwienie dostrzegam asfaltową nawierzchnię. Dobra ! Teraz pójdzie już jak z górki.

NO I SZOK gdy asfalt kończy się po 200 metrach, jest jeszcze krótszy niż w Fushe Lure. Przejeżdżam przez most i zaczynam wspinaczkę do góry. Jestem konkretnie udupiony, nie chodzi o to, że plan się sypie, ale mam wątpliwości czy dobrze jadę. Gdzieś przy drodze spotykam jakiegoś dzieciaka, który na pytanie o drogę do Shkoder kręci głową i pokazuje coś w stronę skąd przyjechałem. Jestem przerażony bo wdrapałem się 300 metrów w górę i płakać mi się chce gdy pomyślę, że cały ten trud pójdzie na marne. Dodatkowo zaczynam mieć problem z kolanem. Odezwało się pierwszy raz na zjeździe do Theeth, później zamilkło, ale ostatni podjazd znów je uaktywnił. Nie boli jakoś specjalnie mocno, ale czuję, że je mam, a tak nie powinno być. No i trzeba jeszcze wspomnieć o kolejnym dyskomforcie jaki pierwszy raz odczuwam na takim wyjeździe. Pomimo spodenek z dobrej jakości pampersem jazda po kamieniach poobijała mi okropnie miejsce gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę. Mam wąskie, sportowe siodełko, które nigdy wcześniej nie sprawiło mi takiej niemiłej niespodzianki.

Droga z Theeth zaczyna mnie całego przerastać. Znów wspinam się wysoko w góry i wypatruję czy za kolejną górą zobaczę już płaską dolinę, w której leży Shkoder. W celach nawigacyjnych odpalam komórkę co by zlokalizować gdzie jestem. Dzieciak coś ściemniał albo źle go zrozumiałem, jestem na bank na dobrej drodze. A ona wije się pomiędzy górami coraz to wznosząc się i opadając. Niekiedy pojawiają się przy niej nieliczne domy, ludzie tu żyją chociaż trudno w to uwierzyć. Jak oni tu dojeżdżają, gdzie robią zakupy, gdzie dzieciaki chodzą do szkoły, co z lekarzem, z potrzebnymi nagle lekarstwami? Czy docierają tu karetki, straż pożarna? Z czego tu żyć, gdzie pracować, przecież wszystko w polu nie urośnie. Oni mają swoje problemy, ja mam swoje. Już ledwo powłóczę nogami. Chwila przerwy gdy spotykam grupę motocyklistów. Na początku próbujemy się dogadać po angielsku, ale jakoś nam nie idzie. Słyszę jednak znajomy akcent i poznaję język czeski. W naszych ojczystych językach dogadujemy się już lepiej. Przekazujemy sobie wzajemnie informacje o przejechanej trasie. Dostaję cynk, że do asfaltu jeszcze jakieś 15 km.

Dużo to i niedużo. Gdyby obeszło się bez jakichś wysokich gór to jest szansa dojechać. Jednak nie jest tak przyjemnie. Znów mam do pokonania serię ciężkich podjazdów po fatalnej drodze. Coraz częściej muszę schodzić z roweru na co bardziej stromych kawałkach. Takie miejsce wyłożone są ogromnymi kamieniami zapewniającymi lepszą przyczepność jeżdżącym tędy autom. Dla rowerzysty są jednak udręką i niekiedy przeszkodą nie do pokonania. Po każdym podjeździe następuje krótki zjazd, a po nim znów podjazd wprowadzający wyżej niż poprzedni. Padam już na ryj i zaczynam myśleć o noclegu, ale chcę jeszcze dociągnąć jak najbliżej szosy żeby jutro mieć łatwiej. Już nawet nie mam siły na oglądanie widoczków chociaż kilka razy nie jestem w stanie oprzeć się zrobieniu zdjęcia. Największe wrażenie sprawia droga, którą przyjechałem i widzę za sobą. Szara smuga wycięta w zielonych górskich stokach wije się wzdłuż nich, ginie za jedną górą i pojawia znienacka na kolejnej aby w końcu zniknąć w dalekiej dolinie. Coraz częściej odpoczywam, coraz częściej muszę dawać z buta. Docieram na wysokość 1250 metrów i widzę przed sobą ogromnie duży trawers jakim biegnie moja droga. Mijam jakąś bazę robotników budowlanych. Duży namiot ze stołem, jakieś pakamery i kilku gości kręcących się wokół, Krzyczą coś do mnie, ale już nie mam siły na pogawędki, podnoszę tylko rękę, odkrzykuję HI ! i lecę dalej.

Jadę już po płaskim i wypatruję miejsca na nocleg, kilkanaście minut ciągną się długie trawersy, w końcu za kolejną górą dostrzegam jak moja droga opada w dolinę. Zatrzymuję się na chwilę i uważnie lustruję teren. Jakieś 2 km dalej widzę przy drodze coś w rodzaju polanki, jest szansa na kawałek płaskiego placu. Jadę w dół z nadzieję lecz już po chwili widzę po lewej uroczą polankę. Położona bezpośrednio przy drodze i dosyć obszerna, a jej część osłonięta gęstymi krzakami. Zaglądam tam i już wiem, że tu będę nocował. Miejsce dosłownie rewelacyjne, jakieś 20 metrów od drogi ale całkowicie osłonięte. Kilkanaście metrów dalej płynie czysty strumyk, trawka króciutka i bez żadnych zwierzęcych zanieczyszczeń. Piękny widok na dolinę przede mną i góry po jej drugiej stronie. Dosłownie – ideał. Słońce jeszcze mocno grzeje więc wykorzystuję jego promienie do wysuszenia rzeczy jakie przepłukałem na szybko w strumieniu. Zjadam jakiegoś liofilizata i zajmuję się leczeniem ran. Kolano trochę spuchnięte, ale ratuję się jakoś maścią i na razie się nie odzywa. Obtarcia w wiadomym miejscu nie są w zasięgu mojego wzroku ale czuję, że nie jest ciekawie. Tam również obficie nakładam jakiś krem na obtarcia. Jest jeszcze jasno gdy kończę prace obozowe oraz higieniczne i mogę się zająć jakimiś przemyśleniami.

