Jurajska Kampania Błotna
Notka Dodał(a): rowerowanie.pl
18 maja 2011


Taka nazwa przyszła mi do głowy na wspomnienie maratonu w Zabierzowie. Jakieś tajemnicze i potężne siły sprzysięgły się przeciwko nam i czarowały pogodę. Tę bitwę wygrały ale całą wojnę wygraliśmy my - wszyscy uczestnicy Powerade Suzuki Marathon w Zabierzowie k/Krakowa. Ten maraton od dawna zapowiadał się na wojnę. Było wiadomo, że będzie zimno, było wiadomo, że będzie ślisko, było wiadomo, że będzie ciężko i niebezpiecznie. Takie warunki na łatwej zdawało by się trasie powodują, że jazda zamienia się w wojnę. To nie jest jedna wielka wojna, ale setki małych bitew jakie każdy z nas toczył na trasie zawodów. Jak to na wojnie, byli wygrani, byli też przegrani. Takie wojny toczone na rowerze charakteryzują się tym, że opcja rozejmu nie wchodzi w rachubę. Kto nie wygrał ten przegrał. I odwrotnie, jeśli nie przegrałeś to znaczy, że łupy wojenne należą do Ciebie.

Pewna matka mówiła do swego syna, pilota idącego na wojnę. Tylko pamiętaj synku - lataj tym samolotem nisko i bardzo powoli. Nie wiem dlaczego przed każdym startem przypomina mi się ten dowcip. W każdym razie wiedziałem, że coś w tym jest. Przekładając na kolarski język - zjeżdżaj synku wolno i bardzo ostrożnie. Każdy wie jak interpretować takie dowcipy. W Zabierzowie trzeba było zrobić to dosłownie. Zjeżdżaj wolno i ostrożnie w dowcipie znaczy naprawdę - jedź ostrożnie ale zdecydowanie. I to była metoda na wygranie tej wojny.

Zdecydowanie! Na tym maratonie nie było czasu na korygowanie błędnie podjętych decyzji. Jeśli źle wybrałeś tor jazdy - leżałeś. Jeśli za szybko wszedłeś w zakręt - leżałeś. Jeśli wystraszyłeś się jakiejś przeszkody i w ostatniej chwili chciałeś ją ominąć - leżałeś! Jeśli za bardzo uwierzyłeś we własne siły - leżałeś. Jeśli strach sparaliżował Cię na stromym zjeździe - leżałeś! Tylko żelazna konsekwencja i nerwy ze stali oraz rozwaga i opanowanie pozwalały wyjść zwycięsko z tej bitwy i przejechać pod łukiem triumfalnym.

Pomimo trudnych warunków w do Zabierzowa przyjechało całkiem sporo ludzi. Być może do ostatniej chwili łudzili się nadzieją, że prognozy jednak się nie sprawdzą. Ich, oraz nasze nadzieje zostały jednak rozwiane gdyż padać zaczęło już przed startem, a w miarę upływu czasu padało coraz mocniej i robiło się coraz zimniej. Jak wspomniałem trasa maratonu nie była jakoś specjalnie trudna i wymagająca. Jednak w tych warunkach każda trasa zamienia się w szkołę przetrwania. Nie obeszło się bez ofiar. Pozrywane łańcuchy, uszkodzone przerzutki, połamane kości, o ofiarach z krwi nie wspomnę. Na szczęście obeszło się bez poważnych wypadków. Kilka osób wylądowało w szpitalu lecz bez groźnych uszkodzeń ciała.

Podkrakowski maraton zgromadził cały lokalny światek rowerowy. Być może fatalne prognozy odstraszyły sporo ludzi z dalszych rejonów Polski lecz Kraków nie zawiódł. Gród Kraka nie mógł zawieść i wystawił liczną reprezentację pomimo tego, że dzień wcześniej w naszym mieście odbył się inny maraton konkurencyjnej ligi.
Nie zabrakło oczywiście "zielonych". Stawiliśmy się w naprawdę licznym, i jak się okazało mocnym gronie.

