Artykuły: Turystyka zagraniczna na rowerze
- Maratony rowerowe i zawody XC 86
- Nasze wyjazdy i treningi 18
- Porady, testy, opinie 13
- Rajdy na orientację i inne zawody 13
- Turystyka krajowa na rowerze 20
- Turystyka piesza 9
- Turystyka zagraniczna na rowerze 32
- Wszystkie 191
Operacja Vendetta - część II
Ocena:
(0)
20 czerwca 2013
W DRODZE KU PRZEZNACZENIU
Noc mija spokojnie, od samego rana pogoda żyleta. Zjadam śniadanie, pakuję bety i ruszam ku swemu przeznaczeniu. Czuję, że czeka mnie ciężki i długi dzień. O siódmej rower już okulbaczony, a ja gotowy do jazdy. Droga nadal dobra, ale podjazdy robią się coraz sztywniejsze i pojawiają się coraz częściej. Gdzieś przed Boge mam kłopoty orientacyjne, drogowskaz kieruje mnie w lewo, po chwili droga się kończy i muszę jechać wąziutką szutrówką. Co ciekawe GPS również tak mnie kieruje lecz pokazuje też, że tuż obok mojej trasy biegnie szeroka i wygodna droga. Jadę tak około kilometra i cały czas nie daje mi to spokoju. W końcu okazuje się, że moja trasa łączy się z tą drogą. To była ta, z której zjechałem w lewo, nie wiem co to się podziało, ale nie rozmyślam nad tym bo właśnie docieram do Boge. Wiem, że tutaj kończy się asfalt i dalsza część szlaku biegnie typową albańską szutrówką. Boge to całkiem miła wioska położona wysoko w górach. GPS wskazuje ponad 1000 metrów nad poziomem morza. Widać, że miejscowi nastawiają się na turystykę, wszędzie wokół tablice reklamowe pensjonatów, hoteli, restauracji.
Domy nawet zadbane, a jak na albańskie warunki to wręcz bogate. Na drodze spory ruch, mija mnie dużo busów, a po zjeździe z asfaltu pojawiają się ciężkie maszyny budowlane. Trwają prace drogowe. Póki co, to początkowe stadium robót wobec czego ich obecność nie poprawia jakości nawierzchni lecz czyni ją niekiedy wręcz nieprzejezdną. To, co do tej pory było kiepską drogą gruntową, staje się teraz zrytą, pełną kolein, luźnych kamieni i błota trasą w nieznane.
Operacja Vendetta - część I
Ocena:
(0)
18 czerwca 2013
DALEKA DROGA
Po 24 godzinach spędzonych w niewygodnym fotelu autokarowym wyskoczyłem z dużą ulgą na ulicę Skopje. Stolica Macedonii wita nas niespecjalnie sympatyczną pogodą straszącą deszczem. Jestem tak zmęczony jazdą, że nawet nie bardzo mi się chce wsiadać na rower. Chętnie walnął bym się gdzieś w trawkę i poleżał dłuższy czas. Aby to zrobić trzeba jednak poskładać rowery i wydostać się z miasta. Chwilę nam schodzi, oprócz nas dwóch jest też inny sakwiarz z Polski lecz jakoś nie przejawia ochoty do większej integracji, pomimo, że nasze trasy są na początku podobne. Zwiedzanie miasta zostawiamy sobie na później, a teraz po złożeniu rowerów kręcimy bystro w stronę Tetova. Wyskakujemy na autostradę, z relacji innych bikerów wiem, że można tędy przejechać na rowerze. Może kiedyś tak było, lecz tym razem jest inaczej bo już po kilku kilometrach zatrzymuje nas patrol policji i grzecznie acz stanowczo kieruje na drogę lokalną.
XII Cracovia Maraton
Ocena:
(0)
02 maja 2013
Mój pierwszy maraton krakowski za mną.
Po przybyciu na miejsce startu maratonu uderzyła mnie ilość osób – w imprezie wystartowało ich ponad 4500. Przyjechało bardzo dużo obcokrajowców. Usłyszeć o niej można było potem w wiadomościach sportowych na TVP1 . Spikerem na Błoniach był zapalony maratończyk znany z TVP Maciej Kurzajewski.
