Bałkańska Pętla - 8 dzień - Koman - Fierze - Bajram Curi - Peje - podjazd na Cakor
Dodał(a): Piotr Furmański furman
31 lipca 2014
Ależ te psy się darły tej nocy. Rafał twierdzi, że słyszał wycie wilków tuż za ogrodzeniem. Faktycznie kilka razy się budziłem o co zresztą nie było trudno bo chwilami jazgot był okropny.
Poranne pakowanie poszło sprawnie, wyprane ciuchy porządnie wysuszone, namiot podobnie, śniadanie przy stole i na ławeczkach z oparciem. Wypas na całego. Żegnamy się z naszym gospodarzem i ruszamy na zaporę.

Podjazd jest dosyć stromy, ale spokojnie rozgrzewamy nogi i kręcimy bez pośpiechu. Mijamy budkę ze strażnikiem. Pozdrawiamy się wzajemnie podniesieniem ręki. W tunelu trzeba odpalić lampki bo dosyć długi fragment wiedzie w całkowitej ciemności, a nawierzchnia bardzo kiepska i nie sposób jechać na ślepo. Gdy docieramy do przystani jest tam jeszcze spokojnie. Sadowimy się gdzieś z boku i obserwujemy tutejsze życie. Wbrew pozorom okazuje się, że kwitnie ono tutaj na całego. Obsługa promów, sklepu, baru to kilkanaście osób wśród których prym wodzi dorodny młody człowiek o imieniu Marko. Wszędzie go pełno, wszędzie go słychać i wszędzie go widać. Szczególnie upodobały go sobie przybywające starsze pasażerki promu, z którymi Marko pozuje do frywolnych fotek.

My również mamy zaszczyt przyciągnięcia uwagi lokalnego playboya, który poświęca nam kilka sekund, a gdy dowiaduje się, że jesteśmy Polakami cytuje wierszyk – Dobra dobra to jest zupa z bobra, jeszcze lepsza zupa z wieprza” i zadowolony odchodzi.

Tymczasem na przystani zaczyna się robić tłoczno. W ciągu kilku minut przyjeżdżają kolejne zapakowane do maxa busy. Za każdym razem wydaje się nam, że już więcej osób tu się nie zmieści, a jednak przybywa ich z każdą chwilą. Jaja się zaczynają dziać gdy z tunelu wyjeżdża autobus, a z jego wnętrza wysypuje się prawdziwy tłum turystów. Atmosfera zaczyna się robić gęsta bo choć do godziny odpłynięcia pozostało 15 minut nic nie zwiastuje tego żeby miało to zaraz nastąpić. Obsługa zaczyna się robić nerwowa, biegają tam i z powrotem, krzyczą coś do siebie, wydzwaniają przez komórkę. Przy brzegu stoi łupinka, którą wczoraj zdyskwalifikowaliśmy jako prom. Okazuje się, że chyba się myliliśmy. Na razie nie wiemy co robić, wszędzie wokół panuje chaos i bałagan. Ludzi coraz więcej, wszyscy obładowani tobołami z towarami przeróżnej maści, do cebuli po trzonki do łopaty.

W końcu przypływa jakaś solidniejsze łódka i wołają nas z rowerami. Rowery wędrują na dach, ale szybko je ściągają i pokazują nam żebyśmy przeszli na łupinkę. Robi się coraz później, a tu wszystko nadal w proszku. Dzisiaj sobota, a to chyba nie jest bez znaczenie. Podjeżdża grupa czeskich motocyklistów, a za nimi jeszcze inni. Czesi widząc naszą łupinkę długo się zastanawiają, rozmawiają ze sobą, nawet Marko poświęca im kilka minut głośno coś objaśniając Pomimo tego Czesi kręcą głowami patrząc na łódki, którymi miały by płynąć ich motocykle. W końcu odpalają swoje maszyny i odjeżdżają z powrotem. Tymczasem wypakowana do oporu pierwsza łódka odpływa od brzegu. My odbijamy po kilkunastu minutach w swojej łupince. Każdy dostaje po butelce piwa i rogalu 7-days. W sumie to nawet lepiej, że płyniemy w łupince bo jest nas tutaj zaledwie kilka osób. Można wybrać sobie wygodne miejsce, pospacerować po pokładzie, swobodnie obserwować widoki. A jest co oglądać. Wysokie szczyty wyrastają wprost z wody i wznoszą się kilkaset metrów ponad jej lustrem.