Najszybszym zielonym jak zdążyliśmy się już do tego przyzwyczaić w tym roku okazał się Lukcio. Kilka minut po nim linię mety minął Furman. Kolejnym zielonym na mecie był Hinol, który tego dnia zmagał się z problemami ze sprzętem. Trochę szkoda bo początek miał znakomity i kto wie czy nie jechał po wynik życia. Do formy zaczyny wracać Szbiker. Celowo nie użyłem słowa - pomału. On robi to błyskAwicznie. No i trzeba dodać jeszcze, że cały czas startuje na zimówce.

Spootnick miał dobry początek i jechał długo na wysokiej pozycji. Popracuje chłopak nad drugą częścią dystansu i może wielu zaskoczyć. O Michniku wiele nie piszę. Wszyscy go znamy. Czy pada deszcz, czy świeci słońce, zimno czy ciepło, full czy sztywniak. To wszystko nie ma znaczenia. On po prosu jedzie na rowerze. Bierzmy z niego przykład. Po Michniku na metę wpadł... no może wpadł to za dużo powiedziane :) Miki. Tyle, że Miki zrobił ten maraton po Langowym giga dzień wcześniej. Poza tym wszyscy wiemy, że Miki nie przepada za warunkami jakie były w Zabierzowie.

Versus również zaliczył dzień po dniu maraton. Po sobotnim Langu zrobił Golonkę. Jako reprezentant zielonej "podgrupy lajtowej" udowodnił wszystkim, że można na "lajcie" przejechać giga u Golonki. Słyszycie lajtowicze :)

Być może udało się nam przejechać ten dystans dzięki krwawej ofierze PePe, którą złożył na jednym ze zjazdów. Szlif na łydzie pewnie się zagoi, ale ten maraton nie może zaliczyć do "zaliczonych" No i na koniec Maciu, który nie dogadał się ze swoim napędem. A może raczej to nowy łańcuch nie dogadał się ze starą kasetą. A może jeszcze inaczej, może tak się rozgadali ze sobą, że zapomnieli jakie jest ich zadanie. Tak czy tak Maciu nie ukończył tego maratonu.


Megowcy wcale nie mieli łatwiej. Też zmagali się ze zmęczeniem, zimnem, deszczem i błotem. Najszybszym zielonym okazał się dosyć niespodziewanie Andy. Czyżby jakaś tajna taktyka i metody treningowe? Tuż za nim uplasował się nasz naczelny szyderca MiśQ. Ciekawe czy hamował? Spinoza tym razem bez przygód ale chyba z lekkim niedosytem finiszował jako trzeci zielony. No i Roza, która tym startem powróciła do ścigania po rocznej przerwie. Kurcze takie "combacki" każdy by chciał mieć. Powrót i od razu pudło!

Spokojnie przejechał maraton Marcin. Jak sam mówił - wczoraj maraton (Lang), dzisiaj maraton. Bez szaleństw, bez wygłupów. Pomału lecz cały czas do mety. I ukończył - jak widać to też jest sposób.
Ten start nie wyszedł Kubakowi, który jak sam stwierdził stał się ofiarą błędnie podjętych decyzji przed startem. Do tego wybitnie to nie był jego dzień. Pierwsza, potem druga gleba i chyba rozsądna rezygnacja z dalszej jazdy.

No i jeszcze Pocio, który startując z sektora Vip-owskiego długo utrzymywał się w czołówce :) Jednak tego dnia również i jemu nie dane było ukończyć tego maratonu. Ale nie on sam był tego powodem. Pocio przerwał jazdy widząc, że inny zawodnik po wypadku ma problemy i przeznaczył swój czas na pomoc poszkodowanemu rezygnując jednocześnie z dalszej jazdy.