A jest co myśleć, trzeba powiedzieć, że górskie drogi w Albanii przerosły moje oczekiwania jak i chyba możliwości. Tak zmaltretowany nie byłem na żadnej ze swoich wypraw. Ale też, na żadnej z nich nie zafundowałem sobie takiej rzeźni. Patrzę teraz w mapę i wychodzi, że mogłem jednak trochę odpuścić, inaczej to rozplanować, wychodzi, że pomimo tych wszystkich kłopotów jestem do przodu z planem. Jednak pomimo tego wszystkiego czuję ogromną satysfakcję z tego co właśnie zrobiłem, nie żałuję ani jednej sekundy z przejechanej trasy, nie mam żalu ani do jednego kamienia, który boleśnie doświadczył mnie na drodze, nie mam pretensji do gór za tą szkołę przetrwania jaką mi dzisiaj dały. To wszystko będzie już we mnie, będzie w mojej głowie, zostanie na zawsze we wspomnieniach, a zdjęcie, które przywiozę ze sobą do Polski będą tylko małą namiastką tego co przeżyłem w Górach Przeklętych. Już robi się szarówka gdy przypominam sobie jeszcze o dziurawej dętce, szybko zaklejam ją utwierdzając się w przekonaniu, że to typowy „snejk” o czym świadczą dwa przecięcia. Po odpoczynku, ciepłym posiłku i oporządzenie siebie i roweru morale trochę mi wzrasta i reszta wieczoru mija w dobrym nastroju.

Dystans - 72,8
Czas jazdy - 8,11
Średnia - 8,9
Suma podjazdów - 1990

SŁOŃCE, POT I GÓRY

Rano budzi mnie słońce. Dochodzi godzina 7 , spało mi się świetnie i jak na mnie to dosyć późno się dzisiaj obudziłem. Nie wychodzę jednak ze śpiwora, mam sporo nadgonione, trzeba korzystać z tego miłego biwaku. Dopiero gdzieś koło 8 słońce zaczyna już tak świecić, że nie sposób wysiedzieć w namiocie. Niespiesznie krzątam się z pracami obozowymi, zamierzam dzisiaj trochę poluzować z dyscypliną i dać odpocząć kolanom. Dosuszam mokre rzeczy i pomału pakuję cały majdan. Poruszam się niczym ślimak, ale i tak o 9 jestem już gotów do jazdy. Z żalem opuszczam to miejsce i gorąco polecam każdemu kto będzie tędy przejeżdżał. Droga prowadzi w dół, znów żadnej przyjemności z jazdy, cały czas mocne hamowanie. Po około 30 minutach jazdy spotykam samotnego motocyklistę jadącego do góry, dowiaduję się, że za 5 minut wjadę na asfalt. Za każdym zakrętem z utęsknieniem wypatruję czarnej nawierzchni i w końcu JEST !!

Wjeżdżam na asfalt, mięśnie aż drżą z podniecenia, upajam się lekkością jazdy. Zresztą jadę delikatnie w dół, dosłownie jestem cały w ekstazie. Do tego rewelacja pogoda, niebie aż prawie granatowe, droga wspaniała widokowe, biegnie doliną wzdłuż rzeki. Wiatr szumi we włosach, woda z rzeki szumi w uszach, jest wspaniale. Do Shkoder docieram po około godzinie jazdy. Tym razem wjeżdżam do miasta jakimiś paskudnymi bocznymi uliczkami. Coś okropnego, smród, brud, kiła i mogiła. Pylista droga z plackowatymi pozostałościami po asfalcie, kałuże, krowie łajna, kruszące się lub wręcz całkowicie zrujnowane budynki, każde przejeżdżające auto wzbudza tumany kurzu. Gdzieś obok odbywa się coś w rodzaju jarmarku, ludzie stoją przy powystawianych na sprzedaż zwierzętach. Kury, kaczki, gęsi, w to wszystko wmieszana ogromna ilość osiołków taszczących bagaże, nad wszystkim dominuje mdły zapach odchodów, potu i unoszącego się wszędzie kurzu.
Z ulgą uciekam z tego miejsca i szybko podążam do centrum miasta gdzie spożywam ciepły posiłek. Miły stolik w cieniu, darmowa sieć WI-FI, w miarę dobre jedzenie, zimna cola, małe piwko na drogę i leniwie zbieram się w dalszą trasę. Jeszcze wolno turlikam się przez ulice miasta, jeszcze robię małe zakupu i dopiero gdy milknie gwara Shkoderskiego centrum wrzucam piąty bieg i szybko oddalam się od miasta. Kolano trochę boli, ale póki płasko to nie ma problemu. Jest bardzo gorąco, akurat południowe godziny lecz dużo czasu spędziłem w mieście więc pasuje teraz coś pokręcić. Dłuższy czas jadę po płaskich i nieciekawych okolicach i dopiero po jakiejś godzinie jazdy widzę jak droga wspina się zakosami wysoko do góry.



