W najbliższą sobotę – już po raz
siódmyósmy – z błoń wyruszy najbardziej ceniony z krakowskich maratonów. Sporym zaskoczeniem może być brak tradycyjnego podjazdu pod zoo. O tym jednak, że jedziemy we właściwej lidze przypomni z pewnością słynny zjazd w Kochanowie (obecny od 2004 roku). Po nim mały powrót do przeszłości i – jak to bywało w latach 2004-2005 – podjazd w górę asfaltem, co wcale nie oznacza, że będzie lekko ;).
Dalej tradycja miesza się z nowymi odcinkami wyszukanymi przez niezawodną ekipę współorganizatora maratonu — krakowskie wydawnictwo Compass. Choć na mapie trasa może wydawać się lżejsza (ze względu na większą ilość asfaltu), to po jej pokonaniu to wrażenie z pewnością minie. Zwłaszcza gdy zdecydujemy się na start na najdłuższym dystansie wynoszącym niemal 100km. Nie mniej zmęczonemu wrócić będzie można z dystansu średniego – sprawne pokonanie 66,7km po okolicznych pagórkach naprawdę potrafi dać w kość. W tym roku będzie gdzie się zmęczyć również na dystansie mini – ponownie po 3 letniej przerwie dystans ten nie został potraktowany ulgowo i choć ma tylko 23,5km to zawiera kilka soczystych kawałków (i wraca na błonia taką samą trasą jak dłuższe dystanse).
Tak źle z pogodą na maratonie krakowskim jeszcze nie było. Wygląda, że ulewny deszcz padający od rana mocno zepsuł imprezę. Wiele osób się wycofało. Podkreślić można, że dla bezpieczeństwa uczestników w niektórych miejscach trasa została zmieniona.