Jedna z największych imprez sportowych w naszym mieście odbywająca się na głównych ruchliwych zazwyczaj ulicach Krakowa tym razem wyłączonych z ruchu, rzecz jasna :-). Powodowało to ciekawe wrażenie – człowiek biegnąc takimi traktami czuł się w pewien sposób wyjątkowo. Tą wyjątkowość zapewniał jednak przede wszystkim gorący doping publiczności. To naprawdę pomagało w chwilach kryzysu. Wielkie podziękowania dla tych wszystkich zwariowanych kibiców i wolontariuszy obstawiających trasę, podających kubki z wodą - brawo!
Po przybyciu na miejsce startu maratonu uderzyła mnie ilość osób – w imprezie wystartowało ich ponad 4500. Przyjechało bardzo dużo obcokrajowców. Usłyszeć o niej można było potem w wiadomościach sportowych na TVP1 . Spikerem na Błoniach był zapalony maratończyk znany z TVP Maciej Kurzajewski.
Jedna z największych imprez sportowych w naszym mieście odbywająca się na głównych ruchliwych zazwyczaj ulicach Krakowa tym razem wyłączonych z ruchu, rzecz jasna :-). Powodowało to ciekawe wrażenie – człowiek biegnąc takimi traktami czuł się w pewien sposób wyjątkowo. Tą wyjątkowość zapewniał jednak przede wszystkim gorący doping publiczności. To naprawdę pomagało w chwilach kryzysu. Wielkie podziękowania dla tych wszystkich zwariowanych kibiców i wolontariuszy obstawiających trasę, podających kubki z wodą - brawo!
Uciec przed zimą - Chorwacja 2013
Ocena:
(1)
27 marca 2013
Kiedy za oknem zima, mróz i śnieg trudno nie wspominać letnich wyjazdów w krótkich ciuchach lub wybiegać myślami do przodu w oczekiwaniu na słońce i temperatury w okolicach 20 stopni. Można tylko myśleć, ale można również podjąć stosowne kroki zmierzające do zmiany takiego stanu rzeczy. Można uciec gdzieś gdzie słońce świeci wyżej i mocniej, a deszcz i śnieg nie pada tak chętnie. Jest kilka opcji, wybór zależy od wielu czynników jak chociażby pora roku, dopuszczalny budżet czy chociażby osobiste preferencje. Nasz wyjazd zakiełkował jeszcze jesienią ubiegłego roku. Zaczęło się od niezobowiązujących rozmów, w sumie do konkretów doszło dopiero na 2 miesiące przed wyjazdem. Wybór padł na Chorwację.
Alpejska pętla.
Ocena:
(0)
06 lipca 2012
Jak to mówią "na wariackich papierach" Tak właśnie był zorganizowany ten wyjazd. A zaczęło się wszystko od wypadku na zawodach czego efektem była kontuzja wykluczająca mnie na 2 miesiące z jazdy rowerem. Nie będę próbował opisywać jak wielkie było moje rozgoryczenie z tego faktu. Bo to stało się z końcem kwietnia gdy wiosna dało jasno znać o swej obecności, gdy dni stały się ciepłe, długie i przyjemne. Stało się to w czasie gdy w końcu powiedziałem dość morderczym treningom, odpuściłem wyjazdy na zawody i zamierzałem po prostu jeździć dla przyjemności. Proszę się nie uśmiechać, start w tym XC miał tylko utwierdzić mnie w przekonaniu, że dobrze robię, że ta decyzja była przemyślana. Chciałem udowodnić sobie, że nadal potrafię się ścigać, walczyć na trasie ramię w ramię, że jeżdżę dobrze i szybko, a na wygraną ze mną trzeba zapracować produkując solidną porcję kwasu mlekowego. Tak właśnie miało być, nadal jestem szybki, sprawny, mogę wygrywać ale zawody nie są już głównym celem. Bo nim miała być jazda dla przyjemności. I wtedy właśnie stało się to, a od tego momentu wszystko zaczęło się sypać.
Gran Canaria - zachodnie rubieże.
Ocena:
(0)
22 lutego 2012
Czwarty dzień na wyspie dał mi naprawdę popalić. Zrobiłem sobie dzień przerwy, ale już koło południa kolejnego dnia odezwał się we mnie zew. Szybciutko pobiegłem do wypożyczalni i już po chwili w pokoju pojawił zgrabny bike na 29-calowych kołach.
Nie planowałem jakiejś specjalnej traski, chciałem tak się przejechać na luzie, jeśli jazda po Gran Canarii może być luźna. Poleciałem w stronę Sorii, myślałem co by podjechać ten masakrycznie stromy zjazd jaki zjeżdżałem przedwczoraj. W pewnej chwili mignęła mi przed oczami znajoma sylwetka, jakiś kolarz w pełnym pędzie przemknął w dół. Szary to był, czy nie Szary? Szybko się odwróciłem i krzyknąłem głośno ale tej już odjechał. Może to nie Szary jednak, chociaż dał bym sobie rękę odciąć, a jeszcze ubrany w strój Kellysa.