Zapowiada się dłuższa wspinaczka, pierwsza godzina jest niezbyt miła, gorąco okropnie, słońce grzeje na całego, teren cały czas odkryty, mijam odbicie drogi na Koman skąd kursuje prom do Fierze i jakiś czas później z trudnością znajduję kilka metrów kwadratowych cienia gdzie odpoczywam dłuższą chwilę. Zerkam na mapę, widzę, że sporo tych podjazdów jeszcze będzie. Jadę teraz bardzo wolno, raz, że mam bardzo dużo czasu, dwa, że jednak staram się oszczędzać kolano. Muszę przyznać, że taka jazda zaczyna mi sprawiać przyjemność, z reguły jeżdżę szybko i intensywnie, teraz jadę sobie na miękkich biegach, korby kręcą się jak po maśle, bez zadyszki i z podniesioną głową. Naprawdę jest przyjemnie. Do tego okolica robi się cudowna. Wjechałem już na 500 metrów i krajobraz szybko zaczyna się zmieniać. Suche i wypalone słońce góry zmieniają kolor na zielony. Pojawiają się drzewka, łąki robią się coraz bardziej bujne i soczyste. Droga pusta i z gładką asfaltową nawierzchnią. Do tego już nie grzeje tak jak na nizinach, a wiaterek przynosi miłą ulgę. To chyba najbardziej urokliwy odcinek drogi jaki jechałem w Albanii. Były różne drogi, były piękne widoki, cudowne plenery, długie zjazdy serpentynami, ale ten odcinek do Puke jakoś tak wyjątkowo przypadł mi do gustu, chociaż nie jestem w stanie sfabrykować argumentów dlaczego. Piękna droga i tyle! Mógł bym tędy jeździć codziennie aż do znudzenia.

Pomału wznoszę się cały czas do góry, znów mam problemy z siedzeniem, smarowanie maścią przyniosło trochę ulgi ale nadal nie mogę komfortowo siedzieć. W końcu wpadam na pomysł żeby podłożyć sobie na siodełko polara i po chwili pukam się w głowę czemu wcześniej na to nie wpadłem. Z animuszem pokonuję kolejne kilometry zamierzając dotrzeć do Puke. Mam w planie skombinowanie sobie jakiegoś hotelu żeby umyć się porządnie, wyprać ciuchy, podładować komórkę. Droga do Puke ciągnie się jednak i ciągnie. Gdy w końcu dojeżdżam do miasta okazuje się ono największą dziurą jaką do tej pory widziałem w Albanii. Niby są tam jakieś sklepy, niby są jakieś bary, ale jak przyszło co do czego nie było co zjeść. W centrum miasta hotel, ale stojące pod nim czarne i błyszczące bryki ze znaczkami Mercedes i BMW odstręczyły mnie nawet od wejścia i zapytania o cenę. Wchodzę więc do jakiegoś baru z nadzieję na ciepłe jedzenie. Podpity kelner wybałusza na mnie gały i dzwoni do siostry dając do zrozumienia, że mówi ona po angielsku. Co tu tłumaczyć, mówię chips, chicken, salat, cola...chyba nie trudno się domyślić o co biega. Ten jednak kręci głową i proponuje mi patataos oraz beer. No dziękuję serdecznie, pokazuję na frytki, które ktoś spożywa przy stoliku obok. Kręcie głową i mówi – no chips, no chicken.....

Spadam stąd czym prędzej, jeszcze wstępuję do cukierni i kupuję jakieś ciastko. Tym razem obsługa bardzo miła, ale ciasto nasączone miodem tak słodkie, że jestem w stanie przełknąć tylko kilka kęsów. Jak najszybciej ewakuuję się z tego miasta. Teraz z perspektywy czasu być może za ostro oceniłem Puke, ale jakoś mi nie podeszło to miejsce i nie palę się chęcią odwiedzenia go jeszcze kiedyś. Z noclegu pod dachem nici, gorzej, że już późnawo, a za Puke zaczyna się dłuższy podjazd. Wszędzie brak miejsca na biwak, zaraz za drogą po obu stronach teren mocno się wznosi do góry, jest kamienisty i gęsto porośnięty. Kręcę energicznie chcąc czym prędzej dotrzeć na przełęcz tam widząc swoją szansę. Nie jest to jednak typowa przełęcz z płaskim i szerokim siodłem w szczytowej części. Jadę teraz wysokim grzbietem, ale nadal po obu stronach drogi kiepskie warunki na obóz. Mija tak z pół godziny, osiągam wysokość 950 metrów i widzę po lewej fajną górkę pokrytą trawą. Rozglądam się jak tam dotrzeć, widzę jaką boczną dróżkę prowadzącą w interesującym mnie kierunku. Intuicja mnie nie zawodzi, na górze jest fajnie, ale jeszcze dalej widzę ciekawsze miejsce, tam znów się rozglądam i zjeżdżam jeszcze kawałek w dół. Jestem teraz dokładnie na górce, którą widziałem z drogi. Teraz na miejscu to miejsce nie wygląda aż tak miło. Nawierzchnia raczej kamienista,widoczna z daleka trawa to tylko rzadko wystające spod kamieni ździebełka. Ale najgorsze jest to, że będę tutaj widoczny z daleka. Teren wprawdzie raczej bezludny, wokoło nie widzę żadnego domu lecz jakoś nie czuję się tu komfortowo. Nie mam jednak wyboru, już zaczyna zmierzchać. Najpierw coś zjadam, namiot rozbijam dopiero gdy robi się naprawdę ciemno. Coś tam sobie robię, aż nagle podskakuję z przerażenie gdy jakiś głoś zaczyna głośno śpiewać za moimi plecami. Przez kilka sekund jestem wręcz sparaliżowany, dopiero po chwili włącza mi się tryb myślenia i kojarzenia faktów. To wzmocniony przez głośniki i niesiony w górskim powietrzu głos muezina. Początkowo wydaje się jak by dobiegał z odległości kilku metrów, dopiero po chwili lokalizuję miejsce jego pochodzenie. Okazuje się, że rozbiłem się w zasadzie tuż nad Puke. W linii prostej nie będzie dalej jak 3-4 kilometry, jedynie 200 metrów wyżej. Dopiero teraz w ciemnościach widzę światła miasteczka. Są daleko, ale ten śpiew wystraszył mnie solidnie tak dobrze go niosło do góry. Z tej strony nie czuję dyskomfortu, ale gdy wchodzę do namiotu znów odkrywam kolejny nieprzyjemny zbieg okoliczności. Droga jest oddalona o jakieś 300 metrów, jadące samochody pokonują serpentynę i wyjeżdżając z niej ustawiają się akurat idealnie w prostej linii na mój namiot. Niektóre mają włączona długie światła i omiatają ich błyskiem mój namiot. Podejrzewam, że nie są w stanie dostrzec samego namiotu, ale to kolejny niesprzyjający czynnik, który spowodował, że ta noc nie była tak przyjemna jak poprzednie.