I to tyle jeśli chodzi o występy zielonych. Pewnie wielu bikerów długo myślało czy jechać ten maraton. Trudno było wyjść z ciepłego domu i podjąć decyzję o starcie. Zgodzić się na długą jazdę w zimnie i błocie. Czy było warto? Na to pytanie musi odpowiedzieć sobie każdy sam. Przeglądając blogi i fora gdzie wielu umieściło swoje wspomnienia z jazdy, widać jednolity obraz. Ci co wystartowali, nie żałowali tej decyzji. Ci co ukończyli, otrzymali ogromną porcję satysfakcji i samozadowolenia. Bo co jakiś czas trafia się maraton, który lokuje się na długo w pamięci bikerów. Były takie maratony - Danielki, Kościelisko, Kraków . Teraz Zabierzów dołączył do tego grona. Jeśli za dwadzieścia lat powiemy swym dzieciom - słuchaj synu (córko) - ukończyłem Powerade Suzuki Marathon 2011 w Zabierzowie k/Krakowa to pewnie popatrzą na nas dziwnym wzrokiem.

Nic to - wystarczy, że my wiemy o co chodzi.

Zachęcam do do czytania innych materiałów, których pojawiło się w sieci całkiem sporo.

Świetnie napisana relacja Kubaka. Czuć sportową złość ale również frustrację. Zachęcam! - Kubak w Zabierzowie
Długa historia opowiedziana przez Izę z Tarnowa. Niestety bez "happy endu" - LemurIza
Stały bywalec naszej strony - Erni
Coś od Furmana - Furman w Zabierzowie
Również nasze forum aż kipi emocjami po maratonie. Warto poczytać - Forum rowerowanie

No i na koniec odsyłam do strony organizatora. Tam można znaleźć wiele innych ciekawych rzeczy. Wyniki, zdjęcie, wspomnienia, opinie - http://bikemarathon.pl/

Ocena: (0)
7 komentarzy · 6881 czytań ·
Komentarze
18 maja 2011 11:10:58
"[...]ukończyłem Powerade Suzuki Marathon 2010 w Zabierzowie k/Krakowa to pewnie popatrzą na nas dziwnym wzrokiem. [...]"

Chodzi o rok 2011 ;)

A poza tym relacja super :)
18 maja 2011 11:12:29
Poprawione :)
18 maja 2011 16:11:45
Z maratonami, jak z dziećmi. Te trudne, krnąbrne, a okiełznane ciężką pracą, kocha się w sposób szczególny! Nie mniej, nie bardziej, a w sposób właśnie "szczególny"!

Fajna synteza minionego weekendu! Mam nadzieję, że ktoś podłapał STAŁY etat!B)brawo!
18 maja 2011 16:20:32
I jeszcze dodam, że właśnie na tym maratonie, efekt "cieszenia się jazdą, trudami, każdym kilometrem błotnej trasy" zachodził dla mnie w czasie teraźniejszym. Endorfiny użyłem nie mniej niż zimna i błota!B)
18 maja 2011 16:29:03
a kto to napisał? Ty Furman?
Fajne:).
Cóż.. dobrze, ze nie mam dzieci, bo musiałabym im powiedzieć: nie ukończyłam maratonu w Zabierzowie 2011:)
Ale co racja to racja.. takie starty pamięta się najdłużej...
18 maja 2011 20:31:16
Iza nie przejmuj się. Co to dzieci to nie wiem :) ale daję Ci gwarancję, że takich maratonów będzie więcej.:D
18 maja 2011 21:19:53
Nie przejmuję się:) Juz mineły te czasy:) kiedy strasznie przeżywałam takie rzeczy. teraz mysle tylko o szybkim powrocie do... roweru:)
Co do maratonów.. sama już nie wiem czy naprawdę chciałabym jeszcze brać udział w takich jak ten zabierzowski. Chyba juz nie ma we mnie potrzeby sprawdzania się w takich ekstremalnych warunkach na rowerze.
Miałam w ub roku Kraków, Rabkę, Gorlice, błotny Złoty Stok, błotną i upalną Krynicę. troche dość:) i dla zdrowia i portfela.
bardziej teraz chyba "rajcują" mnie ekstremalne warunki w .. Tatrach:)
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.