No nic, on czy nie on, trzeba jechać dalej.
Nie planowałem jakiejś specjalnej traski, chciałem tak się przejechać na luzie, jeśli jazda po Gran Canarii może być luźna. Poleciałem w stronę Sorii, myślałem co by podjechać ten masakrycznie stromy zjazd jaki zjeżdżałem przedwczoraj. W pewnej chwili mignęła mi przed oczami znajoma sylwetka, jakiś kolarz w pełnym pędzie przemknął w dół. Szary to był, czy nie Szary? Szybko się odwróciłem i krzyknąłem głośno ale tej już odjechał. Może to nie Szary jednak, chociaż dał bym sobie rękę odciąć, a jeszcze ubrany w strój Kellysa.
No nic, on czy nie on, trzeba jechać dalej.
Gran Canaria - Cruz de Tejeda.
Ocena:
(0)
17 lutego 2012
Zapowiadali od dzisiaj zmianę pogody. Na lepszą. Po śniadaniu faktycznie wygląda to obiecująco. Dzisiaj nie marnuję czasu, wcześniej wszystko przygotowałem i 8.30 już jestem na rowerze. Czeka mnie ambitna traska więc nie ma czasu na marudzenie. Szybko przebijam się przez Playa del Ingles i kieruję na Carcados de Espinos. Jak zwykle na Gran Canari już 2-3 km od wybrzeża droga zaczyna się mocno wznosić. Szybko zdobywam wysokość. Pogoda rzeczywiście lepsza. Góry w centrum wyspy opalają się w słonecznych promieniach. Gdzieś na wyskości 800 metrów kończy się asfalt i jadę teraz pokrytą czerwonym pyłem i pełną kamieni drogą terenową. O widoczkach nie wspominam nawet bo trudno mi już znaleźć przymiotniki oddające to co widać.
Gran Canaria - Pico de las Nieves.
Ocena:
(0)
16 lutego 2012
Rano pogada wspaniałe, cieplej niż wczoraj, niebo bezchmurne. Wobec powyższego szybko zbiegam na śniadanko i pakuję bety. Dziś podejmuję próbę zdobycia najwyższego szczytu Gran Canarii - Pico de las Nieves 1949 m. Pierwsze kilkanaście kilometrów drogą szybkiego ruchu, widoczki fajne ale wolał bym być już w górach. Niepokoi mnie trochę niebo nad górami, jeszcze chwilę temu było spoko, teraz widać jak zbierają się tam ciemne chmury. W Sardinie odbijam w lewo i kieruję na Ingenio. Pojawiają się pierwsze podjazdy ale te da się przeżyć, gorzej, że pogoda z minuty na minutę kiepści się coraz bardziej. Już nie tylko góry są w chmurach, znad Atlantyku nadciągają ciemne chmury o obejmują w swoje władanie coraz większy obszar. Po chwili spadają pierwsze krople deszczu. Na razie delikatne ale czuję, że będzie gorzej.
Gran Canaria - rozpoznanie.
Ocena:
(0)
15 lutego 2012
Będzie bez wstępu, no prawie. Jedyne co napiszę to, że stolica wyspy nie sprawia dobrego wrażenia. A i dojazd do Play del Ingels nie powala swoją urodą. Ale wiedziałem, że tak będzie, cierpliwie czekałem na okazję aby oddalić się od wybrzeża i zaatakować góry, które wznoszą sie w środku wyspy.
Na pierwszy dzień zaplanowałem w miarę łatwą trasę. Jak się okazało plany, planami, a życie życiem.
Z Pikujem za Pan Brat.
Ocena:
(2)
05 września 2011
Nagroda pocieszenia. Tak traktowałem ten wyjazd. Tegoroczne plany rowerowe wyglądały inaczej, nie wypaliły, a ten wyjazd miał podnieść moje upadłe morale.