Atmosferę burzy albańska muzyka wyjąca z głośnika. Coś okropnego jakie darcie i wycie. Nie jestem w stanie odróżnić jednej piosenki od drugiej. Każda kolejna zlewa się z poprzednią w jeden wielki jazgot łomoczący mi po głowie. Dobrze, że szybko płynąca łódź oferuje podmuchu wiatru trochę zagłuszające ten harmider. Nasza łódka już na brzegu nie prezentowała się dobrze, teraz tylko utwierdza nas przy takiej opinii. Pokład chociaż solidnie nadgnity i noszący ślady wielu napraw nie przecieka, ale silnik już ledwo dyszy. Kilka razy krztusi się i gaśnie. Albańskie polo daje wtedy tak głośno, że aż skóra mi cierpnie. Chłopak wskakuje pod pokład, coś tam robi koło starego diesla i na szczęście możemy płynąć dalej.

Przy brzegach, na stromo nachylonych stokach widać sporo domów. Trudno powiedzieć jak ich mieszkańcy docierają do reszty świata, ale jakoś sobie radzą bo można poznać, że są zamieszkane. Kilka osób z naszej łódki wysiada na wydawało by się przypadkowym brzegu na pustkowiu.
Łódka kieruje się w stronę stromego i zarośniętego krzakami brzegu. Tutaj wysiada ojciec z synem. Patrzę z niedowierzaniem jak wspinają się po stromym zboczu w drodze do niczego. Wszędzie wokół dzikie i bezludne góry pokryte kamiennymi gołoborzami. Aż trudno uwierzyć w to, że można tu niedaleko mieszkać. Ale chyba tak jest, dwójka pasażerów odwraca się i macha nam na pożegnanie rękami po czym odwracają się wspinają dalej po stromym stoku.

Nasza podróż trwa jakieś 2,5 godziny. W Fierze wysiadamy na ląd i już na rowerach zmierzamy do Bajram Curri. Do miasta jest krótki ale stromy podjazd. Zabudowa jest dosyć mocno rozproszona i trudno zlokalizować jakieś jedno, konkretne centrum. Zatrzymujemy się obok ulicznego stoiska z owocami. Fundujemy sobie arbuza i konsumujemy na miejscu. Ludzie bardzo mili. Jakiś Albańczyk widząc jak siadamy na schodach podbiegł do nas, wskazał ręką na stojące obok krzesło, a potem szybko przyniósł drugie aby po chwili zza węgła wytargać plastikowy stolik. Widząc jak patrzymy na mapę podszedł i wyjaśnił jak mam jechać dalej.

Wyjeżdżamy z miasta boczną drogą, to okropnie zniszczona i dziurawa szutrówka, z ulgą wjeżdżamy na gładki asfalt prowadzący do granicy z Kosowem. Aby tam dotrzeć musimy przebić się przez graniczny grzbiet górki. Przełęcz nie jest wysoka, a podjazd łagodny i przyjemny. Dwudniowa przygoda z Albanią dobiega końca. Albania żegna nas ciemniejącym niebem i odległymi grzmotami dochodzącymi z oddali. Granicę przekraczamy szybko i sprawnie po czym zaczynamy długi zjazd do Kosowa. Tutaj dopadają nas pierwsze opady, które na szczęście szybko przechodzą. Tutejsze miasteczka są stoją dużo wyżej cywilizacyjnie niż albańskie, trudno mi określić co jest tego przyczyną ale widać to wyraźnie.

Do Peje docieramy już wieczorem. Nie spędzamy tu wiele czasu, szybko wcinamy jakiegoś hamburgera i kierujemy się w stronę przełęczy Cakor. To jedno z dwóch głównych celów tego wyjazdy. O ile Sv Jura wpadła przy okazji bo w sumie i tak przejeżdżaliśmy u jej podnóża to Cakor była planowana z premedytacją. Cała trasa była tak kombinowana żeby z Kosowa do Czarnogóry wjechać właśnie przez Cakor. Byłem do tego stopnie zdecydowany, że świadomie pogodziłem się z ryzykiem jakie nam tam zagrażało. Nie ma tam oficjalnego przejścia granicznego, ale rowerzyści mogą przejechać zawdzięczając to informacjom od innych bikerów, którym wcześnie ta sztuka już się udała.

Wyjazd z Peja trochę mnie zaskoczył bo spodziewałem się jakiejś totalnie bocznej drogi, wąskiej i pozbawionej zupełnie ruchu samochodowego. Tymczasem pierwsze kilometry podjazdu to zatłoczona arteria zabudowana z obu stron jakimiś ośrodkami i sanatoriami. Na szczęście widoki rekompensowały tę niedogodność i są rewelka. Po wyjechaniu z zabudowanego tereny czuć wysokie góry. Droga prowadzi głębokim kanionem, strome ściany robią potężne wrażenie, niekiedy przejeżdżamy pod skalnymi nawisami zakrywającymi prawie całą drogę.

Ocena: (1)
0 komentarzy · 2817 czytań ·
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.