Dystans - 108 km
Czas jazdy - 7,3
Średnia - 14,4
Suma podjazdów - 1392

CHWILO - TRWAJ WIECZNIE

Wstaję wcześnie rano, jeszcze przed szóstą. Szybko zwijam namiot i dopiero potem zajmuję się pracami obozowymi. Szybko mi idzie i przed siódmą jestem już gotów do jazdy. Pierwsze kilometry nieprzyjemne, ciężko się rozkręcić, znów zaczyna mocniej boleć kolano. Jadę w stronę Kukes, droga robi się naprawdę górska, pełno zjazdów i podjazdów. Ruch w zasadzie zerowy, specjalnie obserwowałem zegarek jedna z przerw między samochodami wynosiła około 20 minut. W Fushe Arrezi zatrzymuję się w Bar Kafe. Takie bary to jeden z symboli Albanii, można je spotkać wszędzie, nawet w górach tam gdzie diabeł mówi dobranoc. A przy takiej drodze jak teraz jadę są w każdej miejscowości, nawet po kilka, są też pomiędzy miejscowościami na prawdziwych odludziach., Są dosłownie wszędzie i co ciekawsze ogromna większość z nich jest czynna i można się napić znakomitej kawy. Ja też taką wypijam, potem pokrzepiam się jeszcze małym piwkiem, zjadam coś słodkiego i pomalutku kręcę dalej. Dzisiaj w planie mam dotarcie do Kukes, jakieś 60 km więc naprawdę nie forsuję tempa. Droga zaczyna być coraz bardziej wymagająca, coraz częściej muszę podjeżdżać na wysokie przełęcze, zjeżdżać 300-400 metrów niżej tylko po to aby kawałek znów pracowicie wspinać się do góry. Uwielbiam takie drogi i pomimo narastającego zmęczenia jadę tędy z prawdziwym entuzjazmem. W dodatku choć trudno w to uwierzyć ruch robi się jeszcze mniejszy, tym razem nie liczę minut ale szacuję, że swobodnie były półgodzinne przerwy między przejeżdżającymi samochodami. W końcu ze szczytu kolejnego podjazdu widzę w dole spore miasteczko. To bankowo Kukes, wydaje się być bardzo blisko, w dodatku prowadzi do niego długi zjazd i mam wrażenie, że będę tam za kilka minut. To jednak tylko złudzenie. mija jeszcze pół godziny, kilka podjazdów zanim pojawiam się na rogatkach. Jakimś trafem wylatuję na autostradę, kilka sekund, się waham ale w końcu jadę po niej w dół. Autostrady w Albanii żyją swoim życiem, nie ma wysokich ogrodzeń, pełno wjazdów i wyjazdów na boczne drogi. Komfortowo docieram do miasta i kieruję się w stronę centrum.

Jest dopiero 15 godzina i planuję zostać tu na noc. Mam dużo czasu. Najpierw znajduję jakiegoś fast fooda i wciągam najsmaczniejszy posiłek jaki jadłem w Albanii. Nie kombinuję z jakimiś ichniejszymi wynalazkami gdy widzę smakowite i skwierczące na ruszcie kurczaki. Biorę połówkę, do tego frytki, które okazują się lepsze niż z Maca. Obficie każę sobie też nałożyć sałatki i polać wszystko pikantnym sosem. Do tego zimna cola plus takaż fanta o smaku exotic. Być może kulinarni znawcy i dietetycy załamali by ręce nad moim posiłkiem, ale uwierzcie mi, że smakowało mi wybornie. Powoli i z rozkoszą pochłaniałem pyszne kawałki kurczaka okraszonego sosem, pogryzając go sałatką z frytkami, a wszystko popijając zimnym, gazowanym napojem z oszronionej szklanki. Pycha !