Pikuj kusił od dawna, pamiętam jak dziś, dzień gdy stałem na szczycie Tarnicy w wietrzny majowy dzień i opierałem się porywistym podmuchom wiatru. Był koniec lat 80-tych. Po niebie przewalały się ciemne chmury, pod flanelową koszulą i mokrym od potu bawełnianym podkoszulku czułem dreszcze zimna. Stałem wpatrzony na południowy wschód i obserwowałem rysujące się w oddali sylwetki nieznanych góry. Tam była wtedy „terra incognita” Wydawały się tak blisko, a były tak daleko. Połonina Równa, Pikuj, Borżawa. Znalem te nazwy z literatury górskiej ale znaczyły one dla mnie tylko tyle co niewyraźne kształty wznoszące się w oddali. Wstrząsnął mną kolejny dreszcz zimna gdy lodowaty podmuch wiatru przypomniał o swojej obecności. Pierwsze krople deszczu zmusiły mnie od podniesienia plecaka z aluminiowym stelażem. Grymas na twarzy w chwili gdy zimny podkoszulek zetknął się z plecami i ociągając się, oraz kradnąc ostatnie spojrzenia w dal, pomału zacząłem schodzić do Wołosatego.
Mój Transalp - czerwiec 2010
Ocena:
(1)
13 lipca 2010
Pierwsze myśli o wyjeździe w Alpy miałem już w ubiegłym 2009 roku, kiedy w trakcie luźnych rozmów, Dziczek – zielony ekspert w eksplorowaniu różnych zakątków Europy zasiał we mnie ziarenko ciekawości jak to jest podjeżdżać alpejskimi trasami takimi jak np. Gross Glockner Hochalpen Strasse.
Kiedy na początku 2010 r. forumowicz Outsider zaproponował przejechanie trasy Transalpu (z austriackiego ST. Anton/Flirsch na znajdujące się we Włoszech jezioro Garda) uznałem ze jest to wystarczający impuls i okazja żeby swoją ciekawość zaspokoić.
Pokonać Karpaty.
Ocena:
(0)
02 lipca 2008
Wyjazd do Rumunii dojrzewał przez 2 lata. W roku ubiegłym nie wyszło. Jakoś tak bez poważnych powodów idea wyprawy sama umarła. W tym roku też niemrawo się to rozkręcało ale jak już weszło na obroty to sprawa zaczęła się już żwawo kręcić. Nie było jakichś szczegółowych planów. Jechaliśmy tam po to aby zdobyć najwyższą przejezdną przełęcz w Karpatach. I dlatego nadałem temu wyjazdowi tytuł – Pokonać Karpaty. Pasul Urdele wznosi się około 2140 m. ponad poziom morza i wjechać tam nie jest łatwo. Ale nie uprzedzajmy faktów. Może po kolei. Tydzień przed naszym wyjazdem do Rumunii wyjechała dwójka naszych znajomych z grupy Bikeholików i śledząc ich relację on-line z wyprawy miałem nietęgą minę. Zimno i deszcz, te dwa słowa dominowały w tekstach. Doszło do tego, że wyprawa po 5 dniach została przerwana ze względu na kiepską pogodę. Prognozy przewidywały w kolejnym tygodniu stopniową stabilizację pogody oraz wzrost temperatury do nawet 30 stopni. Czy tak było ?
Sobota w Wysokich Tatrach na dwóch kółkach.
Ocena:
(1)
25 maja 2007
W góry!
Wycieczka zapowiadała się nad wyraz zachęcająco. Słowackie Tatry są bardzo przyjazne rowerzystom, zupełnie inaczej niż w Polsce. Jadąc wokół Tatr można wjechać w kilka dolin, wspiąć się na imponującą wysokość i podziwiać piękno wysokogórskiej przyrody.
Pobudka o 5:00 w sobotni poranek. Szybkie śniadanko, dopakowanie plecaka i w drogę. O tej porze ruch niewielki, można w miarę bezpiecznie śmigać Aleją 29-go Listopada i dalej Alejami Trzech Wieszczów. Przed 6:00 jestem na parkingu za „Jubilatem”. Pasieczkin już czeka. Na parkingu rozgrywa się interesująca scenka. Policjanci rozmawiają z pechowym właścicielem srebrnego Opla Astra, z którego w nocy wymontowano drzwi. Za chwilę zjawia się Skrzynia, Karol i Marcin, na stacji Jet dołącza do nas jeszcze Jacek. Trzema samochodami jedziemy na przejście graniczne w Jurgowie. To dużo lepszy wybór niż jazda w stronę Łysej Polany. W majowy długi weekend byłem świadkiem wielokilometrowej kolejki do tego przejścia, ulokowanego przy drodze do Morskiego Oka. Samochody stały w niej kilka godzin...