Syty i zadowolony odwiedzam potem którąś z kawiarenek internetowych. Czytam najświeższe newsy z kraju, wrzucam kilka zdań na fejsa, przeglądam pocztę, sprawdzam rachunki bankowe. Korzystam też ze Skype i obdzwaniam rodzinkę co by ich uspokoić i zapewnić, że żyję i czuję się doskonale, a na dodatek nic mnie nie zeżarło :)
Po około godzinie wychodzę znów na miasto i zaczynam się rozglądać za hotelem. W Puke się nie udało, ale Kukes robi lepsze wrażenie. Objeżdżam kilka razy centrum i dostrzegam szyld jakiegoś hotelu. Podjeżdżam i wchodzę zapytać się o cenę. Nie wygląda jakoś specjalnie ekskluzywnie,i ale z doświadczenia wiem, ze różne może być. Pytam gościa w środku o cenę. Jakoś niewyraźnie mówi, nie jestem w stanie zrozumieć o jaką dokładnie kwotę mu chodzi. Szybko wyjmuję notes, długopis i wręczam gościowi. Pisze coś i oddaje mi – 20 E. Trochę dużo, za dużo jak na spodziewane warunki. Rzucam okiem na budynek, zapisuję 15E i pokazuję gościowi. Kręci głową. Jak nie to nie myślę sobie. Ponad 8 dych za taki marny hotelik to jednak za dużo dla mnie. Wzruszam ramionami i mamroczę coś po polsku. Odwracam się i zbieram do odjazdu gdy gość mówi głośno GOOD GOOD. Czyli jednak stanęło na 15 „ojro” Tak w sumie to teraz już nie wiem jak interpretować to kręcenie głową. W niektórych krajach południowej europy znaki głową trzeba interpretować odwrotnie niż u nas. Kiwanie znaczy sprzeciw, kręcenie zgodę. Być może facet od razu się zgodził, a ja to źle zrozumiałem. No nieważne, 6 dych jestem w stanie dać. Źle spałem ostatniej nocy i chętnie spędzę noc na wygodnym wyrku. Rower chowają mi w jakiejś kanciapie, a ja pakuję się do hotelu. Warunki dosyć surowe, ale jest wszystko co człowiekowi potrzebne do szczęścia. Ciepła woda w prysznicu, kibelek i wygodne wyrko. Robię pranie, rozkładam rzeczy do suszenia, przebieram się w cywilne ciuchy i idę na miasto. Najpierw łażę bez celu, potem znów odwiedzam kawiarenkę internetową, znów zaglądam do jakiegoś baru gdzie wcinam Donera. Potem jakieś małe zakupu i pomalutku zmierzam do hotelu. Kukes może nie jest piękne ale zaoferowało mi to czego oczekiwałem i z sympatią wspominam to miasteczko.

Dystans - 83 km
Czas jazdy - 5,18
Średnia - 15,6
Suma podjazdów - 1375


Z GŁOWĄ W CHMURACH

Rano pogoda zdecydowanie gorsza niż wczoraj. Chwilę siedzę nad mapą i dumam bo wyraźnie wychodzi, że jestem cały dzień do przodu. Według mapy do Skopje mam około 150 km oraz dwa i pół dnia do dyspozycji. Jest wtorek, autobus mam w czwartek o 16.30. Wypadało by najbliższy nocleg spędzić gdzieś w górach, a kolejny już blisko Skopje. W pobliżu dużych miast noclegi na dziko są z reguły problematyczne bo tereny gęsto zamieszkane i ciężko znaleźć bezpieczne i odosobnione miejsce. Zwijam się pomału i kieruję w stronę granicy, a dalej Prizren. Znów wyskakuję na autostradę i tym razem śmigam nią bez chwili wahania. Kolano dokucza coraz bardziej, do tej pory tylko je czułem, teraz już ewidentnie boli i muszę zdecydowanie mocniej kręcić lewą nogą. Na granicy wydaję ostatnie leki i wjeżdżam do Kosova. Szybko docieram do Prizren, miasto takie sobie. Zjadam, w knajpie jakiś obiad, raczej średnio smaczny ale bez tragedii. Zaraz za Prizren zaczyna się podjazd na wysoką przełęcz. Muszę podjechać na 1530 metrów. Początek droga leci głębokim wąwozem, który ewidentnie kojarzy mi się z Bicaz w Rumunii. Potem wyjeżdżam na otwartą przestrzeń i zaczynam wyraźniej wznosić się do góry. Ustalam sobie plan jazdy – 100 metrów podjazdu w górę, 10 minut odpoczynku. Trochę żałuję bo nachylenie podjazdy jest idealne do szybkiej i mocnej jazdy. Na tyle stromo, że ciężko pociągnąć z blatu, na tyle łagodnie, że fajnie się kręci na średniej tarczy. Kurcze – jak fajnie by się tu dawało gdybym był całkowicie sprawny.



No ale z drugiej strony nie muszę się też spieszyć. Pomimo tego zdawało by się ślimaczego tempa zaskakująco szybko pokonuję kolejne kilometry, a GPS wskazuje coraz wyższe wartości na polu wysokości. Prawdziwym problem teraz staje się raczej pogoda. Chrzani się coraz bardziej, im wyżej tym chmury coraz ciemniejsze, opady deszczu coraz dłuższe i bardziej intensywne. Robi się zdecydowanie zimniej i muszę sięgnąć do sakw po cieplejsze ciuchy. Zabudowania ciągną się prawie aż do samej przełęczy. Na samej górze wesołe miasteczko, bary, hotel, kramy z pamiątkami. No i mgła i zimno. Lokuję się w knajpie i zamawiam jakieś żarcie. Znów żadne cuda, sałatka szopska wprawdzie dobra ale mięsko jakoś takie twardawe trochę, Do tego zamawiam frytki i dostaję je już prawie po zjedzeniu mięska. Nie dość, że późno to jeszcze do niczego. Twarde takie z wierzchu, że całe podniebienie sobie nimi kaleczę. Reguluję rachunek i bez żalu opuszczam ten kulinarny przybytek. Przed zjazdem ubieram się ciepło i w końcu puszczam klamki hamulcowe. Rower szybko nabiera prędkości i zaczyna się najbardziej szalony zjazd na tym wyjeździe. Momentalnie tracę wysokość, a każdy przejechany metr prowadzi mnie w zupełnie inną krainę. Po stronie Albańskiej dominowały niskie zarośla i gołe skały, tutaj zieleń wręcz kipi. Bujne, gęste i zielone lasy, łąki eksplodujące różnorodnością traw. Zieleń lasu i łąk zdaje się wylewać na drogę, a ja co chwilę mam wrażenie jak bym miał zaraz wjechać w zieloną masę ogarniającą całą przestrzeń przede mną.

Z tych upojnych chwil wyrywają mnie dopiero odległe odgłosy burzy. Na razie grzmi daleko ale niebo nade mną szybko przybiera stalową barwę. Nie chcę się tutaj jeszcze rozbijać, jestem jeszcze wysoko, GPS wskazuje 1150 metrów. Zaczyna kropić ale kontynuuję jazdę w dół, robi się coraz gorzej, każdy grzmot wydaje się być bliższy, robi się prawie zupełnie ciemno, deszcze pucuje już na całego. Akurat przejeżdżam przez jakąś wioskę, po prawej zadaszony bar. Szybko ładuję się pod dach, otrzepuję z wody i rozglądam wokół. Niebo zaniesione aż po horyzont, grzmi i pucuje na całego. Obok baru wisi tabliczka z napisem MOTEL i jakaś nazwa. Wchodzę do środka, i pytam się siedzącego gościa o cenę noclegu. 10 Euro słyszę odpowiedź – nie zastanawiam się ani sekundy, w tych okolicznościach taki motelik spadł mi niczym manna z nieba. Jak się okazało później ta decyzja była bardzo słuszna bo deszcz, który zaczął wtedy padać siąpił przez całą noc, a rano wzmocnił się nawet i przyszły fale gwałtownych opadów. W nocy kilka razy budzą mnie grzmoty i błyskawice. Dobrze, że śpię sobie pod cieplutką i suchą kołdrą.

Dystans - 76 km
Czas jazdy - 5,31
Średnia - 13,7
Suma podjazdów - 1245

W ZIELONEJ KRAINIE

Rano jak już pisałem leje na całego. Z moich wyliczeń wylicza, że mam do Skopje około 60, w dodatku raczej w dół. Wobec takiej fatalnej pogody poważnie rozważam zostanie tutaj na kolejną noc. Po chwili namysły wolę jednak podjechać do Skopje na jakieś 20 kilometrów. Pakuję bety i wychodzę na zewnątrz sadowiąc się pod dachem. Tam dosłownie katastrofa, nawet gospodyni, która przyniosła mi zamówioną kawę załamuje ręce i chodzi od okna do okna powtarzając – KATASTROFA KATASTROFA ! Siedzę już ze dwie godziny i ani myśli przestać. Robi się nawet gorzej, wybija jakaś studzienka albo puszcza jakiś przepust i na drogę wylewa się ściana wody wraz z masą kamieni, śmieci, kawałków drzewa itp.

Mija kolejna godzina i nadal pucuje na całego, trudno mi przychodzi ta decyzja ale już południe i muszę w końcu coś zrobić. Żegnam się z gospodarzami, ubieram przeciwdeszczową kurtkę i zanurzam w ogarniającą mnie momentalnie wilgoć. Już kilka metrów i w butach czuję wodę. Deszcze bije po oczach, w okularach nie da się jechać, zimno okropnie, chwilami dostaję drgawek i mam problemy z opanowaniem roweru. Konsekwentnie jadę jednak w dół, na dole musi być cieplej. Wystartowałem z wysokości 950 metrów, szybko osiągam 700, potem droga się wypłaszcza i kawałek trzeba pokręcić. Dalej leje ale już trochę cieplej, zwłaszcza gdy zaczynam kręcić to w końcu łapię komfortową temperaturę. Potem znów długie zjazdy, im niżej tym cieplej, a i pogoda robi się bardziej znośna. Już nie leje, tylko lekko mży. Docieram do głównej drogi z Prisztiny do Skopje. Tutaj już całkiem przyjemnie, nawet przestaje siąpić, pozbywam się ubrań, robi się naprawdę ciepło. Szybko docieram do granicy, wcześnie zjadam jeszcze pysznego Donera w barze przy drodze i już teleportuję się do Macedonii.