Wycieczka zapowiadała się nad wyraz zachęcająco. Słowackie Tatry są bardzo przyjazne rowerzystom, zupełnie inaczej niż w Polsce. Jadąc wokół Tatr można wjechać w kilka dolin, wspiąć się na imponującą wysokość i podziwiać piękno wysokogórskiej przyrody.
Pobudka o 5:00 w sobotni poranek. Szybkie śniadanko, dopakowanie plecaka i w drogę. O tej porze ruch niewielki, można w miarę bezpiecznie śmigać Aleją 29-go Listopada i dalej Alejami Trzech Wieszczów. Przed 6:00 jestem na parkingu za „Jubilatem”. Pasieczkin już czeka. Na parkingu rozgrywa się interesująca scenka. Policjanci rozmawiają z pechowym właścicielem srebrnego Opla Astra, z którego w nocy wymontowano drzwi. Za chwilę zjawia się Skrzynia, Karol i Marcin, na stacji Jet dołącza do nas jeszcze Jacek. Trzema samochodami jedziemy na przejście graniczne w Jurgowie. To dużo lepszy wybór niż jazda w stronę Łysej Polany. W majowy długi weekend byłem świadkiem wielokilometrowej kolejki do tego przejścia, ulokowanego przy drodze do Morskiego Oka. Samochody stały w niej kilka godzin...
Ukraińskim duktem - 10~16.06.2006
Ocena:
(0)
22 czerwca 2006
Ten kraj coś w sobie ma, coś co sprawia, że wracam tam po raz kolejny. Tym razem na rowerze, z sakwami, namiotem i całym obozowym ekwipunkiem. Jakoś nie kuszą mnie skandynawskie fiordy, holenderskie wiatraki czy wyświechtane alpejskie przełęcze. Potrzeba nam było trochę egzotyki, przygody, powiewu historii, pięknych plenerów, przestrzeni i wszystko to znaleźliśmy właśnie w ukraińskich Karpatach. Czarnohora, Gorgany, Świdowiec – te nazwy wywołują dreszcz emocji u miłośników górskich wędrówek i tak było również u mnie. A znaleźć się tam z rowerem to dopiero jest frajda. Wysokie przełęcze, piękne widoki, górskie drogi zmieniające się w rwący potok usiany głazami, majestatyczne szczyty sięgające ponad chmury, rozległe połoniny – to wszystko tam spotkaliśmy i przeżyliśmy wspaniałą rowerową przygodę na kresach.
Dookoła Alp - 30.06- 30.07.1998
Ocena:
(0)
14 marca 2006
Na studniówce zagadnąłem księdza, który uczył mnie religii w XXXI LO, czy przypadkiem nie wie o jakimś zorganizowanym wyjeździe rowerowym w czasie nadchodzących wakacji. Miałem już dosyć wakacyjnej nudy i postanowiłem zorganizować sobie jakieś ciekawe zajęcie. To był szczęśliwy traf. Wkrótce skontaktował mnie z księdzem Włodzimierzem Małotą, wówczas pracującym w Parafii Księży Misjonarzy przy ul. Misjonarskiej w Krakowie. Plan był bardzo ambitny- objedziemy Alpy, pokonując całą trasę na rowerach w ciągu miesiąca. Miałem już wtedy porządny rower. Mój pierwszy dwukołowy pojazd z prawdziwego zdarzenia.
W lutym 1998 kupiłem nowy rower: Marin Palisades Trail, model z 1997 roku. Solidna maszyna, do dzisiaj pozostała mi z niej rama oraz wspornik siodełka. Rower użytkuję ostatnio w Niemczech. Świetnie sprawdza się w turystyce i tutejszych RTF'ach (Rad Touren Fahrt), w codziennej jeździe do pracy i po mieście. Wiózł mnie wzdłuż wybrzeża Bałtyku i startowałem na nim w Odyseji Ciężkowickiej i Świętokrzyskiej).
W lutym 1998 kupiłem nowy rower: Marin Palisades Trail, model z 1997 roku. Solidna maszyna, do dzisiaj pozostała mi z niej rama oraz wspornik siodełka. Rower użytkuję ostatnio w Niemczech. Świetnie sprawdza się w turystyce i tutejszych RTF'ach (Rad Touren Fahrt), w codziennej jeździe do pracy i po mieście. Wiózł mnie wzdłuż wybrzeża Bałtyku i startowałem na nim w Odyseji Ciężkowickiej i Świętokrzyskiej).