Po przekroczeniu granicy rozglądam się za placem na namiot. Dopiero 15 dochodzi ale lepiej tutaj niż plątać się wieczorem po przedmieściach stolicy Macedonii. Nic ciekawego jednak nie widzę, a gdy dostrzegłem fajne miejsce i próbowałem się tam dostać to trafiłem na jakieś cygańskie slumsy stojąc obok. Szybko uciekłem z tego miejsce i tak jadąc ni z tego ni z owego dotarłem do tablicy z napisem Skopje. No nic, trudno, jak już tu jestem tak wcześnie to skorzystam z jego trakcji. Przejeżdżam przez centrum miasta ale zwiedzanie zostawiam sobie na później, teraz skupiam się raczej na praktycznej stronie pobytu w takim mieście. Zakupy, jakieś ciepłe jedzenie, smaczna kawka przy kawiarnianym stoliku. Schodzi mi trochę i koło 17 zbieram się wyjechać z miasta i kombinować jakieś spanie. Jadę w ciemno, wybieram jakiś wyjazd z miasta i badam teren. Jadę z pół godziny ale nie wygląda to zachęcająco. Wracam się i próbuję w inną stronę, wyjeżdżam już całkiem z miasta, docieram do jakiegoś miasteczka ale nadal kicha. Wszędzie domy, gęsta zabudowa, zero ustronnych miejsc. Niby miałem tyle czasu, a tu robi się późno, a ja w duszy jestem. Zaczynam już myśleć o jakimś hotelu, ale jak na złość nic nie widać po drodze. O powrocie do Skopje nie myślę nawet, nie sadzę żeby była tam szansa na pokój w rozsądnej cenie. Zatrzymuję się w mijanym miasteczku i próbuję coś pogadać z chłopakami siedzącymi obok drogi. W sumie miłe chłopaki, ale raczej w typie wesołków, na moje pytania o jakiś hotel reagują śmiechem i chichotem. No nic, widzę, że szkoda czasu, nie ma sensu też jechać dalej. Wracam się w kierunku Skopje, jestem już zdesperowany i zdecydowany spać na byle kawałku osłoniętego placu. Tuż przy drodze widzę pole ze świeżo skoszoną trawą. Nie ma tam wyraźnego wjazdu, i tylko przerwa w krzakach pozwala zobaczyć jak można się tam dostać. Rozglądam się bacznie czy nikt nie widzi i daję nura przez krzaki. Odjeżdżam kilka metrów od tego miejsca i lokuję w rogu. Jestem niewidoczny bo krzaki zapewniają całkowitą osłonę ale czuję się tu fatalnie. Okolica jednak pełna ludzi, wprawdzie najbliższe zabudowania widać dopiero 400-500 metrów stąd ale nie poprawia mi to nastroju. Najgorsze jednak to, że kilka metrów ode mnie ruchliwa szosa pełna głośnych samochodów. Kiepsko, naprawdę kiepsko ale raczej nie mam wyjścia. Znów czekam z rozbiciem namiotu aż do zmroku, noc raczej spędzona na niespokojnej drzemce niż prawdziwym spaniu.

Dystans - 83,7
Czas jazdy - 4,27
Średnia - 18,8
Suma podjazdów - 308


Wstaję kilka minut po piątej. Namiot składam od razu, potem pakuję bety zostawiając na wierzchu tylko potrzebne rzeczy. Dopiero wtedy spokojnie robię sobie jakąś zupkę chińską. Chwilę jeszcze siedzę i z ulgą opuszczam ten biwak. Pomalutku i bez pośpiechu jadę w kierunku Skopje, przejeżdżam przez budzące się do życia przedmieścia. Po drodze zatrzymuję się w piekarni i kupuję pysznego Burka z mięsnym nadzieniem. Do tego słodka bułka z czekoladą w środku. Z sakwy wyciągam sok pomarańczowy w puszcze, po nocy jest fajnie schłodzony, i sadowię się na przyjemne śniadanie na osiedlowej ławeczce. Ciepły burek naprawdę pyszny i zajadam go ze smakiem. Pyszny i sycący, do tego stopnia, że bułkę z czekoladą zjadam tylko do połowy resztą dzieląc się z ptaszkami. Po śniadaniu chwilę odpoczywam podsypiając po trochu. Kiepsko przespana noc daje teraz znać i głowa opada mi co po chwila. Tak spędzam pewnie z godzinę, miasto całkiem zbudziło się już do życia, dochodzi godzina 9 rano. Jadę do centrum i wjeżdżam tam przez Łuk Triumfalny.

Skopje to zadziwiające miasto. Stolica małego kraju z wielką historią. Centrum miasta to wybuchowa mieszanka stylów, która nie musi się podobać ale na pewno robi duże wrażenie. Na niewielkiej przestrzeni upchnięto monumentalne budowle z dominującym nad całością pomnikiem Aleksanda Macedońskiego. Można tam trafić różnymi drogami ale ta domyślna wiedzie właśnie pod Łukiem Triumfalnym. Ogromna postać Aleksandra siedzącego na koniu otoczona jest kaskadami wody dobywającej się z fontann i tworzącej niekończący się spektakl wodnego widowiska. Nieustający szum wody w połączeniu z przebojami muzyki klasycznej dobiegającej z dużych głośników tworzą niepowtarzalną atmosferę. Można tu siedzieć i siedzieć . Gdy jednak ławka zrobi się zbyt twarda wystarczy przejść przez łukowaty most do Albanskiej dzielnicy aby znaleźć się w innym świecie. Ulice stają się wąskie i wyłożone brukiem, zamiast kawiarni i eleganckich butików tłoczą się przy nich niezliczone kramy z każdego rodzaju towarami. Dochodząca z lokali muzyka zawodzi orientalnym nutami, a muezin nawołuje do porannej modlitwy. Zjadam tutaj smaczny posiłek i wracam na drugą stronę rzeki na deser. Wybieram lody. Te niestety okazują się parszywe, omal nie lądują w koszu. W dodatku sprzedawca chciał mnie oszukać na 500 denarów czyli jakieś 40 złotych. Dopiero na moje wyraźne wezwanie wzruszył ramionami i podał mi brakujący banknot. Wydaję ostatnie denary, jeszcze duża kawa w knajpce. Korzystam tam z internetu przez telefon. Bardzo dobra jakość, swobodnie przeglądam newsy z Polski, łączę się przez Skype z żoną i mamą. Dużo taniej dzwonić na komórkę przez Skype niż płacić te bandyckie stawki z literką R przy sieci.
Ostatnie zakupy w sklepiku na przedmieściach, Pani uśmiechając się wie o co chodzi i sama doradza co jeszcze mogę dokupić, na końcu dorzuca saszetkę kawy, listek gumy Orbit i tym sposobem pozbywam się ostatnich denarów.

Autokar spóźnił się 2 godziny, już zaczynałem się denerwować ale sporo ludzi czekało wraz ze mną co mnie trochę uspokoiło. Zgadałem się też z sympatycznym Macedończykiem, który również jechał do Polski. Świetnie mówił po Polsku i uspokoił mnie informując, że bardzo rzadko autokar przyjeżdża o czasie. Po godzinie 18 wsiadam do autobusu i kończę ten wyjazd.

Co by tu napisać na podsumowanie. Miałem okazje zobaczyć trzy kraje. Macedonia nie zrobiła dobrego wrażenia, ale trzeba przyznać, że tylko liznąłem tego kraju, a najciekawsze tereny znajdują dużo bardziej na południu. Może tu jeszcze kiedyś przyjadę. Kosow podobnie, ciężko coś więcej powiedzieć, zahaczyłem tylko o ten kraj zamieszkany w ogromnej większości przez Albańczyków. Poza tym trafiłem tu na parszywą pogodę więc nie będę miał dobrych wspomnień. Jedyne co mogę powiedzieć to, że w porównaniu do samej Albanii Kosovo jest dużo bardziej zindustrializowane. Można tu spotkać jakieś fabryczki, zakłady, widać, że ludzie pracuję, robią coś aby poprawić swój byt.

Sama Albania zaskoczyła mnie na plus chociaż muszę przyznać, że niekiedy żal serce ściskał gdy widziałem jak ludzie żyją w dzisiejszych czasach. Ten kraj szybko się zmienia czego zresztą sam doświadczyłem. Typowy przykład – słynne bunkry. Kiedyś to był symbol tego kraju, były wszędzie i wpadały natychmiast w oko. Teraz to się zmieniło, dostrzegłem niewiele dobrze zachowanych, widziałem też kilka na wpół rozebranych lub zburzonych. Reszta pewnie stała się źródłem materiałów budowlanych i legła w gruzach. Druga sprawa – Mercedesy. Kiedyś ta marka samochodów dominowała na tutejszych drogach. To też już historia. Owszem, nadal dużo jeździ tu samochodów tej marki ale nie są one już tak dominujące. Na pewno nie do tego stopnie abym sam to dostrzegł. Gdybym nie czytał o tym wcześniej nawet by mi do głowy nie przyszło.

Ja sam zrobiłem sobie ranking tego z czym kojarzy mi się ten kraj. Pierwsza sprawa – góry. Albania to góry. To kraina gór, trzeba dodać, że pięknych gór. Wysokich gór, których szczyty przez cały rok lśnią z daleko śnieżną bielą.
Druga sprawa – Lavazsh. Polowe myjnie samochodowe. Są wszędzie, niekiedy na dystansie jednego kilometra można zobaczyć ich kilka. Ich budowa nie jest skomplikowana, ot drewniane zadaszenie, często bez ścian, szlauf z wodą, niekiedy Karcher i obsługująca go osoba.
Trzecia sprawa – Bar Kafe. Już pisałem, że takie knajpki można znaleźć w największych dziurach. Każda mijana miejscowość ma przynajmniej jedną taką knajpką. Mężczyźni siedzą tutaj przy maleńkiej filiżance mocnej kawy i szklance zimnej wody.

No i na koniec albańskie drogi. Te boczne w górach wręcz stworzone do MTB. Oj pośmigać tutaj na rasowym góralu z dobrym amorkiem to była by ogromna frajda. Ale również i te asfaltowe dostarczają pięknych przeżyć. Jak dla mnie rewelacja. Nie wiem jak potoczy się moja dalsza kariera turysty, ale czuję, że jeszcze odwiedzę ten kraj. Dużo sobie obiecywałem po tym wyjeździe i teraz mogę powiedzieć, że Albania nie zawiodła mnie ani trochę.

Dla tych co nie lubią dużo czytać- Fotorelacja

Trasa z GPS - Track GPS

Kilka filmików -
W Boge
Koniec asfaltu w Boge
W drodze do Thheth
Dalsza droga do Theeth
W Theeth
Początek asfaltu w Prekal
W drodze do Puke
Droga do Kukes

Ocena: (0)
0 komentarzy · 2117 czytań ·
Komentarze
21 czerwca 2013 11:21:45
te rowki w asfalcie to pewnie ichniejsze odwodnienie dróg... :)
24 czerwca 2013 22:36:52
Jak ty to wszystko zapamiętujesz?
30 lipca 2013 14:33:07
To musiało być ekscytujące ! Przygoda na całego :) Nie mogę się doczekać kolejnych częsci
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.